Irak: inspektorzy ONZ „od kuchni”


Czekając na Blixa

Mateusz Flak



Wojny z Irakiem jeszcze można uniknąć – przynajmniej tak twierdzi Hans Blix, szef komisji rozbrojeniowej ONZ, która właśnie rozpoczyna poszukiwania irackiej broni masowego rażenia. Na razie nikt nie potwierdza jego opinii, mnożą się za to pytania: Czy iracki przywódca Saddam Husajn znowu będzie chciał przechytrzyć ONZ? W jaki sposób 200 inspektorów w dwa miesiące „prześwietli” kraj o powierzchni równej Polsce, Czechom i Słowacji razem wziętych? Ile rzeczywiście zależy od komisji Bliksa, która ma bezprecedensowe uprawnienia? 


Wszechobecni szpiedzy, odmowa wpuszczenia do „prezydenckich rezydencji” (w rzeczywistości baz wojskowych i laboratoriów), sztuczne korki na ulicach, umyślnie zepsute kserokopiarki, zaniżone dane, pościgi za irackimi agentami, wywożącymi dokumenty i instalacje tylnym wyjściem podejrzanego budynku – tak wyglądała poprzednia misja rozbrojeniowa ONZ w Iraku (1991-98). Świat przez 8 lat obserwował farsę: bezsilna i podzielona Rada Bezpieczeństwa NZ wydawała kolejne postanowienia „żądając” i „wyrażając głębokie ubolewanie”. W odpowiedzi Irak „zaprzeczał”, „groził”, „odmawiał”, by po jakimś czasie przyznać, że jednak posiada program budowy broni biologicznej lub zgodzić się na zamontowanie kamer na poligonach doświadczalnych. 
Aż dziwne, że kierowana przez Szweda Rolfa Ekeusa komisja zdołała w takich warunkach doprowadzić do zniszczenia znacznej części irackiej broni masowego rażenia. Z informacji CIA wynika jednak, że od 1998 r., kiedy Irakijczycy ostatecznie zerwali współpracę z inspektorami, Bagdad podjął na nowo produkcję broni rakietowej (pociski al-Hussein o zasięgu 650 km), rozszerzył arsenały broni chemicznej (sarin, gaz musztardowy, gaz VX) i biologicznej (botulinum, wąglik, aflatoksyna) oraz powrócił do programu budowy broni nuklearnej – dziś brakuje mu jedynie materiału rozszczepialnego.

Zero tolerancji 

Grupa inspektorów, która przybędzie w tych dniach do Iraku ma mieć łatwiejsze zadanie niż poprzednicy. Nowy szef komisji – zwanej teraz Komisją NZ ds. Monitoringu, Kontroli i Inspekcji (UNMOVIC) – 74-letni Hans Blix (znowu Szwed) deklaruje: „Sytuacja jest napięta, ale mamy okazję, by przeprowadzić wiarygodne inspekcje”. Wtóruje mu Mohamed El Baradei, szef Międzynarodowej Agencji Atomowej (IAEA), odpowiedzialny za zbadanie irackich programów broni nuklearnej: „Zamierzamy przeprowadzić dokładną i niezależną inspekcję. Nie bierzemy pod uwagę odpowiedzi na »nie«”. 
Skąd ten optymizm, skoro po napaści na Kuwejt Irak naruszył już 11 z 16 przyjętych przez ONZ rezolucji? Po pierwsze, inspektorzy mają większe uprawnienia niż kiedykolwiek – przyjęta 8 listopada rezolucja nr 1441 daje im „bezwarunkowy, natychmiastowy i niczym nieograniczony dostęp to wszystkich obszarów, baz, budynków, do całego wyposażenia, dokumentów i środków transportu”, które zechcą skontrolować – łącznie z ośmioma pałacami Husajna. Po drugie, Blix będzie zobowiązany do powiadomienia ONZ o każdej próbie naruszenia rezolucji. Taki meldunek może Bagdad drogo kosztować – Rada Bezpieczeństwa grozi „surowymi konsekwencjami” (choć nie oznacza to automatycznie ataku), a Waszyngton zapowiada, że jakiekolwiek opóźnienie, sprzeciw, czy fałszywa informacja będą dla niego podstawą do interwencji. Wreszcie, do 8 grudnia Saddam musi przedstawić inspektorom „precyzyjny i kompletny” wykaz programów rozwoju i użycia broni masowego rażenia, a także materiałów cywilnych, mogących mieć zastosowanie wojskowe. Jeśli inspektorzy natkną się potem na jakikolwiek nieudokumentowany i podejrzany ślad, będzie to traktowane jako złamanie rezolucji. 
Co prawda w razie kryzysu Rada ma przedyskutować kolejne posunięcia, ale Amerykanie raczej nie będą się oglądać na innych – choć na pewno pilnie przestudiują deklarację Husajna z 8 grudnia, to nie wiadomo, czy z podobną cierpliwością zechcą poczekać na pełny raport komisji ONZ. „Zabawa w kota i myszkę nie będzie dłużej tolerowana. Jeśli Irak się nie dostosuje i nie rozbroi się sam, rozbroją go USA i ich sojusznicy” – grozi George W. Bush, a jego słowa potwierdza zaawansowane zgrupowanie amerykańskich sił w regionie: od Turcji po Zatokę Omańską.

Detektorem i zieloną kartą

Od daty rozpoczęcia inspekcji rozpocznie się odliczanie 60-dniowego terminu, w którym komisja ma przedstawić wyniki swoich badań Radzie Bezpieczeństwa. Do Świąt Bożego Narodzenia do Iraku przybędzie od 80 do 100 inspektorów. Cała komisja będzie liczyć ok. 200 ekspertów z prawie 50 krajów, którzy podzielą się na trzy grupy rozmieszczone w różnych punktach kraju: w Mosulu na północy, w Bagdadzie w centrum oraz w Basrze na południu. Z tych baz inspektorzy w ciągu kilku godzin będą mogli dotrzeć do dowolnego miejsca w Iraku. Już teraz dysponują listą 700 miejsc, w których Irak prawdopodobnie produkuje lub składuje broń masowego rażenia. „Naszą zasadą będą inspekcje bez uprzedzenia” – zapowiada Blix. 
Przez cztery lata przerwy w inspekcjach reżim Husajna z pewnością udoskonalił metody kamuflażu zakazanego arsenału. Stu pierwszych inspektorów chce wyśledzić ukrytą broń, oplatając Irak siecią najnowocześniejszych technologii wywiadowczych. Są to m.in.: komercyjne satelity szpiegowskie – tak dokładne, że zrobione przez nie zdjęcia pokażą najdrobniejsze elementy budynków; miniaturowe czujniki, które stale będą monitorować skład powietrza, wody i ziemi; przenośne (każdy wart 55 tys. dolarów) detektory, które potrafią w 20 minut wykryć ślady 9 różnych rodzajów broni biologicznej także w dawno opuszczonych fabrykach (wystarczy niewielka szczelina z jednym drobnoustrojem!); wreszcie radary penetrujące grunt i wykrywające podziemne tunele oraz bunkry.
20 inspektorów z IAEA odbędzie rekonesans po terytorium Iraku z wykrywaczami promieni gamma – ręcznymi lub umieszczonymi na helikopterach. Agencja posiada też ponad setkę ręcznych skanerów do wykrywania radioaktywnych izotopów – plutonu-239 czy uranu-233. Inspektorzy dostaną czujniki typu Ranger, które dzięki emisji promieni rentgenowskich wskażą stopy chemiczne przydatne do produkcji bomb nuklearnych. Zainstalują też 700 kamer cyfrowych w podejrzanych fabrykach. „Możemy wykryć każdą drobnostkę” – chwali się Blix.
Do tego niezbędna jest jednak wiedza, gdzie umieścić te cacka – tu mają się przydać doświadczenie i intuicja inspektorów, dane wywiadu oraz wskazówki od irackich uchodźców i, być może, naukowców. Rezolucja 1441 przyznaje bowiem komisji prawo do rozmowy (bez świadków!) z każdą wskazaną przez nią osobą. Niektórzy eksperci przekonują Waszyngton i Bliksa, by posłużyli się zielonymi kartami: iracki inżynier będzie bardziej skory do zwierzeń na terenie USA niż w Iraku (jeśli w pobliżu nie będzie świadków, zawsze pozostaje podsłuch). Kiedy już inspektorzy nabiorą uzasadnionych podejrzeń co do jakiegoś miejsca, mogą zażądać od władz jego całkowitego „zamrożenia” ustanawiając teren wokół niego strefą zakazaną dla pojazdów naziemnych i powietrznych – tak by nie „wyciekł” żaden potencjalny dowód. 
W ramach monitorowania inspektorzy będą też analizować zużycie energii elektrycznej oraz deklaracje celne. Uzyskane informacje zostaną – jak poprzednio – przesłane do siedziby ONZ w Nowym Jorku, skąd nadejdą wskazówki co do dalszych kroków. Inspektorzy mogą jednak także sami przystąpić do niszczenia instalacji przeznaczonych do produkcji broni masowego rażenia. 

Wrażliwy, ale rzetelny 

Najwięcej emocji wśród ekspertów budzą dwie kwestie – współpraca wywiadowcza i sama osoba szefa komisji ONZ. Blix, nauczony doświadczeniem poprzedniej misji, chce uniknąć oskarżeń o bycie „nieoficjalnym ramieniem” CIA. Z drugiej strony to właśnie wywiadowi USA inspektorzy (30 spośród nich to Amerykanie) zawdzięczają wiedzę o punktach wartych skontrolowania. Ponadto konieczność szybkiego działania wymusza oparcie się głównie na danych służb specjalnych. Dlatego współpraca z CIA wydaje się niezbędna. 
Sam Blix nie jest postacią popularną w Waszyngtonie, zwłaszcza wśród jastrzębi z Białego Domu. Amerykanie zarzucają mu, że w latach 80., kiedy przewodniczył Międzynarodowej Agencji Atomowej, nie wykrył zaawansowanego irackiego programu nuklearnego. Z niepokojem mówi się też o „wrażliwości kulturowej” Szweda, która może utrudnić surowe potraktowanie Bagdadu: z przyjętego przed kilkoma dniami planu wynika zresztą, że inspektorzy skontrolują najpierw mało istotne i nie grożące konfrontacją miejsca wizytowane już przez poprzednią komisję. 
„Niemożliwe jest zbadanie każdego metra kwadratowego tak dużego kraju, każdej sutereny, programu komputerowego, archiwum czy ciężarówki” – powiedział swoim ludziom Blix w czasie październikowego szkolenia w Wiedniu. „Wszystko, co możemy uzyskać, to wysoki stopień pewności, że w pobliżu nie ma złośliwych zarazków ani bomb”. 
Niezależnie, jaką taktykę wybierze kierowana przez Bliksa komisja, decydujące słowo należy nie do niego, ale do Bagdadu, a później do Waszyngtonu i Rady Bezpieczeństwa. Prawdopodobnie Saddam poświęci część arsenału, resztę zdąży ukryć i rozpocznie wyćwiczoną, pełną krętactw, podchodów i rzekomych ustępstw grę na czas. A wtedy należy się spodziewać reakcji Waszyngtonu. 
Szwedzki dyplomata jest tego świadomy – sam twierdzi, że nie chce być pionkiem w iracko-amerykańskiej rozgrywce, a jego zadaniem jest tylko zbieranie niezbędnych informacji o irackim arsenale i sporządzenie rzetelnego raportu. Blix ma zatem „jedynie” udowodnić lub zaprzeczyć wiarygodności Bagdadu. Najbliższe dwa miesiące pokażą, czy podoła temu wyzwaniu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl