„Mur berliński dawał odpór faszystom” – można usłyszeć w szkołach w b. NRD


Poemat antypedagogiczny

Wojciech Pięciak 



Kiedy skończyła się „zimna wojna”? Ależ ona się nie skończyła, ona trwa – przynajmniej w szkołach średnich i podstawówkach wschodnich Niemiec, dawnej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Choć obrachunek z przeszłością lat 1945-89 w byłej NRD wydawał się wielu – także w Polsce – modelowy, rzeczywistość okazuje się często ponura. Przynajmniej dla tej młodzieży i rodziców, którym nie jest obojętne, kto i czego uczy ich dzieci. 


Było to 6 lat temu. Pewien reporter postanowił objechać z kamerą niemiecką „ścianę wschodnią”: miasteczka wzdłuż Odry. Nastolatkom, którzy szkołę zaczynali w chwili rozpadu komunizmu stawiał pytanie: NRD – co to było? Większość wzruszała ramionami. Kiedy efekt tej podróży pokazała telewizja, zawrzało. Komentator dziennika „Die Welt” pisał: „Trudno robić wyrzuty młodym ludziom, dla których NRD to »czarna dziura«, bo oni mogą wiedzieć jedynie to, co przekażą im dorośli. Odpowiedzialni są rodzice, którzy w domu nie rozmawiają o przeszłości i nauczyciele, unikający objaśnienia tego młodym ludziom. Co może wynikać i z tego, że większość była wychowawcami w służbie innego systemu”.
Reportaż nie był reprezentatywny, ale wskazywał na stan świadomości nauczycieli. „Die Welt” przestrzegał: „Kto nie wie – albo nie chce wiedzieć – że to partia komunistyczna pozwoliła niszczeć zabytkom, że to socjalizm uczynił z przedsiębiorstw muzea, że to »Stasi« [bezpieka] inwigilowała społeczeństwo, ten pada łupem szczurołapów, zohydzających teraźniejszość i upiększających przeszłość”. Ale oburzenie trwało krótko, w szkołach nie zmieniło się nic.
Udany obrachunek?
13 lat temu, w ponury listopadowy dzień, upadł Mur berliński. Ale choć minęło tyle lat, w b. NRD zdarza się, że lekcje historii nadal prowadzą ludzie, którzy budowę Muru uważają za słuszną, aparat terroru – za obronę przed Zachodem, opozycję – za agenturę, USA – za podżegacza, zagrażającego pokojowi. I którzy swą (post)komunistyczną świadomość przekazują uczniom. 
Trudno w to uwierzyć, zwłaszcza w Polsce, gdzie w latach 90. niektórzy publicyści do rangi ideału podnosili sposób, w jaki w b. NRD rozliczano przeszłość. Nie dostrzegając sprzeczności między prawnym i instytucjonalnym „gmachem”, w istocie imponującym, stworzonym dla rozliczania tejże przeszłości, a wątłym jego przełożeniem na świadomość społeczną. Bo choć stworzono normy formalno-prawne i instytucje (Urząd Gaucka, komisje różnych szczebli, zespoły historyków, muzea, stowarzyszenia i fundacje), choć dokonała się wymiana części elit i ukazały tysiące prac naukowych – to wysiłek okazuje się niemal odwrotnie proporcjonalny do skutków społecznych.
Taki wniosek nasuwa się również, jeśli wsłuchać się w głosy byłych opozycjonistów. To rozczarowanie zaprowadziło wielu z nich z partii Zielonych i SPD – formacji, które początkowo wchłonęły większość opozycji – pod skrzydła chadecji albo dalej „na prawo”. Także Ulricha Schachta: dysydent, więziony i wykupiony przez RFN, trafił do „Nowej Prawicy”, środowiska próbującego w latach 90. „konserwatywnej rewolucji”. Pisząc o rozliczeniach z NRD w książce „Für eine Berliner Republik” (München 1997), Schacht był jednym z ich najsurowszych krytyków – i pesymistów: konstatował, że walczy z większością niechętną przypominaniu, czym była NRD. 
Schacht oskarżał polityków z Zachodu, że pozwolili partii komunistycznej (SED) zaistnieć jako Partia Demokratycznego Socjalizmu, zachować część majątku, a nawet finansowali ją (koszty wyborcze) i twierdził, że o sile PDS, która na wschodzie równa jest CDU i SPD, zdecydował „prosocjalistyczny klimat” i niekonsekwencje w obrachunku z NRD. Skutkiem tej polityki wobec PDS, prowadzonej przez „władzę wykonawczą, ustawodawczą i sądy, i znaczną część mediów” był i brak konsekwencji w ściganiu NRD-owskich przestępstw, i relatywizowanie systemu. I choć udziałem Niemców w XX w. były dwie dyktatury, podejście do nich jest zupełnie odmienne.

Reforma po latach
Nawet jeśli poglądy Schachta, który wyemigrował do Szwecji, uznać wypada za zbyt radykalne, to można ułożyć długą listę spraw, które kwestionują tezę, iż obrachunek z NRD był wzorcowy. Jedną z nich jest nauczanie historii: dopiero od początku tego roku szkolnego we wszystkich wschodnioniemieckich landach obowiązują nowe programy historii, w których okres 1945-89 jest częścią obowiązkową (nauczyciel musi go zrealizować; dotąd często ostatnie klasy zatrzymywały się na 1945 r.). Prócz tego sposób przedstawiania tej epoki nie leży już w gestii nauczyciela – i przestaje być zależny od jego poglądów i biografii – ale zostaje ujednolicony i dostosowany do stanu badań historycznych. Landowe ministerstwa podpisały tu umowy z Urzędem Gaucka (zawiadującym aktami „Stasi” i prowadzącym edukację publiczną) i z fundacjami i muzeami, zajmującymi się historią NRD.
Ale dlaczego musiało minąć 13 lat, nim – jak pisał komentator „Frankfurter Allgemei-ne” – „potraktowano poważnie protesty zirytowanych rodziców, zatroskanie dawnych opozycjonistów i wołanie o pomoc ze strony tych nauczycieli, którzy prezentowali inny pogląd niż większość i nie mieli łatwego życia w swych szkołach w b. NRD”?
Kłopoty z nauczaniem historii wynikały jednak nie tylko z faktu, że wielu obecnych nauczycieli – w tym niemal wszyscy, którzy uczyli przed 1989 r. – należało do SED. Ci nauczyciele, którzy zdecydowali się podjąć temat – najczęściej młodsi wiekiem lub ochotnicy z Zachodu, którzy pracują w szkołach w b. NRD – mieli świadomość, że przekazując uczniom prawdziwy obraz historii, stawiają czoło ignorancji, rodzicom (o ile w domu rozmawiano o przeszłości) i kolegom z rad pedagogicznych, ze „starych kadr”. Dlatego ci, którzy sytuację uważali za skandal i interweniowali u władz oświatowych, woleli czynić to niemal w konspiracji.

Edukacja, czyli władza
Władze NRD traktowały system edukacji jako narzędzie utrzymania władzy: uczelnie pedagogiczne i szkoły podlegały ścisłej kontroli. Ministerstwem oświaty kierowała Margot Honecker, żona I sekretarza SED. Bezpartyjny nauczyciel – w przypadku przedmiotów humanistycznych to było niemożliwe. Większość była w SED z oportunizmu, ale to niewiele zmienia: decydująca była ich socjalizacja i szkolenie.
To nie przypadek, że w opozycji (inaczej niż w PRL) nie było nauczycieli i pracowników wyższych uczelni: system nie zostawiał im „pól wolności”. Nie było też miejsca dla odważnych nauczycieli w szkołach (jak w Polsce lat 80.). Ani uczniów: kiedy w 1988 r. grupa uczniów berlińskiego liceum im. Ossietzky’ego zaprotestowała (w formie petycji) m.in. przeciw sposobowi, w jaki media w NRD przedstawiały polskie strajki, decyzją najwyższych władz SED zostali relegowani i zapowiedziano im, że nie zostaną dopuszczeni do matury. 
Dostęp dzieci do szkół średnich i wyższych był bowiem reglamentowany: uczniowie, którzy np. nie należeli do pionierów i FDJ (organizacji młodzieżowych) lub odmówili udziału w Jugendweihe (ateistycznym odpowiedniku konfirmacji), nie mogli uczyć się w szkole średniej ani studiować. Nie było egzaminów wstępnych: państwo „delegowało” wyselekcjonowane dzieci do liceów i na studia, wychowując je zgodnie z „Regulaminem Pedagogicznym”, wedle którego „najważniejszą rolę w wychowaniu pełni szkoła, na drugim miejscu organizacje masowe: pionierzy i FDJ”. 
Jesienią 1988 studiowałem w Dreźnie, w Wyższej Szkole Pedagogicznej, w ramach wymiany studentów germanistyki (która funkcjonowała w jedną stronę: resort pani Honecker bał się wysyłać swych studentów do Polski). W tym czasie władze NRD ograniczały już dostępność prasy sowieckiej; szef ds. ideologii Kurt Hager mówił o pierestrojce, że „jeśli sąsiad zmienia tapety, to nie znaczy, że i my musimy zmieniać”; stwierdził on też, że wirusy AIDS nie przekroczą Muru berlińskiego.
Poznałem studentów i pracowników uczelni. Wśród nich przyszłą nauczycielkę nauczania początkowego, ewangeliczkę, która bała się iść do kościoła, aby ktoś nie doniósł. Obawa była zasadna: na sekretarza uczelnianej organizacji FDJ (związek młodzieży) natknąłem się pod katedrą, po nabożeństwie o pokój, które gromadziło „inaczej myślących” – przyglądał się wychodzącym. Poznałem wykładowcę literatury, który XVIII-wiecznych poetów oceniał wedle tego, co na ich temat pisał Engels (klasyk marksizmu interesował się literaturą) i wykładowcę historii, który dzieje Niemiec, począwszy od plemion germańskich, interpretował wedle kryterium „postępowości” i „reakcyjności”. Świat tej uczelni był karykaturalny – i niebezpieczny: jego celem było kształcenie nauczycieli, którzy uczniów wychowają nie na obywateli, ale poddanych.
Rok później ten świat upadł, ale w nowych Niemczech większość nauczycieli, tak uformowanych, została zbiorowo – inaczej niż np. w przypadku prawników – na stanowiskach. Może inaczej się nie dało: ktoś musiał uczyć. Zwolniono jedynie tych, którzy współpracowali ze „Stasi”. Pozostali otrzymali status urzędników (stąd trudno ich odtąd usunąć), i to bez żadnych warunków. Nawet nauczyciele niemieckiego, historii czy „wychowania polityczno-państwowego” – teraz: „wiedzy o społeczeństwie” – nie zostali wysłani na kursy reedukacyjne (jak po 1945 r.). Dekadę później berliński minister ds. edukacji Klaus Böger z SPD przyznał, że to był błąd, że należało przynajmniej tych nauczycieli posłać na obowiązkowe szkolenia. Poza tą konstatacją minister (który forsował wprowadzenie do szkół programu o prawicowym ekstremizmie) w tej sprawie nie uczynił jednak nic. 
Prócz tego, choć istniały ogólne wytyczne dotyczące programów, nauczycielom zostawiono dużą autonomię nie tylko w kształtowaniu ich lekcji, ale też w funkcjonowaniu szkół (np. dyrektora wybierała teraz rada pedagogiczna, przy akceptacji władz oświatowych). Nikt nie kontrolował, co się dzieje na lekcjach: władze – o ile nie były już obsadzone przez PDS – uważały, że po super-kontroli w czasach NRD trzeba teraz zostawić pedagogom swobodę.
Ważna forma, nie treść
Tymczasem problem z NRD-owskim systemem edukacji nie polegał na obecności wśród pedagogów donosicieli, ale na tym, co wszyscy oni mieli w głowach – nie tylko jeśli idzie o wiedzę, ale i mentalność, o wpojony im sposób wychowywania. Zwalniając jedynie ludzi „Stasi” i nie interesując się pozostałymi, transformację systemu edukacji sprowadzono do zabiegu czysto formalnego, zapominając o treści. 
Iluzją okazała się nadzieja, że problem rozwiąże wymiana pokoleniowa i napływ ludzi z Zachodu: świat nauczycieli jest zamknięty – i pozostawiony raz w postaci nienaruszonej, okazał się odporny na „świeżą krew”. Zresztą z Zachodu przybywać mogli tylko ochotnicy: prawo nie pozwala władzom oświatowym na odgórne kompletowanie kadr tak, by np. we wschodnioberlińskim liceum personel składał się z Ossis i Wessis. A ochotnicy skarżyli się na nieskrywaną przez „kolektywy” nostalgię za NRD i „tendencję do idealizowania” systemu NRD (Freya Klier, była dysydentka). 
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Chodzi nie tylko o stan wiedzy (niewiedzy) młodych ludzi. Okazało się, że starzy-nowi nauczyciele, zamiast kształtować u uczniów cechy pożądane w społeczeństwie obywatelskim, dalej wpajali im to, co im kiedyś wpojono: cechy systemu represywnego. Jak oportunizm, brak cywilnej odwagi, pasywność i zamiast myślenia demokratycznego – autorytarne. Nauczyciele z zachodnich dzielnic Berlina, oceniający matury uczniów ze wschodniej części od lat alarmowali, że są one zglajchszaltowane, nie widać w nich samodzielnych sądów; widać za to trwanie „wartości” rodem z NRD. 
A także – antyamerykanizm, który wyszedł na jaw po tym, co stało się w jednym z berlińskich liceów: po 11 września nauczyciel „wiedzy o społeczeństwie” (uczył przed 1989 r.) wywiesił w gabinecie nauczycielskim rodzaj pamfletu przeciw USA, twierdząc, że Ameryka sama jest sobie winna. Pamflet wisiał i nikomu nie przeszkadzał, poza jednym nauczycielem, który poinformował kuratorium. Jak zareagowało grono pedagogiczne? Zastosowało solidarny mobbing – wobec tego, który interweniował. 

Kryzys młodzieży
W przypadku (nieudanej) transformacji systemu edukacji chodzi nie tylko o lekcje historii, choć tu problem widać najostrzej. Chodzi o przepaść między cząstkowymi kulturami w „starej” RFN i w b. NRD, która szczególnie głęboka okazuje się w sferze wychowania, edukacji i rodziny; ta ostatnia w b. NRD wyróżnia się – alarmują psychologowie – słabszymi więzami i mniejszym zaufaniem między jej członkami oraz funkcjonalnym charakterem tych więzi.
To uderzające, jak często na pierwsze strony gazet trafiali w minionych 13 latach młodzi ludzie ze wschodnich landów: jako podpalacze domów dla azylantów (sprawcami 95 proc. napadów na początku lat 90. byli ludzie bardzo młodzi); jako członkowie grup skrajnych (prawicowych i lewicowych, choć uwaga koncentrowała się na tych pierwszych) i ich wyborcy (w 1998 r. w Saksonii-Anhalt co czwarty z 18–24-latków poparł ekstremistyczną DVU) czy jako bezradni bezrobotni bądź nadreprezentatywni sprawcy wypadków drogowych po alkoholu i narkotykach, zachowujący się jak potencjalni samobójcy.
Oni mieli po kilka lat, gdy rozpadała się NRD, albo urodzili się po 1989 r. Dziś nie dostają zbyt wielu drogowskazów „na życie”. Nie daje ich rodzina ani religia (ochrzczonych jest tu tylko 15–20 proc. młodzieży), szerzej: świat zewnętrzny. Oparcia nie daje też szkoła. Konsekwencją jest kryzys tożsamości.
Arnold Vaatz, były NRD-owski opozycjonista, a potem polityk CDU w Saksonii, podczas wizyty w Polsce kilka lat temu opowiadał, jak jego 16-letni syn zapytał go: „Skąd pan Gauck wziął tyle tych akt?”. Pytanie dotyczyło urzędu, który zawiadywał aktami „Stasi”, ale w języku potocznym mówiło się o „aktach Gaucka”. „Jemu potrafię jeszcze wyjaśnić, o co chodzi – wspominał Vaatz. – Ale już wyjaśnienie 12-latkom, co niedawno działo się w Niemczech, to zadanie trudne, jeśli w ogóle wykonalne. Nie potrafią sobie tego wyobrazić”. 
Tym bardziej, jeśli wychowawcami są ludzie, dla których Mur berliński do dziś pozostaje, zgodnie ze słowami Honeckera, „antyfaszystowskim wałem ochronnym”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl