Komentarze

 


Ks. Adam Boniecki Tym razem bez niejasności

Marek Orzechowski z Brukseli Cena daty

Krzysztof Burnetko Koniec familijnej historii


Jacek Imbramowski Zgąbczałe centrum 






 

 




  
Tym razem bez niejasności

Podana przez ,,Gazetę Wyborczą” (potem także przez KAI) wiadomość o wyda-
nym przez Watykan (Kongregację ds. Biskupów?) zakazie sprawowania na terenie archidiecezji poznańskiej przez arcybiskupa Juliusza Paetza czynności biskupich można odczytać jako usunięcie niejasności, które pozostały po ogłoszonym 28 marca przyjęciu przez Papieża dymisji metropolity poznańskiego. Abp Paetz dawał wyraźnie do zrozumienia, że ustępuje z własnej woli i jest ofiarą krzywdzącej kampanii pomówień. Niejasność charakteru tej dymisji (całkowicie dobrowolna? dyscyplinarna?) pogłębił fakt, że abp Paetz po ustąpieniu z urzędu nadal bywał zapraszany przez niektórych księży i sprawował czynności pontyfikalne. Świadom dwuznaczności tej sytuacji, obecny metropolita poznański abp Stanisław Gądecki starał się działalność „biskupa seniora” hamować, jednak – jak widać – z marnym skutkiem i dlatego wsparła go w tym Stolica Apostolska. List Stolicy Apostolskiej jednoznacznie pokazał, że status poznańskiego „biskupa seniora” zasadniczo się różni od statusu innych „biskupów seniorów”, czyli emerytowanych z racji wieku biskupów, którzy nadal pasterskie czynności na terenie swoich dawnych diecezji wykonują. Rzecz cała przebiegała (zresztą już dość dawno) na linii Watykan – arcybiskup Gądecki – arcybiskup Paetz. Dokumentu nie chciano ogłaszać publicznie. Przeważała, jak sądzę, opinia, że istotny i dostatecznie wymowny będzie jego skutek, to jest faktyczne wycofanie się arcybiskupa seniora Juliusza Paetza z publicznej działalności. 

Ks. Adam Boniecki






Cena daty

Nikt nigdy oficjalnie nie wskazał 1 stycznia 2004 r. jako daty przyjęcia nowych 
członków do Unii Europejskiej, a mimo to wszyscy się do niej przyzwyczaili. Bo pasowała do kalkulacji. Kiedyś negocjacje się skończą – wiadomo mniej więcej kiedy. Kiedyś Unia przyjmie nowych członków – wiadomo, że po ratyfikacji traktatu akcesyjnego, a przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Dlaczego więc nie rozszerzyć Unii 1 stycznia 2004 r.? 
Z tą datą wszystkim żyło się dobrze, nawet jeżeli trudno powiedzieć, kto podał ją pierwszy. I dopiero teraz, po oficjalnym wyznaczeniu ostatecznej daty, obie strony będą mogły – i musiały – odnosić się do niej w strategicznych przymiarkach i budżetowych planach. Ta data stawia kropkę nad „i”. Finansistom powie, od którego momentu mają liczyć. Polityków zaś trzymać będzie za słowo.
Mimo że Polacy redukują rozszerzenie do finansów, wyznaczenie daty naszego wejścia do Unii w terminie nieco odleglejszym niż 1 stycznia 2004 r. będzie miało znaczenie przede wszystkim polityczne. Data, wpisana do traktatu akcesyjnego, stanie się gwarancją, że projekt powiedzie się i w wyznaczonym dniu Polska wejdzie do wspólnoty. By tak się stało, liczący 6 tys. stron traktat akcesyjny, który podpisany zostanie 16 kwietnia 2003 r. w Atenach, musi zostać ratyfikowany przez parlamenty „Piętnastki” i co najmniej jednego kandydata. Obawa, że procedura ratyfikacyjna nie zakończy się 1 stycznia 2004 r., co zagroziłoby rozszerzeniu, zadecydowała o przesunięciu nieistniejącej, ale powszechnie znanej daty o kilka miesięcy (gdyby zabrakło czasu, wszystko trzeba byłoby rozpoczynać od początku). Taka byłaby cena daty, której nikt nie wyznaczył, ale do której wszyscy się przyzwyczaili.

Marek Orzechowski z Brukseli






Koniec familijnej historii

Zarząd spółki Telewizja Familijna, produkującej program TV Plus, złożył wnio-
sek o ogłoszenie upadłości. Przypomnijmy: pomysł tej stacji zgłosiła grupa młodych polityków i dziennikarzy, określających się jako „prawicowi”. Chodziło, jak twierdzili, o przeciwstawienie się, z jednej strony, propagandzie telewizji publicznej opanowanej przez SLD, z drugiej – tandecie rozpowszechnianej w stacjach komercyjnych. TV Plus miała promować tradycyjne – i katolickie – wartości, nie pokazywać programów zawierających przemoc, seks itd. Nowa telewizja startowała wiosną 2001 r. z błogosławieństwem Kościoła (miała wsparcie hierarchów, korzystała z koncesji, której właścicielem był zakon franciszkanów) oraz z pomocą polityczno-materialną ówczesnego rządu Jerzego Buzka (w stację zaangażowano kapitał kilku największych spółek z udziałem skarbu państwa: PZU Życie, KGHM, PKN Orlen, Polskie Sieci Elektroenergetyczne oraz – zawsze starający się o względy aktualnej ekipy – prywatny PROKOM). Tym samym Telewizja Familijna stała się sztandarowym przykładem kapitalizmu politycznego. 
Jednak prezentowany program nie okazał się na tyle profesjonalny i ciekawy, by przyciągnąć zapowiadane masy widzów. A kiedy jasne stało się także, że wybory przyniosą zmianę władzy, udziałowcy zaczęli wycofywać się z obietnic. Zwłaszcza, że jako argument mógł im też posłużyć styl zarządzania firmą (wysokość uposażeń zarządu, olbrzymie pieniądze wydawane nie tylko na potrzeby stacji, ale i polityków-kolesi itp.). 
Zmiana frontu w przypadku biznesu opartego o politykę to pierwsza nauka z tej historii. Są i inne. Choćby dla mediów: mało kto przecież przejmował się ich alarmami, że operacja „Telewizja Familijna” to używanie pieniędzy podatników do wspierania jednej politycznej familii. Albo dla Kościoła, który uległ był, jak widać, polityczno-religijnym deklaracjom oraz urokowi grupki młodych ludzi (niektórzy powoływali się m.in. na swe związki z ruchem Opus Dei) i zaangażował swój autorytet w ich przedsięwzięcie – teraz zaś to zakon franciszkanów odpowiadać będzie za część długów Familijnej (ogółem zadłużenie spółki wynosi 109 mln zł). A założyciel i pierwszy prezes spółki, Waldemar Gasper (pensja podczas pełnienia funkcji 70 tys. zł miesięcznie) do żadnej odpowiedzialności za stracone publiczne pieniądze się nie poczuwa. 

Krzysztof Burnetko




Zgąbczałe centrum 

Tadeusz Mazowiecki wystąpił z Unii Wolności. Niezależnie od rzeczywistych 
powodów tej decyzji, znamienne jest jedno: dopiero w reakcji na tak radykalny krok współzałożyciela i pierwszego przewodniczącego partii, jej władze zdobyły się na uchwałę zakazującą swoim reprezentantom w samorządach wchodzenia w koalicje z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. W krajowym życiu publicznym UW uchodziła za symbol uprawiania polityki z klasą. Minione wybory pokazały, że coraz to niższy poziom życia publicznego w III RP oddziałuje na wszystkich. Jeszcze niedawno nikomu przecież w Unii nie przyszłoby do głowy bratać się z kompanią Wrzodaka i Leppera czy też w nadziei na sukces startować z list SLD-UP. Teraz, by utrzymać poziom, trzeba zakazów z centrali. Centrum gąbczeje.

Jacek Imbramowski











 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl