O wszystkim


Gorsze roczniki

ANDRZEJ DOBOSZ


Wiktor Ossoliński z Rudki w Podlaskiem „jadał czasem żywe chrabąszcze, mówiąc, że mają smak śmietanki z wanilią. A gdy go pytano, dlaczego zamiast chrabąszczy nie każe sobie podać śmietanki z wanilią, odpowiadał: bo gdybym pił śmietankę, to by nikt o tym nie pamiętał, ale i za sto lat będą mówić, że stary hrabia Ossoliński jadał chrabąszcze”.
Wierzę, że za sto lat będzie czytany tekst następujący: „2 V 69. W Teatrze Narodowym na »Nie-Boskiej Komedii« z Korzeniewskim, Timoszewiczem, Wysińskim, Puzyną i Doboszem. Przedstawienie zakupione dla jakichś pracowników odznaczonych Krzyżami Odrodzenia Polski i Krzyżami Zasługi. Wszyscy wchodzą ze swoimi odznaczeniami, przypiętymi do ubrań, w jednej ręce pudełeczko, a w drugiej trzy goździki. My – na 900 osób – bez orderów”.
W roku 1969 Andrzej Wysiński, Jerzy Timoszewicz i ja mieliśmy po trzydzieści kilka lat i to, że nie mieliśmy orderów, było całkiem normalne. Teraz czytam w „Rzeczpospolitej”, że p. prezydent Kwaśniewski w ciągu 7 lat swego urzędowania nadał około 445 tysięcy orderów i medali; średnio odznacza siedemdziesiąt tysięcy osób rocznie. Lech Wałęsa w ciągu pięciu lat nadał 230 tysięcy odznaczeń. Ale Wałęsa naprawiał krzywdy i zaniedbania lat PRL-u. Żołnierze AK i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, żołnierze podziemia, wybitni działacze emigracji i opozycji w kraju – też pewnie nie wszyscy, jak choćby pominięty „Monter”, generał Antoni Chruściel, którego niedawno przypomnieli korespondenci „Tygodnika” – mogli wreszcie zostać uhonorowani. Ale obecna aktywność prezydenta niechybnie doprowadzi do tego, że poważniejsi biografowie i nekrologiści będą uważali za konieczne podawać skrupulatnie datę przy każdym z orderów. Bez tego fakt odznaczenia będzie raczej rzucał cień na osobę wyróżnioną. To właściwie okropne, bo trudno przypuścić, by wśród owych ponad 400 tysięcy, a niebawem i pół miliona, nie było postaci prawdziwie zasłużonych. Ale tak już jest, że wszelka inflacja boleśniej dotyka ludzi zacnych niż przedsiębiorczych cwaniaków.
Wiadomość o nadzwyczajnych plonach orderowych, bliskich osiągnięciom Jaruzelskiego, który w ciągu półtora roku sprawowania urzędu prezydenta zdążył obciążyć odznaczeniami 236 tysięcy obywateli, sprawiła, że kwestia dosyć mi osobiście obojętna stała się nagle źródłem żywej satysfakcji.
Umiałbym sporządzić długą listę rówieśników, przyjaciół i znajomych dotąd pominiętych przy masowej dystrybucji orderów, a których osiągnięcia i umysłowość są powyżej redaktorów „Trybuny”. W ten właśnie sposób możemy czuć się prawdziwie wyróżnieni, ciesząc się własnym towarzystwem. 
Los sprawił, że Wiktor Ossoliński z Rudki, mimo iż jadał chrabąszcze, przez całe ubiegłe stulecie należał do postaci najzupełniej zapomnianych. Teraz czas kwarantanny dobiegł końca. Ostatnio w „Arkanach” (nr 46-47 za lipiec-październik 2002) ukazał się fragment pamiętników Henryka Ciecierskiego, z którego pochodzi wzmianka na temat Ossolińskiego. Pamiętnikarz urodzony w roku 1864 był wnukiem po kądzieli Henryka Rzewuskiego. Nie mógł znać osobiście dziadka zmarłego w drugim roku życia wnuka. Jako stylista w niczym nie ustępuje autorowi „Pamiątek Soplicy”. 
Również jego dziadek po mieczu Dominik Ciecierski ma swoje miejsce w „Polskim Słowniku Biograficznym”. Według „PSB” Dominik Ciecierski, „człowiek światły i pojęć liberalnych, był inicjatorem uchwał szlachty białostockiej z r. 1819 o zniesieniu poddaństwa włościan”. Wnuk opowiada też o tym, jak dziadek „zburzył i rozorał sąsiedni zaścianek szlachecki Poniaty, by gniazdo króla targowiczanina w ziemi bielskiej zatracić. Hojnie za tę samowolę (choć nie niskimi wywołaną pobudkami) wydzielił sąsiadom grunta i po bożemu zapłacił, lecz Poniaty znikły... A tekst skargi procesowej, którą panowie Poniatowscy sami potem umorzyli, głosił: My, starzy tu porodzeni i wychowani gospodarze nie możemy rozpoznać, gdzie były nasze grunta i siedliska”.
Czyta się opisy wnętrz, potraw, zwyczajów z podziwem, zdumieniem, zachwytem, a chwilami także ze zgrozą. Przy obfitości dóbr ojciec pamiętnikarza trzymał się metody spartańskiej i zawzięcie dzieci hartował. „Nosiliśmy koszule z cienkiego płótna wiejskiego, spodnie sięgające zaledwie trochę za kolana... Od wczesnej wiosny do chłodnej jesieni nosiliśmy lekkie płócienne ubrania... Nie nosiliśmy żadnych paltotów ani kaloszy i naturalnie, w myśl systemu, żadnych upiększających ubranie dodatków, takich jak kołnierzyki, krawaty... Często też marźliśmy okropnie”. Natomiast babka autora, „pani dawnego pokroju, gdy potrzebowała jakiego materiału na suknię, to kupowała całą sztukę. Zostawiła po śmierci sto kilkadziesiąt sukien jedwabnych. Wina cypryjskiego sprowadziła tyle, że ojciec nieboszczyk przez całe życie nim gości w większe festy podejmował. Po jego śmierci nas pięcioro rodzeństwa nim się podzieliło i ja, choć od lat przeszło czterdziestu czasem je też prezentuję, jednakże cokolwiek jeszcze na weselisko naszej córki zachowuję”. Chciałoby się wiedzieć, z jakiego rocznika było to wino.
W roku 1918 54-letni Henryk Ciecierski wstąpił do Wojska Polskiego jako ochotnik--szeregowiec. W roku 1920 otrzymał Krzyż Walecznych. O tym odznaczeniu, podobnie jak o Krzyżu Walecznych, na który zasłużył w roku 1944 19-letni Jan Józef Lipski, myślę z najwyższym szacunkiem.
900 posiadaczy czerwonych goździków z roku 1969 opisał w „Raptularzu” Zbigniew Raszewski. Czytając Ciecierskiego nabieram przekonania, że i „Raptularz” Raszewskiego doczeka się pełnego przyzwoitego wydania. Opóźnienie jest naszą stratą, ale samemu tekstowi w żadnej mierze nie szkodzi. 










 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl