„Droga do Zatracenia” Sama Mendesa


W pół drogi

Anita Piotrowska



„Drogę do Zatracenia” zobaczyć warto. Tego rodzaju filmy: zanurzone w epoce, pełne swoistych klimatów, zwykło się nazywać mianem stylowych i jest to z pewnością komplement. Pozostaje on jednak „układem zamkniętym”. Widz dostrzeże w nim tylko to, co film chce nam pokazać.


Reżyser Sam Mendes zaistniał przed kilku laty jako twórca głośnego filmu „American Beauty”. Przypomnijmy: bohater grany przez Kevina Spacey’a opowiadał nam „zza grobu” tragikomiczną historię swego przegranego życia. Osiągnąwszy wszystko, o czym może marzyć 40-letni mężczyzna (udana rodzina, godna pozazdroszczenia pozycja zawodowa, luksusowy styl życia), obudził się któregoś dnia z poczuciem pustki, nieautentyczności i rozpadu. 
Opowieść o naiwnym buncie pana Lestera brano za wielką metaforę – zobaczyliśmy w niej ostateczną kompromitację amerykańskiego snu o życiu idealnym i spełnionym. Pikanterii miał dodawać fakt, że owej krytyki podjęło się kino z tzw. głównego nurtu, stojące zazwyczaj na straży tradycyjnych amerykańskich wartości, karmiące się od ponad stu lat tą samą optymistyczną mitologią. Jednak film Mendesa, choć opowiadał o buncie, nie był filmem zbuntowanym. Miał w sobie charakterystyczną hollywoodzką gładkość, narcystyczne gwiazdorstwo, skłonność do efektu i zgrabnej pointy, a jednocześnie nie miał odwagi zejść głębiej niż zrobili to, dużo wcześniej zresztą, prawdziwi buntownicy kina: Altman, Allen czy Scorsese. 

Bez ryzyka
Podobnie jest z najnowszym filmem Mendesa. „Droga do Zatracenia” pomyślana została jako film rewidujący, a zarazem odświeżający jeden z najstarszych i najbardziej amerykańskich gatunków kina, jakim był film gangsterski. Jednak w tym przypadku lepiej zapomnieć o „Ojcu chrzestnym”, „Chłopcach z ferajny” czy „Bartonie Finku”, kamieniach milowych w rozwoju gatunku. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Mendes odnalazł tu swoją formułę: interesujący koncept, wysmakowany styl, lecz podczas realizacji scenariusza czegoś mu zabrakło. Rozpędu? Szczypty ryzyka? 
Może nie wymagajmy zbyt wiele. Wszak „Droga do Zatracenia” to dwie godziny czystego kina, czerpiącego przyjemność i dostarczające przyjemności najbardziej dla kina podstawowej – snucia pasjonującej opowieści. Mendes robi to nieśpiesznie, rozsmakowując się w detalach i wciągając widza w swój złudny, a zarazem łudząco prawdziwy świat. Mityczne czasy Wielkiego Kryzysu odtworzono na ekranie z maniacką niemal precyzją, choć jednocześnie ów świat spowija charakterystyczna dla nostalgicznych opowieści, niemal oniryczna mgiełka. Mamy więc zmysłowość i dotykalność z jednej strony, z drugiej zaś – dystans historii dawno przebrzmiałej, prześnionej, nierealnej. 
Oto Michael Sullivan, dorosły dziś bohater filmu, snuje zza kadru swoją smutną opowieść, zaczynając od momentu, kiedy mając 12 lat przestał być dzieckiem, odkrywając przypadkowo ponurą rodzinną tajemnicę. Jego ojciec (w tej roli przekonujący Tom Hanks), nieco kostyczny w bliskich relacjach, za to z poświęceniem troszczący się o dobrobyt rodziny, okazuje się płatnym mordercą, działającym na zlecenie irlandzkiej mafii, kierowanej przez lokalnego „ojca chrzestnego”, na co dzień poczciwego wujaszka Rooney’a (intrygujący Paul Newman). Za traumatyczne wtajemniczenie przyjdzie zapłacić chłopcu ogromną cenę. Jako świadek mafijnych porachunków musi zostać zlikwidowany, ale gangsterzy omyłkowo zabijają jego młodszego brata i matkę, on zaś wraz z ojcem będzie zmuszony uciekać z miasta. 

Jak z Coppoli
Znakomity punkt wyjścia: ukryty świat zorganizowanej zbrodni zobaczony oczami dziecka, stworzył niebanalną perspektywę przyjrzenia się gangsterskiemu światkowi. Mendes poszedł jednak utartym szlakiem wyznaczonym przez pamiętną trylogię Coppoli. Mafia w jego filmie to instytucja oparta na wzorcach patriarchalnej rodziny, zhierarchizowana, wierna odwiecznym rytuałom, z równą żarliwością biorąca pod opiekę swoich synów, co rozprawiająca się z wszelkimi odszczepieńcami. 
Mafia to świat pozorów: coniedzielnych modłów w kościele, oficjalnych zebrań rady nadzorczej, wykwintnych manier i najlepszych trunków, a pod spodem – brudnego „podziemia”, w którym dokonuje się błyskawicznych egzekucji. To także nieśmiertelny konflikt starych i młodych: ci pierwsi (jak zmęczony życiem Rooney czy zdesperowany ojciec bohatera) respektują stary gangsterski kodeks honorowy, są odpowiedzialni, zdolni do uczuć prawdziwie ojcowskich. Młode pokolenie uosabiane przez syna Rooney’a jest drapieżne, nieobliczalne i nie liczy się z nikim. Znamy też skądinąd ukazany w filmie fatalistyczny wymiar gangsterskiego losu: kto raz dostał się pod „opiekę”, nigdy nie zdoła spłacić swego długu, nijak nie wyrwie się z „rodzinnych” więzów, a jako jednostka pozostanie nikim – w swoim buncie skazany na całkowitą samotność. Sugeruje to chociażby dwuznaczny tytuł filmu: Zatracenie (Perdition) to nazwa miejscowości, w której bohaterowie na próżno usiłują znaleźć schronienie. 

Ojciec i syn
Lepiej wyszedł Mendesowi najistotniejszy dla filmu motyw zawiłej relacji bohatera z własnym ojcem. W dramatycznej ucieczce przez amerykański bezkres Sullivan nie tylko usiłuje ocalić skórę jedynego syna przed zemstą gangu: walka toczy się również o duszę chłopca. Przyspieszona inicjacja małego Michaela i następujący po niej ciąg kolejnych brutalnych wtajemniczeń skazują go nieodwołalnie na pójście w ślady ojca. Innej drogi, zdaje się, nie ma. Tym bardziej wzruszający jest finałowy gest umierającego Sullivana, którym udaje mu się w końcu ocalić dziecko przed spełniającym się przeznaczeniem. 
Jednak przewidywalność finałowej rzezi (jakby wybawienie chłopca od zła mogło się dokonać tylko przez ofiarę, w sposób krwawy i ostateczny) rozrywa psychologiczną tkankę filmu spychając go w kierunku patetycznej przypowieści. Proces dojrzewania do wzajemnej miłości ojca i syna, przełamywania dotychczasowej obcości, przebiega w filmie zbyt pośpiesznie. Ładnie brzmi końcowe wyznanie bohatera: „nie wiem, jakim człowiekiem był mój ojciec, wiem tylko, że był moim ojcem”, ale wolelibyśmy, żeby to sam film skłaniał nas do takiej refleksji. Prawdziwy, bolesny ciężar tej niezwykłej więzi został tu sprowadzony do aspektu przygodowo-sensacyjnego i okraszony natrętnymi deklaracjami. Mając w pamięci inne filmy traktujące o podobnym napięciu, na przykład intrygujący holenderski „Charakter” Mike’a van Diema, mamy wrażenie zatrzymania się w pół drogi. Takich uproszczeń nie usprawiedliwi nawet fakt, iż postać ojca ukształtowana została w umyśle dziecka i do końca pozostała dla niego zagadką. Dla widza to o wiele za mało. 

„Układ zamknięty”
„Droga do Zatracenia” jest filmem, który zobaczyć warto. Tego rodzaju dzieła: zanurzone w epoce, pełne swoistych klimatów, zwykło się nazywać mianem stylowych i jest to z pewnością komplement, biorąc pod uwagę mistrzowską konsekwencję, z jaką ów styl został na ekranie wykreowany. Zwracają uwagę zdjęcia Conrada L. Halla: postacie osaczone przez swój los często fotografowane są zza szyb, krat, filmowane z wyraźnego dystansu, w półmrokach, często zamknięte w ciasnych przestrzeniach. Twórcom filmu udało się nadać filmowi niepowtarzalną melodię: mamy wrażenie, jakby sączył się z ekranu, przenosząc nas w magiczny czas i przestrzeń. 
Niektóre motywy odważnie wplecione w odyseję bohaterów zdają się zapowiadać coś zupełnie innego – obraz nie tak oczywisty i nie tak mocno osadzony w schematach gatunku. Wprowadzenie postaci psychopatycznego mordercy-fotografa (diaboliczny Jude Law), który zabija ludzi dla samej przyjemności fotografowania zmasakrowanych ciał (wtedy naprawdę „czuje, że żyje”), wnosi do filmu wymiar zła absolutnego, niepojętego, bliższego raczej współczesnemu kinu i „bezinteresowności”, z jaką pokazuje ono i upaja się złem. Główny grzech „Drogi do Zatracenia” polega na tym, że pomimo wszystkich swoich smaków, film jako całość pozostaje – przywołując słowa Wendersa – „układem zamkniętym”. Widz dostrzeże w nim tylko to, co film chce nam pokazać, albowiem naszym „oczom i myślom nie wolno swobodnie wędrować”.
Swoją drogą, Wendersowi udało się dotknąć tutaj samej istoty amerykańskiego kina – jego wielkości i małości zarazem. Odbiorcą takiego kina jest bowiem widz zaprogramowany. W przypadku „Drogi do Zatracenia” jakiś margines tej wolności został na szczęście ocalony. Zbyt wąski jednak, by wyjść z kina poruszonym naprawdę. 

„DROGA DO ZATRACENIA” („Road to Perdition”). Reż.: Sam Mendes, scenariusz: David Self na podstawie opowieści rysunkowej Maxa Allana Collinsa i Richarda Piersa Raynera, zdj.: Conrad L. Hall, muz.: Thomas Newman, występują: Tom Hanks, Tyler Hoechlin, Paul Newman, Jude Law, Jennifer Jason Leigh, Stanley Tucci, Daniel Craig i inni. Prod.: USA 2002. Dystrybucja: Syrena Entertainment Group. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl