Wybory na wsi

Marcin Król



W mojej gminie do urn w drugiej turze wyborów samorządowych poszło ponad 60% uprawnionych. Stary wójt przegrał z nowym wójtem. Walka była zacięta, zrywano plakaty, namawiano ludzi, sąsiad głosował wbrew sąsiadowi. Czy z tej nienawiści wyborczej zostanie dużo na przyszłość? Czy warto wzniecać aż takie namiętności? Co z podziałami, o których bardzo trudno będzie teraz u mnie na wsi i w wielu innych miejscach w Polsce zapomnieć?
Teoretycznie taka właśnie powinna być demokracja: po ostrym sporze ktoś zostaje wybrany, a wtedy wszyscy uznajemy i darzymy szacunkiem nową władzę wykonawczą. Wiemy jednak, że tak nie jest. Demokracja lokalna powinna polegać przede wszystkim na wzajemnej współpracy, a nie na walce na noże, ponadto w mieście wyborcy są anonimowi, na wsi wszyscy wiedzą, kto był za kim i jakimi metodoami się posługiwano w trakcie kampanii wyborczej. Upolitycznienie wyborów na wsi nie oznacza zatem ich upartyjnienia, lecz doprowadzenie do sytuacji, kiedy następuje podział na dwa obozy, podział między ludźmi, których łączyć powinny i łączą wspólne interesy: droga, szkoła, oczyszczalnia czy dom kultury.
Na wsi nie ma miejsca na prawicę i lewicę, na SLD, PSL czy PO, o czym partie te boleśnie się przekonały. Nie ma miejsca nawet na Samoobronę, teoretycznie na wsi jest tylko miejsce na zdrowy rozsądek. Skąd zatem tyle namiętności? Wójt w gminie wiejskiej ma znacznie więcej do rozdysponowania niż wójt w średnim lub dużym mieście. Co najmniej trzydzieści posad, pewnie że kiepsko płatnych, ale na wsi każda stała pensja graniczy z cudem. Ponadto wójt może zdecydować o losie wsi, gdyż rady w gminach wiejskich z reguły są mało kompetentne oraz z reguły raczej bierne. Do rad wchodzą bowiem znajomi poprzedniego i nowego wójta, a nie ludzie energiczni i młodzi, bo na wsi nie ceni się energii i inteligencji, lecz relacje rodzinne i zasady klientelizmu. Dlatego też wójt, który będzie umiał wykorzystać środki pomocowe i nowe środki, jakie uzyskamy zapewne po 2004 roku, może zbawić okrśloną gminę. Ten zaś, który tego zaniedba, może gminę doprowadzić do nieszczęścia.
Tak czy owak, nawet kiedy emocje osłabną, podziały pozostaną, a ludzie będą wrogami. Myślę, że jest to najpoważniejszy błąd SLD i kilku innych partii. Błąd, jaki zemści się nie tyle na tych partiach, ile na jakości demokracji w Polsce, choć z tą jakością dużo gorzej już być nie może. Wszyscy piszą, co to będzie, jeżeli rada nie pozwoli swobodnie działać wójtowi, prezydentowi, burmistrzowi, a co by było, gdyby była całkowicie po jego stronie i pozwoliła mu na wszystko? Przecież na poziomie gminy nie ma takich zabezpieczeń, jak weto prezydenta czy Trybunał Konstytucyjny. Sądzę, że teraz dopiero widać, jak fatalny błąd popełniono w ustawie o samorządach i w jej tegorocznych zmianach. Stworzono z samorządów małe repliki władzy ustawodawczej i wykonawczej na poziomie państwa, zamiast przyczynić się do powstania instytucji współpracy lokalnej, dobrze służących obywatelom w tym bardzo wąskim zakresie, w jakim mają one swobodę działania. 
W gruncie rzeczy polega to na przenoszeniu wzorów i ideałów politycznych z góry na dół, jak za dawnego ustroju, a nie w przeciwnym kierunku, jak powinno być w zdecentralizowanej i samorządnej demokracji. Tylko że w Polsce i w wielu innych krajach naszego regionu politycy nie chcą takiej demokracji, a w istocie nie chcą demokracji w ogóle, tyle że się na nią godzą, jako na zło konieczne.

 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl