Amerykanie w Iraku, czyli 


„Bagdad Ekspres”

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu



Wreszcie, po długich targach, Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła rezolucję, która – grożąc Irakowi konsekwencjami w razie nieposłuszeństwa – zmusza Husajna do przyjęcia międzynarodowych inspektorów. Mimo zaakceptowania rezolucji przez Bagdad, wojna wisi
w powietrzu. 



Jeśli dojdzie do starcia, nie będzie ono przypominać wojny w Zatoce z 1991 r. Tym razem nie będzie wielomiesięcznego zgrupowywania oddziałów, które utworzą w końcu wielką armię. Celem operacji nie będzie bowiem toczenie serii drobnych bitew, aby w efekcie krok po kroku dotrzeć do Bagdadu. Półmilionowa armia – taka jak w 1991 r. – musiałaby korzystać z saudyjskich portów i baz, o których przywódcy saudyjscy mówią, że tym razem ich nie udostępnią, i których Stany Zjednoczone nawet nie chcą używać. 11 lat temu najważniejszym celem operacji było nie tylko wyrzucenie Irakijczyków z Kuwejtu, ale też obrona Arabii Saudyjskiej. Tym razem wojna będzie toczona przez USA ze świadomością, że może podkopać władzę saudyjskiej rodziny panującej – kiedyś postrzeganej przez Busha-seniora jako gwarant stabilności w regionie, dziś przez Busha-syna traktowanej jak sponsor islamskiego ekstremizmu. 
Co najbardziej zmieniło się po 1991 r., to wzmocnienie roli lotnictwa: zamiast przygotowywać jedynie grunt pod starcie konwencjonalne, lotnictwo będzie teraz decydującym instrumentem – nie jedynym, jak w Kosowie i innym niż w Afganistanie, gdzie z pomocą komandosów amerykańskich i brytyjskich wspierało lokalnych afgańskich sojuszników. W operacji irackiej działania lotnictwa będą powiązane z działaniami ruchliwych oddziałów dwojakiego rodzaju: lądowych i desantowych. 
Armia lądowa, konwencjonalna, wsparta czołgami i pociskami samonaprowadzającymi, będzie o wiele mniejsza niż w 1991 r., bo złożona z 2-3 dywizji amerykańskich i brygady brytyjskiej – w sumie ok. 60 tys. żołnierzy. Ich zadaniem będzie szybkie pokonanie drogi z Kuwejtu do Bagdadu – pod osłoną lotnictwa, prowadzącego precyzyjne bombardowania – oraz rozbicie oddziałów, które staną na ich drodze. 
Żaden szanujący się analityk nie traktuje poważnie gróźb Husajna, że stolica Iraku będzie „kolejnym Stalingradem”, bronionym dom po domu. Choćby z jednego powodu: w Bagdadzie i wokół stolicy mieszka 1,5 mln Kurdów i Turkmenów oraz prawie 2 mln szyitów, z których wielu straciło krewnych w wyniku represji Husajna w 1986 i 1991 r. O wiele dłużej cierpieli Arabowie-sunnici: ten jeden z najbardziej brutalnych reżimów świata powołał do wojska milion ich synów, aby ginęli w przegranych wojnach i pozbawił ich podstawowych środków do życia, zagrabianych przez rodzinę Husajna i zwolenników jego partii Baas. 
Kiedy oddziały amerykańskie i brytyjskie dotrą do miasta – gwarantując, że jego mieszkańcy nienawidzący dziś Husajna nie będą osamotnieni – można się spodziewać, że większa część ludności miasta zwróci się przeciw ciemiężycielom i nie będzie walczyć z żołnierzami, uwalniającymi ich od tyrana. Prawdopodobny scenariusz to wybuch powstania: atak setek tysięcy ludzi na centra reżimu i koszary gwardii Saddama, połączony z „polowaniem” na aktywistów Baas i ludzi tajnej policji.
Armia zachodnia będzie jednak potrzebować piechoty, niezbędnej do patrolowania i zapewnienia bezpieczeństwa w mieście lub przynajmniej do zmniejszenia liczby masakr i ogromu destrukcji, którą niesie takie powstanie. Z tego powodu – i dla wykluczenia możliwości (mało prawdopodobnych) poważniejszych starć na obrzeżach Bagdadu – działania wojsk lądowych powiązane zostaną z operacją sił desantowych, złożonych z dwóch dywizji (25 tys. żołnierzy), przerzuconych „mostem” powietrznym na pustynię na zachód od stolicy, gdzie będą oczekiwać na oddziały zmierzające z południa. 
Oba rodzaje wojsk, razem z ich sztabami oraz lotnictwem stacjonującym na lądzie, działać będą z baz, które są już w pełni dostępne i w użyciu: w Kuwejcie, Bahrajnie, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Omanie i na wyspie Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Potrzebne uzbrojenie jest już na miejscu – lub może być szybko dostarczone drogą powietrzną – z wyjątkiem pojazdów bojowych, które są przewożone na okrętach z portów europejskich oraz za wyjątkiem wyposażenia jednej dywizji, które płynie ze wschodniego wybrzeża USA z prędkością 25 węzłów na pokładach szybkich transportowców. 
Kluczem jest postęp techniczny, jaki dokonał się w lotnictwie od 1991 roku: wówczas tylko część samolotów – mniej niż 150 na ogólną liczbę 2 tys. – mogła rutynowo zrzucać tzw. broń precyzyjną (bomby i rakiety). Dzisiaj wszystkie samoloty amerykańskie są dostosowane do prowadzenia precyzyjnych nalotów; dzięki temu mogą niszczyć co najmniej siedem razy więcej celów każdego dnia i nocy, przy o wiele mniejszej liczbie zaangażowanych myśliwców wielozadaniowych oraz bombowców B-2, startujących z Diego Garcia. 
Niektórzy analitycy spierają się o podstawowe założenie, na jakim opiera się ten plan: że regularna armia iracka nie będzie w ogóle walczyć, i że nawet lepiej wyszkolone dywizje tzw. gwardii republikańskiej Husajna nie przeciwstawią się atakowi z powietrza, który zniszczy ich łączność. Jest też oczywiście szereg innych powodów, aby sprzeciwiać się wojnie z Husajnem. Niektóre z nich są poważne, choć nie powinniśmy zbytnio przejmować się np. obawami sunnitów, że pozbawiony dyktatury Irak nie będzie już rządzony przez sunnicką mniejszość. Ale pogląd, że wojna w Iraku będzie lekkomyślnym i pełnym militarnego ryzyka przedsięwzięciem, nie jest poparty żadnymi dowodami. Żadna wojna nie jest łatwa, żadna nie jest wolna od niepewności. Ale w tym przypadku najbardziej prawdopodobnym rezultatem jest szybki sukces, który Amerykę i resztę świata pozostawi z nowym problemem: „Iraku po Saddamie”. 


przełożył Mateusz Flak 


Edward N. Luttwak jest amerykańskim politologiem, doradcą w centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl