Otwarte listy


Do Szymona Ziółkowskiego

JACEK PODSIADŁO


Otwarcie Panu mówię, że nigdy się nie spodziewałem, że zapałam do Pana szczególną sympatią. On sobie tam rzuca młotem, ja sobie tu, piszę felietony i szlus – tak mniej więcej myślałem. Jak Pan zdobywał złoty medal olimpijski cieszyłem się, ale tylko dlatego, że ja się zawsze cieszę, jak ktoś coś zdobywa. Tak samo – tzn. nie przesadnie – martwiłem się spadkiem Pana formy i głośną sprawą zerwania współpracy z trenerem Cybulskim, który prowadził Pana od początku kariery. Wyobrażałem sobie wtedy, że jest Pan niewdzięcznikiem, któremu uderzyła do głowy woda sodowa albo nawet frument, ale mało mnie to obchodziło. I tak by już zostało, gdybym nie przeczytał w „Gazecie Wyborczej” dramatycznego reportażyku z nieudanej próby Pańskiego powrotu pod skrzydła trenera Cybulskiego. A zwłaszcza wypowiedzi trenera: „Nastąpiło pewne zdarzenie po naszych ustaleniach, które zmienia wszystko. (...) Jeśli ja głoszę teorię o pełnym zaangażowaniu, zawodnik musi to samo robić. Jeden trybik pęknie i już jest kłopot. Jeśli zawodnik twierdzi, że musi być po trochu specjalistą i po trochu niańką dla swojego potomka, to nie wyjdzie”.
Suponuję na podstawie tej zawoalowanej pretensji, że ma Pan dziecko i to ono jest tym Pewnym Zdarzeniem, które „zmienia wszystko” i stoi na drodze do dalszej kariery sportowej. Rozumiem też, że nie ma Pan zamiaru rezygnować z „niańczenia” potomka na rzecz trenowania 16 godzin na dobę. Pragnę umocnić Pana w tej decyzji, bo pewnie wielu „działaczy” i różnych takich kręci się teraz koło Pana, namawiając do wyrzeczenia się dziecka na rzecz młota. Przeczytałem nawet, że grozi Panu odebranie stypendium. Ale jest Pan taki duży i silny, że w razie czego na pewno znajdzie Pan sobie uczciwą robotę (tylko ochroniarzem to proszę nie zostawać).
Zdaje się, że Pański trener to niebezpieczny typ. Szczególnie w sporcie i zwłaszcza ostatnimi laty, ten typ człowieka spotyka się powszechnie. A już najgorsza jego odmiana to rodzic i trener w jednym, który własne dziecko od małego hoduje na mistrza. Z pobudek, które trudno mi wytłumaczyć nawet niespełnionymi własnymi ambicjami takich ludzi, nie widzą oni świata ani żadnego innego godnego celu poza tzw. sukcesem sportowym. A przecież ten świat istnieje i naprawdę są na nim sprawy ważniejsze, niż ciepanie na odległość kawałkiem żelaza na drucie, z którego w dodatku w każdej chwili może się zerwać. Młota nie nauczy Pan liczyć na paluszkach, odróżniać skowronka od wróbla ani nowej piosenki, choć zapewne może Pan nauczyć paru młotów rozumu (w rzucaniu trenera też wykazał Pan pewien talent). A sport, niezależnie od tego, jakie pieniądze może przynieść i ilu heterotrofów może się utrzymać na garbie jednego mistrza, jest przecież tylko zabawą. Wszyscy wielcy mistrzowie, łącznie z Panem, powtarzają tylko gry, które dawno temu wymyślili mali chłopcy. Mam nadzieję, że Pańska córka czy syn powie kiedyś: „Mój stary to jest prawdziwy mistrzu”. A gdyby się okazało, że źle zrozumiałem półsłówka trenera i pies jest pogrzebany zupełnie gdzie indziej, to proszę wybaczyć, ale bardzo mi się Pan przydał do wyrzucenia z głowy myśli bieżących. 


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole 1 

podsiadlo@atol.com.pl





Do Jacka Podsiadły:

Agnieszka z Poznania:
Taki Pan niemodny, zamiast o polityce i katastrofach, pisze Pan o dzieciach, o zaletach kiwania dużym palcem w dziurawej skarpetce. Ma Pan od mojego Maluszka za taką odwagę kopniaka na szczęście, bo właśnie wierci się strasznie w brzuchu, a już za dwa tygodnie czeka go przystanek Ziemia. I gdyby nie te uśmiechy w Pana felietonach, to nie byłabym taka pewna, czy mu się tu spodoba. Jestem nauczycielką i znęcam się nad małymi Piotrusiami. Ale nikt nie umie tak narysować metafory jak niesforny Piotruś. Zbieramy sobie gąsienice tramwajów, łodygi mostów, przędzę mgły albo złote pierścionki liści z błyszczącymi brylantami szronu i zaglądamy sobie nawzajem do wyobraźni. Dużym dzieciom czytam Pana felietony, ale boję się, że one będą chciały dorosnąć i otrzepać włosy z brokatu gwiazd. A poza tym nie mogę ich oszukać: tylko niektórzy wierzą w miłość, tylko niektórzy umieją usłyszeć słowika, tylko niektórzy nie przeklinają, człowiek naprawdę umie zabić, człowiek naprawdę umie nienawidzić. I te śmieszne napisy – jak Pan zauważa – że dozwolone od tylu czy tylu lat, wcale nie są śmieszne. Są bezradne. Zło istnieje, choć teraz właśnie chciałabym o tym zapomnieć, czuję je jeszcze silniej i tylko zbieram małe szczęścia „przeciw wielkiej rozpaczy”. I dlatego dziękuję za myśl szóstą. Oczywiście Pippi J.
Maciej Dobosiewicz: Długi czas nie bez przyjemności czytywałem Pana felietony. Ożywcza nutka przekory, anarchistyczno-zdroworozsądkowa szczypta pieprzu (ta idealistyczna walka o prawo do wulgaryzmów na łamach katolickiego pisma była urocza) nadawała elitarnemu daniu, jakim jest szacowny „Tygodnik Powszechny”, wyrazistego smaku. Ale problem w Pippi Lĺngstrump. (...) Rozumiem Pana emocje i zafascynowanie. Zgadzam się z Pana interpretacją. Powstaje jednak pytanie: jak długo jeszcze? (...) Czy postanowił Pan wyjaśniać nam kolejno wszystkie rozdziały? Jak już powiedziałem, zgadzam się z Pana ich interpretacją, ale, za pozwoleniem, nie jestem idiotą i nie trzeba mi wszystkiego tłumaczyć. Było arcyciekawie, kiedy znowu będzie?


Jacek Podsiadło: Wiedzą wszak myśliciele i starcy, że nie może być cały czas „arcy-„. Gdyby wszystko tak „arcy-„ wciąż było, wszystkim wszystko wnet by się znudziło.


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl