Uwaga chorzy: Fundusz Łapińskiego was nie wyleczy 


Inspektor Clouseau w resorcie zdrowia 

Andrzej Kaczmarczyk



Gdyby wierzyć rządzącej koalicji, minister zdrowia prof. Mariusz Łapiński jest niczym król Midas – czego dotknie, zamienia się w złoto. Jeżeli wierzyć opozycji, minister przypomina inspektora Clouseau z „Różowej Pantery” – zepsuje wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego ręki, a ręce ma długie. Argumentem w sporze jest również ostatnie zamieszanie związane z powołaniem Narodowego Funduszu Zdrowia.



Na pewno nie da się zarzucić prof. Łapińskiemu braku szacunku dla prawa wyborcy do informacji. Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej jego diagnozy wskazywały na Kasy Chorych jako przyczynę zła w polskiej ochronie zdrowia. Ta opinia była jednym z wyborczych hitów SLD (za likwidacją Kas opowiadała się większość Polaków) – kandydat na ministra ogłosił plan uzdrowienia 17 chorych Kas przez zastąpienie ich jednym Narodowym Funduszem Zdrowia. Partia, która szła do wyborów świadoma czekającej na nią władzy i chwaliła się powołaniem specjalnych zespołów programowych (zespołem ds. ochrony zdrowia kierował prof. Łapiński), powinna być do zmian merytorycznie przygotowana. Nic bardziej mylnego – projekt ustawy o Funduszu trafił do parlamentu dopiero teraz, a więc w rok po utworzeniu gabinetu Leszka Millera. 
Plan Łapińskiego przewidywał wzrost składki ubezpieczeniowej, co było wcześniej ustawowo zagwarantowane. Jednak nim do tego doszło, rząd zmienił ustawodawstwo podatkowe. W tej sytuacji wzrost składki oznaczałby podniesienie podatku od osób fizycznych, a na to rząd się nie godził. W efekcie minister poniósł pierwszą porażkę i pieniędzy dla Kas nie tylko nie przybyło, ale na skutek kryzysu jest zdecydowanie mniej.
Potem okazało się, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, iż likwidacji ulegnie nie tylko 16 „cywilnych” Kas Chorych, ale i Kasa Branżowa. Na to zaś nie zgadzali się szefowie MSW i MON, którzy żądali powołania specjalnego Funduszu dla „mundurowych” i VIP-ów. Zbierałby on składki od 5 mln lepiej zarabiających (i regularnie opłacanych) Polaków. Reszta – wraz z rolnikami, za których płaci budżet, i bezrobotnymi bez prawa do zasiłków – trafiłaby do „zwykłego” funduszu. Dwa fundusze byłyby jednak sprzeczne z ideą równego dostępu do świadczeń i sprawiedliwości społecznej w ochronie zdrowia, którą głosi Łapiński. Celem ministra pozostaje więc dalej monopolistyczny fundusz, a dla planów tych, jak sam twierdzi: „Nie ma alternatywy. Moje propozycje to ostatnia szansa na zbudowanie nowoczesnego systemu ochrony zdrowia”.
Jakby tego było mało, według urzędników ministerstwa finansów, nowy Fundusz byłby w świetle prawa tzw. funduszem celowym i jako taki powinien podlegać im, a nie ministerstwu zdrowia. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że dzięki obowiązującej od połowy roku zmianie prawa, minister Łapiński ma pełną kontrolę nad Regionalnymi Kasami Chorych: powołuje 4 z 7 członków każdej z rad Kas. Żaden Fundusz nie jest mu już potrzebny.
Mimo to projekt ustawy trafił w październiku do parlamentu. Wydawałoby się, że forsowanie wprowadzenia zmian od 1 stycznia 2003 r. jest nierozsądne. Tymczasem minister zdaje się ciągle na to liczyć, nawet wbrew opinii premiera. Z pomocą pospieszyli mu partyjni koledzy z sejmowej Komisji Zdrowia, przyjmując ustawę po kilku dniach od złożenia projektu. Połowę z 220 artykułów omówiono w ciągu dwóch dni. Posłowie opozycji zaprotestowali u marszałka Marka Borowskiego twierdząc, że część regulacji może być niezgodna z konstytucją. Projekt wróci więc do komisji.
Konsultacje, od początku urzędowania, są słabym punktem ministra Łapińskiego. Na pierwsze spotkanie w sprawie Narodowego Funduszu Zdrowia zaprosił jedynie zwolenników, pomijając przedstawicieli samorządu i dwóch nielubianych dyrektorów Kas, mówiąc: „Po co mam słuchać ich opinii, skoro mają własny program”. Sytuację ratował premier, zapraszając niezaproszonych na osobne spotkanie. Na niezgodny z prawem brak konsultacji zwracają też uwagę przedstawiciele samorządu lekarskiego oraz związków zawodowych i to nie tylko w sprawie Narodowego Funduszu Zdrowia. 
Wydawałoby się, że powołanie Funduszu jest priorytetem ministra i wszystkie swoje działania podporządkuje on temu zadaniu. W minionym roku Łapiński zasłynął jednak w mediach z innych powodów. Zaraz po objęciu stanowiska zajął się... wymianą krajowych konsultantów medycznych. Potem, zamiast spokojnie czekać na ustawowe zmiany gwarantujące mu wpływ na obsadę rad Kas Chorych, próbował odwołać najbardziej przez siebie nielubianych dyrektorów Kas. Dyrektorowi Śląskiej Kasy – Andrzejowi Sośnierzowi ministerstwo i Urząd Nadzoru Ubezpieczeń Społecznych stawiali coraz to nowe zarzuty, a dyrektor i tak wygrywał kolejne sprawy (w sumie – siedem) przed NSA.
Krytykując fakt, że najbogatsze Kasy posiadają oszczędności na kontach bankowych, a najbiedniejsze zaciągają kredyty by przeżyć, szef resortu wydał rozporządzenie zmieniające zasady redystrybucji pieniędzy pochodzących ze składek. Celem miało być dofinansowanie biednych kosztem bogatych. Przepis źle jednak skonstruowano i w praktyce Kasy bogate stały się jeszcze bogatsze, a biedne – biedniejsze. Znów trzeba było poprawiać.
Potem minister osobiście nadzorował tworzenie listy leków refundowanych i negocjacje cen z firmami farmaceutycznymi. Miało to przynieść oszczędności rzędu 900 mln zł. Wkrótce okazało się, że choć Kasy po roku zaoszczędzą ponad 500 mln, pacjenci już wydali na leki 200 mln więcej.
Pojawił się pomysł dofinansowania ubożejących Kas kosztem kierowców. Pieniądze na leczenie ofiar wypadków miały pochodzić ze składki OC. Na szczęście dla posiadaczy samochodów, których czekają opłaty winietowe, ten pomysł ugrzązł, na razie, gdzieś w Sejmie. Do koszyka ministra należy dorzucić też uchwaloną ostatnią przez Sejm ustawę „Lek za złotówkę”. 65-latkom zaoferowano za złotówkę krótką listę leków, z których większość kosztuje nie więcej niż 2,5 zł, a niektórej mniej niż 1 zł. Nie wypada też zapomnieć o ustawie o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Termin jej wejścia w życie najpierw przesunięto o rok (na 1 stycznia 2003 r.), by teraz przesunąć o kolejne dwa lata. Jedyną obietnicą, jaką udało się ministrowi zdrowia spełnić, było chyba zapowiadane powstrzymanie „dzikiej prywatyzacji” szpitali. Udało się, bo nie było czego powstrzymywać. Szpitali jest blisko 700, do końca 2001 r. sprywatyzowano 17.
Chyba nadszedł już czas, żeby premier skorzystał z prawa do zmiany głównego lekarza kraju. Ale premier nie chce. Minister przetrwał próbę odwołania przez Sejm i rekonstrukcję rządu. Nie zaszkodzą mu też pewnie okrzyki z sejmowej mównicy „Łapiński musi odejść”, bo minister zdrowia ma jeszcze jedną cechę, która upodabnia go do inspektora Clouseau – jest niezniszczalny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl