Po brukselskim szczycie Rosja-Unia Europejska


Gdzie Europa ma kolana

Andrzej Łukowski



„Rosja nigdy nie wejdzie do Unii Europejskiej, bo Rosja jest za duża” – powiedział przed laty pewien nacjonalistycznie nastawiony rosyjski polityk. W tym łopatologicznym wywodzie znalazł usprawiedliwienie dla różnic między Moskwą i resztą Starego Kontynentu. Pogląd ów zachowuje świeżość, bo choć Rosja i Unia starają się robić interesy, nadal trudno im znaleźć wspólny język w zasadniczych kwestiach. 


Szczyt Rosja – Unia Europejska wisiał na włosku. Zaplanowany w Kopenhadze, został nerwowo przeniesiony do Brukseli. Po zamachu czeczeńskich terrorystów na moskiewski teatr Rosja zażądała od Danii rozpędzenia światowego kongresu Czeczenów. Kiedy duńskie władze odmówiły, Kreml widowiskowo się obraził – prezydent Władimir Putin oświadczył, że nie pojedzie do państwa wspierającego terroryzm. Wokół „nieposłuszeństwa” Danii rozkręcono w Rosji medialną burzę, w małych seansach nienawiści wzięli udział nie tylko politycy i dyspozycyjni publicyści, ale także obywatele: w jednym z programów telewizyjnych rozgorączkowany widz wrzeszczał na antenie, że właśnie tnie z kolegą buty produkcji duńskiej i wezwał Rosjan do niszczenia produktów tego państwa, w którym „źle się dzieje”. 
Zamiast przedyskutować niejasne okoliczności operacji uwalniania zakładników czy przyczyny, jakie doprowadziły do czeczeńskiego ataku na moskiewskiej Dubrowce, rosyjskie elity polityczne ochoczo wzięły się za walenie w propagandowy bęben: „Europa kryje bandytów; nikt nas nie będzie pouczał; Rosja jest ofiarą ataku terrorystycznego i z tego powodu należy jej się sympatia, wsparcie i solidarność całego cywilizowanego świata. A jeżeli nie ma dla nas zrozumienia, to rozmawiać nie będziemy”. Jednak w końcu przeważyło podejście pragmatyczne: z Unią trzeba było omówić konkretne problemy tranzytu z obwodu kaliningradzkiego i projekty energetyczne. 
W kwestii rozwiązywania problemu ruchu osobowego z obwodu kaliningradzkiego do pozostałej części Federacji Rosyjskiej Moskwa wykazała się „refleksem szachisty” – dostrzegła szykujące się zmiany w państwach ościennych (przystąpienie do UE, wprowadzenie zasad schengeńskich) w ostatniej chwili i rzuciła się na oślep do natarcia: raz groźbą, raz prośbą, raz podstępem dyplomatycznym starała się wytargować specjalny status dla kaliningradczyków i uzyskać zgodę Unii na przejazdy bez wiz. 
Zwieńczeniem tych chaotycznych zabiegów było podpisanie w Brukseli oświadczenia dotyczącego zasad tranzytu. Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy sens proponowanych rozwiązań: mają obowiązywać dokumenty podróżne, które choć z nazwy wizami nie są, to spełniają taką rolę. Najwyraźniej chodziło o to, żeby prezydent Putin zachował twarz przed własnym społeczeństwem, któremu obiecywał, że nie ugnie się pod dyktatem europejskiej biurokracji. Zapewniał, że wiz nie będzie, zatem wiz nie będzie. Będą żelazne glejty jak za elektorów saskich. Europa też lekko zgięła kolanko: zgodziła się na jakieś pogmatwane procedury i kontynuację „prac nad ustanowieniem w realnej perspektywie bezwizowego reżimu”. Mętny kompromis zaniepokoił Litwę: w wypowiedziach polityków i komentarzach prasowych podnoszono, że ustalenia szczytu naruszają suwerenność Litwy i nie dają żadnych gwarancji, że kraj ten nie straci w wyniku wprowadzenia nowych uregulowań.
Z kolei kwestie współpracy w dziedzinie energetyki są stałym punktem rosyjsko-unijnych rozmów. Europie zależy na stabilnym dostarczaniu przez Rosję nośników energii, stąd nieustające wałkowanie tematu nowych magistrali (stare są niewystarczające wobec planów zwiększenia dostaw), którymi na Zachód płynąć ma rosyjski gaz. Od dawna powtarzane zaklęcia o możliwości zbudowania gazociągu pod dnem Bałtyku – bezpośrednio z północy Rosji do północnych Niemiec – traktowane były na ogół jako propagandowy „bat” na niewiarygodną w roli tranzytowego partnera Ukrainę lub stawiającą trudne warunki Polskę. Projekt drogiego gazociągu był nierealny przede wszystkim ze względu na kolosalne koszty, których Rosja nie była i nie jest w stanie ponieść. W Brukseli ustalono, że projekt może być finansowany przez obie zainteresowane strony. Rosja będzie zapewne na to naciskać, bo dotychczas spolegliwy partner białoruski zaczął gwałtownie wierzgać i grozić zakręceniem kurka wypuszczającego gaz do Europy. Mając na uwadze wielkie znaczenie rosyjskich surowców energetycznych dla gospodarki UE, Europa znowu lekko ugięła kolanko: na kilka dni przed szczytem przyznała Rosji status państwa o gospodarce rynkowej. Zdecydowanie na wyrost.
Rosyjska delegacja przyjechała do Brukseli głównie po to, by przekonać europejskich partnerów o słuszności zastosowania siły militarnej w rozwiązaniu kwestii czeczeńskiej. W niezwykle emocjonalnym wystąpieniu prezydent Putin nastraszył Europę wizją budowy przez terrorystów islamskich światowego kalifatu. Ostro zaznaczył pozycję Moskwy: Czeczenia to wewnętrzna sprawa Federacji Rosyjskiej (nie wtrącaj się, Europo!); Kreml ma plan pokojowy (konstytucja Czeczenii, wybory, ale nie rozmowy z prezydentem Asłanem Maschadowem), niemniej nie popuści „terrorystom” i będzie bezpardonowo rozprawiać się z tymi, którzy stawiają opór. I Europa znowu lekko zgięła kolana: podpisano porozumienie o współpracy w walce z międzynarodowym terroryzmem i, przez delikatność wobec łatwo wpadającego w gniew rosyjskiego przywódcy, nie mówiono o łamaniu praw człowieka, deptaniu wolności słowa, tragicznej sytuacji w obozach czeczeńskich uchodźców, bestialstwach sił federalnych w Czeczenii itd. 
Jeżeli celem szczytu było sprawdzenie przez Rosjan, gdzie Europa ma kolana, to zadanie wykonano w stu procentach. Od dnia rozprawy z terrorystami na Dubrowce wiadomo, że Rosja na kolana rzucić się nie da. Po Brukseli wiadomo jeszcze, że właśnie ze stojącej pozycji Moskwa będzie rozmawiać z tymi, którzy łatwo zginają swoje.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl