Michała Pawlika bieg po słowa

Andrzej Żurek



Gdy 16-letni Michał biegł przez całą Kanadę – z Nowej Fundlandii na wschodzie kraju po Vancouver Island na zachodnim wybrzeżu – umiał już czytać i pisać; uczył się też już w liceum. Kilka lat wcześniej psychiatrzy i psycholodzy dawali mu szanse najwyżej na ukończenie podstawówki i twierdzili, że nigdy nie będzie czytać. Dziś Michał studiuje medycynę, za rok otrzyma dyplom. 


Do Kanady Jurek i Jola Pawlikowie przyjechali w 1982 r., z 5-letnim Michałem. Zamieszkali w Edmonton. Wkrótce Michał poszedł do szkoły. Miał kłopoty; o pisaniu i czytaniu nie było mowy. Nauczyciele myśleli, że problemy wynikają z braku znajomości angielskiego. Michał brał dodatkowe lekcje języka, ale pierwszą klasę oblał. Za rok znów repetował. Był nieśmiały, unikał ludzi. Często zakrywał twarz dłońmi; miewał lęki. 

Jak Forrest Gump
Lekarze nie potrafili nic z niego wydobyć. Uczył się w szkole przyszpitalnej, a raczej usiłowano go uczyć: „Próbowali różnych technik – wspomina Michał. – Kiedy nie bawiłem się z dziećmi, kazali mi za karę biegać”. Podejrzewano dziecięcą epilepsję, która objawia się głębokim roztargnieniem. Michał: „Zamiast dostrzegać, co się wokół mnie dzieje, śniłem na jawie”. Po dwóch latach renomowany psycholog dziecięcy powiedział Pawlikom: „Chłopak w najlepszym razie dotrze do szóstej klasy, bo jest psychicznie i emocjonalnie upośledzony”.
Michał dotarł do szóstej klasy; rodzice czytali mu lekcje. Po wyczerpaniu możliwości leczenia w Edmonton, w 1988 r. Pawlikowie przenieśli się do Calgary. Były to dla nich trudne lata: nie mogli znaleźć pracy w ich zawodach, brakowało pieniędzy.
Michał dużo biegał. A za nim biegały dzieci i wołały: „Ty głupku”. „Zupełnie jak za Forrestem Gumpem” – śmieją się Jola i Jurek. Dzięki bieganiu budował poczucie własnej wartości. W 1989 r., gdy miał 12 lat, przebiegł maraton w Victorii.
Nie chcieli go przyjąć do Junior High (3-letnia szkoła po sześciu klasach podstawówki). Nie potrafił czytać, nadal był nieśmiały wobec obcych, zakrywał twarz. Ale rodzice nie ustąpili. Przyjęto go do szkoły na próbę. 
Już, a raczej dopiero, wtedy zaczęto podejrzewać, że za problemami Michała stoi dysleksja. Tyle że dotknięte nią dzieci po latach nauki piszą i czytają. Michał – ani w ząb. Trafił do klasy dla uczniów „z problemami”. Ciągle groziło mu, że nauczyciele dojdą do wniosku, że nie ma sensu na siłę kontynuować jego edukacji. 
Nastawienie do Michała zaczęło się zmieniać, gdy zaproponował, by szkoła wystawiła drużynę biegaczy na doroczne, międzyszkolne zawody. „A ty umiesz biegać?” – zapytali. „Trochę” – odparł. W biegu na 5 km pobił rówieśników. Wtedy dostrzeżono, że dobrze sobie radzi w klasie science – nauk przyrodniczych, że lubi matematykę i nie ma z nią problemów. 
Skierowano go na badania w szpitalu dziecięcym w Calgary. Lekarze orzekli, że Michał nigdy nie nauczy się czytać, że zawsze będzie musiał korzystać z taśm dla niewidomych i z pomocy rodziców. Ale w szkole czuł się już lepiej: nauczyciele zrozumieli, że mają do czynienia z inteligentnym chłopcem i wciągali go w naukę kolejnych przedmiotów. Michał zadawał teraz mnóstwo pytań. Uważnie słuchał lekcji, aby tak wyrównać braki, wynikające z nieumiejętności czytania. 
W 1991 r. szkolny psycholog ponownie skierował go na badania.
Diagnoza brzmiała: phonic dyslexia. Termin nie był rodzicom obcy; zetknęli się z nim w fachowej literaturze na temat defektów dziecięcych, gdy na własną rękę próbowali znaleźć wytłumaczenie kłopotów syna.
Dlaczego diagnoza zajęła tyle lat? „Nawet dziś trudno zdiagnozować wiele przypadków. A przypadek Michała był skomplikowany” – tłumaczą rodzice. Po dziewięciu latach nauki nie potrafił składać słów złożonych z trzech liter. Trudności w kontaktach z ludźmi odczytywano jako objawy niedorozwoju umysłowego. Dziś wiadomo, że takie są oznaki fonicznej dysleksji. 
W 1991 r. znane były już metody leczenia dysleksji, ale stosowano je tylko w prywatnych szpitalach. Uboższych rodziców nie było stać na leczenie. Co gorsze, z powodzeniem leczono głównie prostsze przypadki. Ale Jola i Jurek zaczęli szukać kliniki. „Pójdźcie do doktora Trucha” – poradził przypadkowo poznany relaksolog. Steve Truch, kierownik założonej w 1991 r. kliniki The Reading Foundation, powiedział Michałowi: „Matematykę znasz. Ja nauczę cię czytać”. Chłopak miał wtedy 14 lat. „Po tylu latach badań i załamań mieliśmy mieszane uczucia – wspominają rodzice. – Baliśmy się, że trafiliśmy do szarlatana”. 
Leczenie trwało trzy miesiące. Po trzech dniach chłopak zaczął składać litery w słowa. „Wracaliśmy z zajęć w klinice, gdy Michał powiedział: »Anderson« – mówi Jurek. – Pytam: »Jaki Anderson?«. »O, tam«, odpowiedział, wskazując na tablicę z napisem »Anderson Road«. Jak człowiek, który odzyskał wzrok”.
„Specjalną metodą, zwaną metodą Lindamooda uczono mnie tego, z czym inne dzieci się urodziły: kojarzenia liter i głosek – opowiada Michał. – Zaczynałem od szczebla przedszkolnego. Prędko nauczyłem się składać litery. Reszta przypominała szkolną naukę czytania. Teraz czytam i piszę w tempie, które określa się jako średnie”.
Michała uczono czytać, jakby był głuchy. Uczono go składać usta, „przesuwano” głoski w jego umyśle, przyzwyczajano do „żonglowania” nimi. O wadzie przypomina dziś nieco niewyraźna wymowa. 
Michał nie ma żalu o tamte lata. Czerpie z nich siłę.

Z „Małym Księsiem” przez Kanadę
Potem Michał pobiegł przez Kanadę – biegł od 19 marca do 10 października 1993 roku, z jednego jej końca na drugi, aby zwrócić uwagę na problem dysleksji i zebrać pieniądze na leczenie dzieci. Był najmłodszy ze wszystkich, którzy dotąd podjęli wyzwanie trans-Canada marathon. Tak nazywa się bieg długości Trans-Canada Highway No. 1, autostrady przecinającej kraj. 
Michał zatrzymywał się na spotkania z uczniami, ich rodzicami i nauczycielami. Po przebiegnięciu 7800 km dotarł do Victorii. Następnego dnia pobiegł, już po raz czwarty, w Victoria Marathon, którego meta wyznaczała koniec jego biegu... i od razu przebiegł jeszcze 4 km do tablicy „Mile O”, gdzie kończy się Trans-Canada Highway.
Na bieg syna Pawlikowie zbierali fundusze, gdzie tylko się dało. Pomógł mieszkający w Austrii brat Jurka; pomogło liceum, w którym uczył się Michał oraz The Reading Foundation Trucha. Przyjaciele z Calgary pożyczyli minivana. „Raz sypialiśmy jak królowie, innym razem jak żebracy – wspomina Jurek. – W vanie, namiocie, hotelu, gdy jakiś hotelarz zaoferował nocleg, bo słyszał o projekcie Michała”. 
Chłopak biegł w koszulce z nadrukiem plakatu Run for the Missing Words („Bieg po utracone słowa”), zaprojektowanego przez rysownika Adama Bochyńskiego: z wizerunkiem biegacza, zmierzającego w stronę słońca i z fragmentami z „Małego Księcia”. Za Michałem jechał ojciec, samochodem lub na rowerze. 
Wraz z kolejnymi kilometrami rosło zainteresowanie Run for the Missing Words. W Toronto, w ogromnej hali, bejsboliści zespołu Blue Jays przedstawili Michała kilkudziesięciotysięcznej publiczności. W lokalnej TV dziennikarz stwierdził, że chłopak podobny jest, z powodu kędzierzawej czupryny, do Terry’ego Foxa, który kilka lat wcześniej biegł przez Kanadę z protezą nogi, by zebrać fundusze na leczenie chorych na raka. Atak choroby nie pozwolił jednak Foxowi ukończyć biegu. Dziennikarz zapytał: „Kim chciałbyś zostać?”. Michał odparł: „Będę lekarzem”.
Michała trzeba było przygotowywać do wywiadów dla radia i telewizji. Każdy poprzedzała co najmniej godzinna „rozgrzewka”, bo miał jeszcze, zwłaszcza gdy był speszony, trudności z koncentracją i wolno mówił. Ale że lubi dzieci i jest cierpliwy, podczas spotkań w szkołach bez trudności nawiązywał kontakt.

Metoda i jej skutki
Nie udało się zebrać wiele pieniędzy. Wysiłek Michała wzbudzał podziw, ale nie od razu zrozumiano cel jego biegu. Trzeba było tłumaczyć, czym jest dysleksja i dlaczego trzeba ją leczyć. Pomagały radio i telewizja oraz gazety z poszczególnych prowincji. „Vancouver Sun” pisał o „nastolatku, który uporał się z własnym problemem, a teraz biegnie przez kraj, by inni też mogli czytać”. 
Patronat nad biegiem sprawowała organizacja Learning Disability Association of Canada. Według jej danych w latach 90. problemy z czytaniem miało 5 mln Kanadyjczyków i 50 mln Amerykanów. 
Powodem była przede wszystkim przyjęta w tych krajach po II wojnie światowej metoda nauki czytania, która charakteryzowała się tym, że po macoszemu traktowano naukę alfabetu. Większość uczniów korzystała z niej z pożytkiem, ale dla 20 proc. okazała się zabójcza. Te dzieci nie tylko nie mogły nauczyć się czytania, ale – odstając od reszty – często miały kłopoty psychiczne. 
Okazuje się, że młodzi żebracy, bez kwalifikacji i pracy, których można spotkać na ulicach północnoamerykańskich miast, to często drop-outs – ludzie, którzy nie ukończyli szkoły podstawowej, często z powodu dysleksji. Znaleźli się na marginesie, mają kłopoty z prawem. Wielu to pełni analfabeci, inni nie rozumieją podstawowych tekstów, np. instrukcji zażywania lekarstw. Ale problem dotyczy także Kanadyjczyków, którzy pracują i mają rodziny... Co ciekawe: przed wojną, gdy czytania uczono starą metodą, odsetek analfabetów był minimalny.

W 1995 r. Michał dostał się na 4-letnie studia na wydziale mikrobiologii uniwersytetu w Calgary. Zgodnie z kanadyjskim systemem akademickim, to wstęp do medycyny. W 1999 r. rozpoczął studia medyczne w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. 
Michał dobrze czuje się w mieście, gdzie kiedyś studiowali jego rodzice. „Kraków jest inny niż miasta w Kanadzie – mówi. – Skupiony, gęstszy, mogę przejść miasto z jednego końca na drugi. Albo przebiec”. Jest członkiem klubu lekkoatletycznego i pływackiego. Lubi jeździć w Tatry, ma przyjaciół. Nie oblał żadnego egzaminu. 
Wkrótce otrzyma dyplom lekarza. Potem zrobi specjalizację: będzie psychiatrą. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl