Wejście Polski do Unii – bez dramatycznych zmian


Jak Lepper Polskę do Unii wprowadzi

Klaus Bachmann z Brukseli



Będzie o tym, jak nagły urodzaj w Polsce na krytyków Unii Europejskiej przyczyni się w ostatecznym rozrachunku do... wygrania referendum o przystąpieniu do Unii. Oraz o tym, dlaczego polscy negocjatorzy i politycy unijni od kilku tygodni starają się, jak mogą, aby wywołać wrażenie, że Polska nie dostanie „ani grosza więcej”, a być może będzie „dopłacać do unijnego budżetu”. A także o tym, jakie niespodzianki Unia szykuje na sam koniec negocjacji.  


Jarosław Kaczyński, lider „Prawa i Sprawiedliwości” dołączył do grona krytyków przystąpienia Polski do Unii. Robi to tak przekonująco, że prawicowy w końcu polityk przekonał nawet lewicowego Ryszarda Bugaja... Przyczyny tego niezwykłego sojuszu są dramatyczne: „W istocie będziemy do naszego członkostwa dopłacać – obwieścił Kaczyński w jednym z wywiadów. – Nasze wejście do UE mocno uderzy w rolnictwo, w szczególności produkcyjne, w tradycyjne działy przemysłu”, a wskutek tak „druzgocącej klęski, która kompromituje i ośmiesza rząd”, do władzy może dojść „Samoobrona”. Rezultat: Polska, idąc do Brukseli, „ląduje w Mińsku” z premierem Lepperem. A że do tego nie można dopuścić, polskie elity nie powinny trwać w „takim zaślepieniu”, lecz zacząć „debatę”. Czyli: zastanowić się nad odwrotem od Unii. Kaczyński nie jest sam – pomijając LPR, „Samoobronę”, niektórych polityków PSL, publicystów Radia Maryja i polityków „na prawo” od nich (i „na lewo” od SLD), takim językiem mówi wielu ludzi na tzw. ulicy.
W Brukseli polscy dziennikarze wypytują negocjatorów o „przesunięcie nieindeksowanych rezerw z Agendy 2000 z drugiego na pierwszy filar Wspólnej Polityki Rolnej, aby zapobiec niesymetrycznym przebiegom transferów między Unią i Polską w pierwszym roku członkostwa”, albo o to, czy „przejście na uproszczony system dopłat nie skrzywdzi potencjalnych beneficjentów premii za odłogowanie [ziemi]” – ale do czytelników i widzów polskich mediów, którzy niewiele z tego rozumieją (i trudno im się dziwić) dociera wieść: Polska będzie płatnikiem netto, czyli będzie więcej wpłacać do unijnej kasy niż z niej otrzymywać. Dementi płynące z najwyższego szczebla potwierdzają tylko obawy: w końcu jeśli premier lub szef MSZ oświadczają, że nie chcą, by Polska była płatnikiem netto, to najwyraźniej zagrożenie jest realne... 
A jak jest naprawdę? Czy Unia przychodzi z pustymi rękoma? 
Wrażenie to może wydać się słuszne tylko jeśli obecne rozszerzenie porównywać z poprzednimi. Nigdy wcześniej Unia nie ustaliła we własnym gronie tylu warunków, które po rozszerzeniu miały obowiązywać nowych członków: odrębny budżet, odrębne reguły dla wsparcia rolnictwa, ograniczenia w funduszach strukturalnych, długie okresy przejściowe jeśli chodzi o swobodę osiedlania się, specjalne i jednostronne klauzule ochronne. Ale też nigdy Unia nie miała tak mało zaufania do kandydatów, bo nigdy wcześniej Unii i kandydatów nie dzieliła taka przepaść gospodarcza. I nigdy kandydaci nie wysunęli tak gigantycznej listy wniosków o okresy przejściowe. Jak powiedział mi niedawno rozczarowany dyplomata unijny: obu stronom zabrakło odwagi i wizji. 
Właśnie z tego powodu przystąpienie do Unii nie będzie rewolucją czy dramatyczną zmianą – ani na dobre, ani na złe. Owszem, rolnicy nie dostaną pełnych dopłat. Ale dostaną coś, o czym marzyli latami, nim usłyszeli o dopłatach: pewność, że sprzedadzą swą tegoroczną produkcję w przyszłym roku, i to po stabilnych cenach! Do tego sprowadza się bezsporny i nigdy podczas negocjacji nie podważany fakt, że unijny system interwencji na rynkach rolnych będzie w pełni rozszerzony na rolników nowych krajów członkowskich od pierwszego dnia członkostwa. Więcej: będą to ceny przeważnie nieco wyższe niż w Polsce. Na wieś popłynie także strumień pieniędzy z funduszy strukturalnych i funduszu rozwoju obszarów wiejskich, który dodatkowo podwyższy tam siłę nabywczą, ceny i poziom życia. 
Krótko mówiąc: nawet gdyby polscy chłopi nie dostali żadnych dopłat, i tak po przystąpieniu Polski do Unii żyć się im będzie lepiej niż dotąd. Że będą wystawieni na konkurencję rolników unijnych? Ależ są już dzisiaj. Podobnie jest z tzw. tradycyjnymi działami przemysłu, o których mówił Kaczyński. Na mocy traktatu stowarzyszeniowego Polska zniosła cła i ograniczenia w handlu oraz przyjęła unijne przepisy o pomocy państwa (inna sprawa, że ich nie stosowała, jak zresztą wiele krajów członkowskich), a na mocy umowy o tzw. „podwójnym zerze” (żadnych ceł i żadnych dotacji eksportowych) dwa lata temu zliberalizowała handel rolno-spożywczy. Odbywa się to w ramach kontyngentów, które znikną po przystąpieniu. Nawet jeśli spowoduje to zachwianie rynku, Polska będzie mogła – na mocy klauzuli ochronnej, którą „Piętnastka” chce wpisać do traktatu akcesyjnego – ograniczyć ten handel przez pewien czas. Dramatycznych zmian nie będzie.
Dotyczy to także debaty o unijnym budżecie. Nikt nigdy nie oczekiwał, że Polska będzie płatnikiem netto. Płatnik netto to, powtórzmy, kraj, który w sposób strukturalny i świadomy rok po roku, przez dziesiątki lat wpłaca więcej do unijnego budżetu niż z niego otrzymuje. Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania i Holandia – to płatnicy netto. Polska i niektórzy inni kandydaci mają inny problem: składkę członkowską musieliby płacić Unii od początku, ale niektóre transfery z Brukseli dostaliby z kilkumiesięcznym lub kilkuletnim opóźnieniem.
W ujęciu kilkuletnim wszystko byłoby w porządku: Polska dostałaby znacznie więcej niż wpłacałaby. Ale na początku powstałaby dziura budżetowa, podwójnie groźna: utrudniłaby współfinansowanie projektów unijnych i faktyczne korzystanie z unijnych transferów oraz destabilizowałaby finanse publiczne. Można tę dziurę oczywiście załatać kredytem. Ale zwiększyłoby to deficyt budżetowy, naruszyło kryteria układu z Maastricht, które obowiązują nowych członków również przed przystąpieniem do Unii Walutowej i przyjęciem euro. 
Na początku Komisja Europejska nie była tego świadoma. Ale na szczycie w Brukseli państwa członkowskie zapewniały kandydatów, że żaden nie będzie w gorszej sytuacji finansowej po przystąpieniu niż przedtem. Ludzkim językiem powiedziano: wszyscy dostaną więcej niż wpłacą. Reszta to techniczne szczegóły, które czytelnicy gazet niekoniecznie muszą znać. O nie wciąż trwa spór. Tu też wielkich zmian nie będzie.
Dlaczego więc polscy i unijni politycy i negocjatorzy od kilku tygodni starają się, jak mogą, by wywołać wrażenie, że Polska nie dostanie „ani grosza więcej”, że być może „dopłacać będzie do unijnego budżetu”? Po pierwsze dlatego, że to zwiększa presję na tych, którzy rzeczywiście nie chcą dać „ani grosza więcej” i odbiera argumenty tym, którzy twierdzą, że rozszerzenie to finansowe awanturnictwo. Po drugie, aby sprowadzić rozbudzone nadzieje w krajach kandydujących do możliwie najniższego poziomu. Tylko wtedy finansowa niespodzianka, którą „Piętnastka” szykuje na finalizujący negocjacje szczyt w Kopenhadze w połowie grudnia zostanie przyjęta z odpowiednio dużą ulgą. 
To, że taka niespodzianka będzie, wtajemniczeni zarówno z Komisji, jak z bardziej wpływowych krajów członkowskich rozpowiadają w Brukseli na każdym kroku. Będzie więc więcej niż 25 proc. dopłat, wrócą „ukradzione” 2 miliardy euro na fundusze strukturalne. Ale do szczytu w Kopenhadze unijni politycy i negocjatorzy będą równie stanowczy i twardzi jak komisarz Günter Verheugen w ostatnich wypowiedziach, a polscy politycy będą głęboko nad tym ubolewać i potajemnie chłodzić szampana...
Jasnym jest też, że niespodzianka nie będzie duża – i byłaby rozczarowująca, gdyby się nie udało wcześniej przygotować Polaków do myśli, że będą musieli „dopłacać do członkostwa”, które w dodatku „uderzy w rolnictwo i tradycyjne działy przemysłu” (jak widzi rzecz Kaczyński). Kto oczekuje katastrofy, będzie zadowolony, jeśli po 1 maja 2004 roku nie nastąpi... nic. Na tym polega cenna w istocie rola, jaką pełnią dziś Kaczyński, Bugaj, a nawet Lepper i Giertych: katastroficznymi wizjami pomagają negocjatorom unijnym i polskim – oraz wszystkim, którym rozszerzenie leży na sercu – w przekonywaniu Polaków, że nie ma co oczekiwać wiele od skąpej ponoć Unii. Robią to bardziej wiarygodnie niż sam rząd. 
W ten sposób ułatwiają mu nawet... wygranie referendum. Po zakończeniu negocjacji polscy wyborcy z ulgą i zadowoleniem będą słuchać rządu, że to dzięki jego nieugiętej postawie Polska nie będzie płatnikiem netto, obroni swych rolników i zachowa przemysł. Polacy zagłosują za przystąpieniem do Unii, nie wiedząc, że te wszystkie nieszczęścia nigdy Polsce nie groziły. Ale czy uwierzyliby w ten pozornie tak szczęśliwy obrót spraw, gdyby nie było kasandrycznych ostrzeżeń Giertycha, Kaczyńskiego, Leppera, a nawet wicepremiera Kalinowskiego? 


Klaus Bachmann jest historykiem i politologiem, przez kilkanaście lat był korespondentem prasy niemieckiej i austriackiej w Polsce. Autor książek o integracji Polski z UE: „Polska kaczka, europejski staw” (1998), „Którędy do Europy” (2002). Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl