Uwaga rodzice: wkrótce obowiązek szkolny obejmie sześciolatków 


Naszych dzieci paszport do życia

Piotr Legutko



Rząd zapowiada, że od przyszłego roku obowiązkiem edukacyjnym obejmie wszystkich sześciolatków. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że jest to cywilizacyjna konieczność. Rzecz w tym, że do szkoły najlepiej przygotowuje... przedszkole. Tymczasem oświatowe młyny mielą w Polsce tak, że większość sześciolatków zamiast do przedszkoli trafi właśnie do szkolnych „zerówek”. Niestety, jest to opcja niekorzystna dla samych dzieci.


Pozornie temat przypomina wyważanie otwartych drzwi. Bo kto trzyma dziś sześcioletnie dziecko w domu? Jak się okazuje, nie jest łatwo jednoznacznie odpowiedzieć na tak proste pytanie. Z danych GUS wynika, że w roku szkolnym 2001/2002 prawie 90 proc. dzieci w tym wieku korzystało z edukacji przedszkolnej, z czego aż 96 proc. w mieście i 87 proc. na wsi. Przedstawiciele samorządów twierdzą jednak, że jest to statystyka zawyżona. A poza tym: kiedy złapiemy gumę w samochodzie, nie pocieszamy się, że pozostałe koła są dobre... Dla edukacji postrzeganej z perspektywy państwa problemem jest właśnie tych 13 proc. sześciolatków, którzy nie korzystają na wsi nawet z rocznego przygotowania przedszkolnego. 
Jednym z głównych haseł reformy edukacji było wprowadzenie do systemu szkolnego gimnazjum, jako miejsca wyrównywania szans edukacyjnych. Jednak dla wielu nastolatków jest to już musztarda po obiedzie: wszystko rozstrzyga się bowiem między trzecim a dwunastym rokiem życia. I to nie tylko takie umiejętności, jak rachowanie i czytanie ze zrozumieniem, ale przede wszystkim to, czy dziecko będzie mogło w pełni korzystać z edukacji, czy odnajdzie się w rzeczywistości społecznej. W dokumentach UNESCO mówi się wręcz o „paszporcie do życia”, który ma dać każdemu maluchowi powszechna oświata. I o tym, że dziecko właśnie w swej pierwszej dekadzie uczy się w pełni „być”.
Pełna realizacja tak rozumianego „paszportu” jest – zdaniem UNESCO – możliwa tylko wtedy, gdy obowiązkowe przygotowanie do szkolnej edukacji trwa nie rok, a dwa lata, dotyczy więc także pięciolatków. Gdyby już dziś w Polsce próbować podjąć to wyzwanie, trzeba by dokonać rewolucji. Bo jeśli liczyć nie sześciolatki, ale wszystkie dzieci w wielu przedszkolnym, to w tym roku wczesną edukacją objęte jest tylko 48 proc. dzieci; dla wsi ten współczynnik wynosi zaledwie 33 proc. 
Jeszcze więcej do myślenia daje fakt, że w ciągu ostatniego roku wskaźnik dzieci uczęszczających do przedszkoli nie wzrósł, ale spadł – o ponad 3 proc. Zapewne wiąże się to z ubożeniem społeczeństwa („bezpłatne” przedszkole w istocie wcale nie jest bezpłatne), z bezrobociem (rodzice są w domu), a na wsi z likwidacją ponad trzech tysięcy małych szkół, które prowadziły oddziały przedszkolne.
Teoretycznie można się pocieszać, że więcej czasu spędzone w domu procentuje mniejszą skalą problemów wychowawczych i silniejszymi więzami rodzinnymi. Jednak w domu dziecko nie nabędzie podstawowych umiejętności społecznych, nie nauczy się pracować i współżyć w grupie, dłużej będzie trwał proces przygotowania do „samoobsługi” i radzenia sobie w sytuacjach nietypowych. Praktycy nauczania początkowego narzekają, że dzieci, które nie chodziły do przedszkola mają większe problemy... właściwie ze wszystkim. Tym bardziej, że w domach bywa różnie: to, że ktoś nie pracuje, nie oznacza automatycznie, że poświęca czas wychowaniu. Z dziećmi coraz mniej się rozmawia, a do czego prowadzi skazywanie ich na edukację przez telewizor, wiadomo.
Decyzja o zamianie „prawa” do edukacji przedszkolnej na „obowiązek”, w miastach wiele nie zmieni. Zwłaszcza, że rząd pozostawił sprawy organizacyjne w gestii samorządów: to one mają decydować, gdzie zorganizują dodatkowe oddziały przedszkolne. Nie jest to decyzja trudna, bo minister finansów odmówił objęcia subwencją szkolną czegoś, co nie odbywa się w szkole. Jeśli więc gminy będą kierować się ekonomią (a będą), to postawią na „zerówki” szkolne, gdyż one są finansowane z naliczanej centralnie subwencji – a prowadzenie przedszkoli jest zadaniem własnym gmin. Któż, mając do wyboru sięganie do własnej kieszeni lub korzystanie z dotacji, wybierze pierwsze rozwiązanie? Wielu rodziców też przyklaśnie opcji „zerówkowej”, kierując się dewizą: „Im wcześniej (przywyknie do szkoły), tym lepiej”.
Niestety jest to opcja zdecydowanie niekorzystna dla samych sześciolatków. Specjaliści od edukacji wczesnoszkolnej są zgodni, że przedszkole lepiej przygotowuje do szkolnej dżungli niż zerówka. Przedszkolaki przychodząc do pierwszej klasy są – paradoksalnie – pewniejsi siebie od już zadomowionych tam przez rok rówieśników, sprawniejsi manualnie i mają szerszy zasób pojęć. Nie dość, że nikt z tej prawidłowości nie wyciąga wniosków, to jeszcze poprzez mechanizm finansowania oświaty wspiera się rozwiązania gorsze.
Na wsiach sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo trzeba stworzyć tysiące nowych miejsc dla owych 13 proc. sześciolatków, które teraz siedzą w domach. Może to oznaczać albo odtworzenie infrastruktury likwidowanej w ostatnich latach, albo zorganizowanie dojazdów. Teraz dopiero widać, że akcja masowego likwidowania małych szkół filialnych, zajmujących się właśnie nauczaniem początkowym była błędem. Tym większym, że wprowadzenie obowiązku edukacyjnego od szóstego roku życia było prędzej czy później nieuniknione.
Łatwiej coś zlikwidować niż odtworzyć, zwłaszcza gdy rząd jako źródło finansowania takiego przedsięwzięcia wskazuje jednoprocentową rezerwę w subwencji oświatowej. O tworzeniu przez wójtów nowych wiejskich przedszkoli nie ma co marzyć – choćby dlatego, że nie myślą oni w kategoriach zadania, które ktoś mógłby wykonać, lecz kubatury, którą w tym celu trzeba postawić. Jedynym promykiem nadziei pozostaje kilkaset placówek oświatowych powołanych w ciągu ostatnich lat do życia nie przez urzędy, ale przez stowarzyszenia mieszkańców wsi. Zanim jednak zaczną powstawać małe, rodzinne przedszkola – w których usługi kontraktowane będą na takich zasadach jak w opiece zdrowotnej – upłynie sporo czasu. Przedtem czeka nas zapewne kolejna „gimbusowa” odyseja. I znów będzie to rozwiązanie dużo mniej korzystne z perspektywy malucha.
Kolejną zapowiedzią ministerstwa, idącą w kierunku równania szans, jest wprowadzenie w 2005 r. powszechnej nauki języków obcych już od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Pomijając aspekt finansowy, o który zapewne rozbije się ten pomysł, warto mierzyć zamiary podług sił – i liczyć się z obietnicami. Na razie nie starcza sił, głównie kadrowych, na solidne kształcenie językowe w ostatnich klasach podstawówki. W wielu szkołach poziom nauczania angielskiego czy niemieckiego jest katastrofalny (o problemie z nauczycielami języków pisaliśmy w „TP” 24/2002 – red.). W dodatku trwa chaos programowy sprawiający, że po każdym cyklu kształcenia czy zmianie nauczyciela zmienia się sposób nauczania. 
Wreszcie kwestia najistotniejsza: nauczanie języka obcego kilkuletnich maluchów, to osobna szkoła jazdy, wymagająca specyficznego przygotowania. Należałoby dokonać rewolucji w kształceniu i studentów, i nauczycieli już pracujących, bo skala potrzeb olbrzymia, a czasu mało. Jeśli nie chcemy, by angielski dla pierwszaka był taką samą fikcją, jak przywrócona niedawno przez Sejm czwarta godzina wychowania fizycznego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl