Szczyt Paktu Północnoatlantyckiego


Próba nastąpi wkrótce

Patrycja Bukalska z Pragi



Czwartek 22 listopada w europejskich miastach był dniem wina – po raz pierwszy można było spróbować tegorocznego beaujolais noveau. Wyjątkiem była Praga. Z powodu odbywającego się właśnie szczytu NATO winne uroczystości postanowiono odłożyć tam o tydzień. Nieliczni turyści mogli za to bez problemu przechadzać się wyjątkowo opustoszałym mostem Karola i rozgrzewać się sprzedawanym na ulicy svarzakiem, czyli czeskim grzańcem.  


O takiej rozgrzewce mogli jedynie pomarzyć zmarznięci policjanci pilnujący miejsca, w którym spotkało się kilkudziesięciu światowych przywódców – Centrum Kongresowego. Jego okolica została ogłoszona strefą zamkniętą i wjechać tam mogli jedynie delegaci na szczyt, akredytowani dziennikarze oraz zameldowani na stałe mieszkańcy. Z okolicy usunięto samochody, zawieszono linie autobusowe, zamknięto stację metra. Gości dowoziły do Centrum z kilku praskich hoteli specjalne autobusy. Wzdłuż pustych, martwych ulic stali milczący policjanci w 10-metrowych odstępach. Czasem przemknęła jakaś pani z pieskiem. Otwarta była, o dziwo, gospoda tuż obok Centrum – koło 12-ej wchodzili do niej pochmurni mężczyźni, najwyraźniej na obiad, jak zwykle. Za to wewnątrz Centrum – tłumy. Delegaci, dziennikarze, obsługa. Setki telefonów, wielkie ekrany, zaciszna kawiarnia i punkt ze światową prasą. To tu, w budynku, który przed kilkunastu laty służył komunistycznym funkcjonariuszom, ogłoszona zostaje historyczna decyzja o kolejnej fali rozszerzeniu NATO na wschód, również o kraje bałtyckie – byłe radzieckie republiki, co jeszcze kilka lat temu wydawało się niemożliwe. Teraz szef Sojuszu, lord George Robertson ściska rękę szefowi rosyjskiej dyplomacji, Igorowi Iwanowowi. Przyjacielskiej atmosfery nie zakłócają ani pomidory rzucone w Robertsona przez członków bolszewickiej bojówki, ani padające na konferencji prasowej pytanie o Czeczenię. „Rozmawialiśmy już o tej kwestii wcześniej” – ucina Robertson. Po czym dodaje: „Mówiliśmy natomiast o wydarzeniach w moskiewskim teatrze i o potrzebie wielkiej solidarności z narodem rosyjskim”.

22 listopada, g. 9.55

Decyzję o zaproszeniu do Sojuszu siedmiu nowych członków lord Roberston ogłosił 22 listopada dokładnie o godzinie 9:55. Potwierdził ją stuknięciem nowym młoteczkiem, który chwilę wcześniej podarował mu czeski prezydent Vaclav Havel. Zaprojektował go czeski artysta, bliski przyjaciel prezydenta, Borzek Szipek. Ze złotego trzonka wyrastają złote liście i... dwa białe jajka. Co to ma symbolizować, nie wiadomo, lord Robertson wyznał jednak, że zapewniono go, iż kruchy na pozór młoteczek wytrzyma każde uderzenie. „Jest tutaj jednak mnóstwo ludzi, którzy podobne zapewnienia dawali mi w sprawie sprzętu wojskowego. Próba nastąpi wkrótce” – dodał. Na razie jednak rozszerzenie jest przede wszystkim próbą dla samego Sojuszu. Jeszcze przed szczytem dyskutowano, czy przyjęcie jednocześnie nowych siedmiu członków z ich kulejącymi armiami nie sparaliżuje NATO. Zapobiec temu ma zwiększenie wydatków na zbrojenia, do czego zobowiązało się kilka państw członkowskich (poza Wielką Brytanią i Francją m.in. Czechy i Węgry), modernizacja sprzętu przez Europejczyków oraz powołanie NATO-wskich sił szybkiego reagowania, liczących 21 tys. żołnierzy. Miałyby być one wykorzystywane również w walce z terroryzmem, także poza Europą i Ameryką Północną. Zdolność bojową mają uzyskać do października 2004 r. Porozumienia nie udało się osiągnąć w kwestii ewentualnego ataku na Irak. Sojusz przyjął deklarację wzywającą Bagdad do zastosowania się do rezolucji ONZ i obiecał tej organizacji pomoc, nie precyzując jednak, na czym miałaby polegać. 
Nie mniej emocji niż rozszerzenie wzbudzała wizyta na szczycie ukraińskiego prezydenta Leonida Kuczmy, który stracił zaufanie NATO w związku z podejrzeniami, że Kijów sprzedał Irakowi nowoczesne systemy radarowe. Podczas posiedzenia Rady Współpracy Euroatlantyckiej zakłopotani organizatorzy uciekli się nawet do sadzania gości w porządku alfabetycznym języka francuskiego, aby nie narażać prezydenta Stanów Zjednoczonych na bliski kontakt z przywódcą Ukrainy. W efekcie George W. Bush siedział koło premiera Estonii, a Kuczma na końcu przy prezydencie Turcji. Udało się, ale nie do końca: podczas przedstawienia teatralnego w trakcie uroczystego przyjęcia w siedzibie prezydenta Havla na Hradzie miejsca nie były z góry wyznaczone i przypadkowo prezydenci Bush i Kuczma usiedli obok siebie w pierwszym rzędzie. Prezydent Aleksander Kwaśniewski komentował to potem, że ta przygoda pokazuje, iż „Ukrainy społecznie i politycznie nie obejdziemy”. Podkreślił, że z Kijowem trzeba rozmawiać, bo NATO potrzebuje Ukrainy, a Ukraina NATO. Jeden z dyplomatów powiedział mi, że sytuację Ukrainy można porównać do Słowacji z połowy lat 90., gdy premierem był tam Vladimir Mecziar. Wtedy też dla Zachodu problemem był populistyczny przywódca, a nie sam kraj. Dziś, cztery lata po odsunięciu Mecziara od władzy, Słowacja została zaproszona do NATO.

Silny równy słabszemu?

„Poprzez to rozszerzenie nie tylko Europa, ale i cały świat dostają sygnał, że raz na zawsze skończyła się era, kiedy państwa były rozdzielone siłą na strefy interesów i gdzie silny podporządkowywał sobie słabszego” – tak Vaclav Havel skomentował zaproszenie do członkostwa w Sojuszu siedmiu nowych krajów. Nie wszyscy jednak się z tak pozytywnym obrazem NATO zgadzają. 19 listopada, tuż przed szczytem, odbyła się w Pradze konferencja na temat architektury bezpieczeństwa europejskiego zorganizowana przez Komunistyczną Partię Czech i Moraw (KSCzM). Przyjechało na nią ponad 300 delegatów z 25 krajów świata, którzy za cel uznali stworzenie alternatywy wobec NATO-wskiej polityki. „Sojusz jest tworem z czasów zimnej wojny. Teraz powinniśmy stworzyć w Europie system kolektywnego bezpieczeństwa. Nic nam tutaj naprawdę nie zagraża, a NATO może nas jedynie wciągnąć w wojnę gdzieś tysiące kilometrów stąd” – wyjaśnia wiceprzewodniczący KSCzM Miloslav Ransdorf w swoim gabinecie w siedzibie partii przy ul. Więźniów Politycznych. Na stercie papierów na szafie leży portret Marksa. Siwobrody recepcjonista wyglądający jak Dziadek Mróz w cywilu, chwilę wcześniej zaanonsował mnie z powagą: „Jakaś panienka do towarzysza Ransdorfa”. To jednak jedyne ślady mogące wskazywać, że czeskim komunistom bliżej do przeszłości niż do rzeczywistości po 1989 r. Do niedawna ignorowani przez pozostałe partie, teraz wchodzą z nimi w lokalne koalicje, a wkrótce – kiedy odejdzie Havel, który konsekwentnie bojkotował KSCzM – atmosfera wokół towarzyszy zrobi się jeszcze cieplejsza. Ransdorf wierzy, że w przyszłych wyborach zyskają 25 proc., trzeba tylko zabrać się do pracy (w wyborach w czerwcu zdobyli 18 proc. głosów i są dziś trzecią siłą polityczną w Czechach). Jednak w demonstracji, którą komuniści zwołali do stolicy na 20 listopada, uczestniczyło ledwie kilkaset osób – w większości emeryci z nostalgią wspominający dawne czasy oraz lewackie grupy z Włoch i Grecji.
„Ależ oni są zorganizowani!” – wzdychał z podziwem nad zachodnimi lewakami 30-letni Rodrigo z Chile. O demonstrantach z południa opowiada mi w La Casa Blue, modnej knajpce w stylu hiszpańskim. „Wiedzą jak iść, co śpiewać”. On także uczestniczył w komunistycznej demonstracji, choć sam komunistą nie jest od 1989 r., kiedy dowiedział się, co naprawdę działo się w Europie Środkowej i Wschodniej pod radzieckim panowaniem. Mimo to, kiedy zobaczył przez okno baru, w którym pracuje, jak przez Małą Stranę maszerują ludzie i śpiewają Międzynarodówkę, nie mógł się powstrzymać. Poszedł z nimi, żeby zademonstrować przeciwko wojnie w Iraku, ale tak naprawdę to z potrzeby serca i „dla Sprawy”. Sprawa jest bowiem najważniejsza. „W młodości mój wujek poszedł walczyć w Nikaragui. Nie dla pieniędzy, ale właśnie dla Sprawy. A moja ciotka czekała na niego 12 lat, bo wiedziała, że to, co robi, jest naprawdę ważne” – opowiada Rodrigo. „Wujek jest moim bohaterem. Chciałbym żyć tak jak on, ale niestety teraz liczą się tylko pieniądze. A najważniejsze są przecież uczucia” – mówi wzruszony. Przeciwko kapitalizmowi nic nie ma, aby tylko były przestrzegane prawa człowieka. W Pradze mieszka od pół roku, pracuje za barem i uczy się śpiewu operowego. Dyskusja o polityce zamienia się w spór o wyższości kompozytorów włoskich nad Wagnerem, ale i tę przerywają dudniące z głośników piosenki Jacquesa Brela śpiewane w rytm salsy. Temperatura wzrasta. Do lokalu wchodzi grupa młodych delegatek na atlantyckie spotkanie studentów organizowane przy szczycie NATO. Zaczynają się tańce i po chwili już nikt nie rozmawia ani o Sojuszu, ani o Iraku. 

Sny Havla się spełniają

Dla prezydenta Vaclava Havla gorący czas rozpoczął się w niedzielę 17 listopada. W rocznicę Aksamitnej Rewolucji w kawiarnii Slavia nad brzegiem Wełtawy, Havel nacisnął specjalny guzik i nad Hradem po drugiej stronie rzeki rozbłysło wielkie, czerwone serce – instalacja czeskiego artysty Jirziego Davida. David podkreśla, że jego dzieła nie należy łaczyć z serduszkiem, które Havel ma zwyczaj rysować rozdając autografy, ale skojarzenie jest nieuchronne. Dla samego Havla serce ma być demonstracją, że „Sojusz nie jest jakąś grupą krwiożerczych polityków czy generałów, ale jest to instytucja, która chce chronić interesy obywateli, ich wolność, ich godność, ich uczciwe życie. Że jest tu dla nich, a nie dla tych na górze”.





 
Lord Robertson i Vaclav Havel 
 z młoteczkiem autorstwa 
 Borzka Szipka. 
 Uderzeniem młoteczka Lord 
 potwierdził decyzję 
 o rozszerzeniu NATO.



Dla Havla szczyt NATO był jednak czymś jeszcze więcej – wielkim pożegnaniem z polityką. Na początku lutego kończy się bowiem jego kadencja i po niemal 13 latach rozstaje się z prezydenckim fotelem. W tym czasie cała Europa przeszła długą drogę. Kiedy 29 grudnia 1989 roku Havel składał po raz pierwszy prezydencką przysięgę, prezydentem Stanów Zjednoczonych był George Bush, a w Moskwie rządził Michaił Gorbaczow. Teraz na Hradzie czeski prezydent witał George’a Busha juniora, który prosto z Pragi poleciał do St. Petersburga, żeby osobiście omówić decyzje szczytu NATO ze swoim przyjacielem, prezydentem Rosji, Władimirem (Putinem). W czasie kolacji 20 listopada światowi przywódcy zebrani na Hradzie żegnali Havla. Był czas na przemówienia, podziękowania i specjalny prezent, do ostatniej chwili trzymany w tajemnicy. Czeski prezydent dostał oprawione w skórę kopie umowy założycielskiej NATO i umowy członkowskiej z Czechami. „Minęło już 13 lat od czasu, kiedy na praski ulicach rozbrzmiewał okrzyk »Havel na Hrad!«. W otaczającej nas atmosferze cynizmu zwykle myślimy, że sny nie mają szansy wytrzymać w starciu z władzą i rzeczywistością, że nie wytrzymają próby czasu. A jednak te 13 lat, podczas których kierował Pan losem swojego narodu pokazały, że sen zachował swoją żywotność i intensywność” – mówił do czeskiego prezydenta Jacques Chirac.

Platforma AntyNATO

Zanim 20 listopada rozpoczęła się pożegnalna kolacja Havla, ministrowie spraw zagranicznych zasiedli do stołów w pięknym, secesyjnym Obecnim Domie niedaleko Placu Wacława. Ich bezpieczeństwa strzegli stojący na ulicy jeden obok drugiego policjanci. Napięcie wzrastało z każdą chwilą – oczekiwano pierwszej dużej demonstracji anarchistycznej pod hasłem „Food not Bombs!” (Jedzenie, nie bomby!). Co prawda z założenia pokojowa (organizatorzy wzywali jedynie do przyniesienia garnków i wszystkiego, co robi hałas), ale pamiętając zamieszki w Pradze przed dwoma laty w czasie obrad Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego wyraźnie spięci policjanci w hełmach szykowali się na wielkie starcie. 
Dziennikarze z entuzjazmem powitali pierwszą, kilkunastoosobową grupę anarchistów. Młodzieńcy z transparentami w oślepiającym błysku fleszy wyglądali jak gwiazdy filmowe. Kiedy kolejna grupka przyniosła NATO-wską gwiazdę z metalowych prętów, mój zahartowany w zadymach znajomy szepnął „To będzie pewnie taran”. Gwiazda okazała się jednak jedynie gwiazdą, podobnie jak samochód z kolumnami zamiast spodziewanych brukowców mieścił jedynie sprzęt grający. Żółta substancja w butelkach wbrew oczekiwaniom reporterów nie była benzyną, ale żwirem – do potrząsania i hałasowania. Nawet mężczyzna w hełmie, wyglądający na przywódcę radykałów, w rzeczywistości był jedynie przezornym dziennikarzem. W demonstracji pod Obecnim Domem wzięło udział ok. 200 osób, rozdawali ulotki, sprzedawali anarchistyczne gazetki, częstowali wegetariańską zupą (nie najlepszą). Podobnie wyglądały pozostałe protesty, choć następnego dnia anarchistom na Namiesti Miru udało się zgromadzić prawie 1500 osób. Najwięcej zainteresowania wzbudził jednak demonstrant przebrany za Szwejka z transparentem: „Na Bagdad, pani Mullerova!” ( Szwejkowskie tradycje wykorzystali zresztą też komuniści. Podczas ich demonstracji z kolei niesiono transparent z napisem „Lepszy Szwejk niż Rambo”). 
Tymczasem czeska i zagraniczna prasa od tygodni rozpisywała się o prawdopodpobieństwie wielkich i brutalnych protestów. Powołując się na zagraniczne służby wywiadowcze, czeskie ministerstwo spraw wewnętrznych mówiło o ok. 12 tysiącach anarchistów i antyglobalistów, mających zjechać do Pragi. Postanowiono im przeciwstawić podobnie liczne siły policyjne, zaopatrzone w nowiutki sprzęt za 360 mln koron. Na granicach prowadzono drobiazgowe kontrole i zapowiadano nieustępliwość. „Nie wystawiajcie na próbę cierpliwości policjantów” – ostrzegało MSW wzywając obywateli do bezwzględnego podporządkowania się policji. Wszystko to najwyraźniej podziałało na przeciwników NATO (a jak mówili złośliwi, także niezbyt przyjemna jesienna aura), bo posiłki z zagranicy nie przybyły, a siły czeskich anarchistów okazały się skromne. 
Mimo że demonstracje nie były zbyt liczne, anarchiści i pacyfiści mogą twierdzić, że odnieśli sukces. Na stronach internetowych organizatorzy zrzeszeni w platformie AntyNATO twierdzili, że celem demonstracji jest informowanie ludzi o ich poglądach i to się chyba udało – chociażby dlatego, że o protestach i organizacjach anarchistycznych mówiono i pisano od miesięcy. Na gwiazdę wyrósł w Czechach rzecznik AntyNATO, występujący pod pseudonimem Jirzi W. Krzovinek – czyli, tłumacząc na angielski, George W. Bush. Nie wiadomo, kim on jest, nie wiadomo, jak wygląda (bo występuje w masce byłego prawicowego premiera Vaclava Klausa), a on sam umiejętnie podsyca zainteresowanie sobą opowieściami o rzekomych groźbach pod swym adresem.

Okazja do interesów

W dużym stopniu zatem wojna między demonstrantami a siłami porządkowymi rozegrała się w mediach. Tam też dalej będzie się toczyć. Przyszedł bowiem czas oceny szczytu i coraz częściej pojawia się choćby pytanie, czy przewidywania ministra spraw wewnętrznych Stanislava Grossa co do liczby i skali protestów nie były celowo przesadzone, aby zdobyć dla policji dodatkowe pieniądze i uprawnienia, a także by wzmocnić pozycję szefa resortu. Już w czasie starć w Pradze przed dwoma laty Gross zaczął kreować się na dzielnego obrońcę czeskich mieszczuchów przed dzikusami z zagranicy, co umocniło jego czołowe miejsce w rankingach popularności. Teraz jednak, zdaniem Nicolasa Maslowskiego z zajmującego się Europą Środkową francuskiego instytutu politologicznego Cefres, może się przeliczyć. Mieszczanie lubią co prawda czuć się bezpieczni, ale nie lubią rozrzutności ich kosztem. „Wiadomo było, że na ulice nie wyjdzie 12 tys. ludzi. Po pierwsze, NATO nie jest tak nośnym tematem, jak Bank Światowy. Po drugie, ludzie wciąż mają w pamięci śmierć demonstranta w Genui i brutalne represje policyjne w Pradze w 2000 r.” – uważa Maslowski. Nawet prezydent Havel uznał, że środki bezpieczeństwa były przesadzone. „Niektórzy politycy byli z tego powodu nawet trochę zdenerwowani. Bo do czego to podobne, że nigdzie nie ma żadnych ludzi, a na ulicach tylko czołgi” – ironizował. Na zabezpieczenie szczytu wydano 620 mln koron, z tego ponad połowę na wyposażenie policji. To wprawdzie przydatna inwestycja i być może nikt ministrowi Grossowi nie miałby tego za złe, gdyby nie sierpniowa powódź, której ślady nadal widać w Pradze. „Przecież są ludzie, którzy nadal nie mają gdzie mieszkać, zima idzie, a oni tyle pieniędzy na ten szczyt wydali. Przecież można to było zrobić gdzieś poza Pragą, bez tego cyrku” – smutno skarżył się taksówkarz.

Szczyt i po szczycie

Po zakończeniu szczytu rozjeżdżają się delegacje, pakują się dziennikarze. Do miasta wróci 200 tys. jego mieszkańców, którzy wyjechali w obawie przed szczytowymi uciążliwościami. Dzieciom w przedszkolach i szkołach skończyły się dodatkowe wakacje. Turyści nie zobaczą już pustawych gospód, a na Moście Karola znów trudno się będzie przecisnąć między tłumami zwiedzających. Sklepikarze będą starali się nadrobić ten kiepski handlowo tydzień. Z ulic znikną policjanci, wrócą do swoich małych spokojnych miasteczek, z których ściągnięto ich do Pragi. Helikopter, który przez cały tydzień irytował mieszkańców, krążąc nad miastem, w końcu umilknie. Prezydent Havel będzie mógł odpocząć po wyczerpujących dniach i powoli przygotowywać się do wyprowadzenia się z Hradu. Smutny taksówkarz nadal będzie pieczołowicie zbierał napiwki na elektryczny motocykl, który obiecał wnukowi na Gwiazdkę. Nad Hradem o zmroku czerwonymi lampkami nadal będzie płonąć elektryczne serce.


Autorka jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl