Debiutancka powieść Zadie Smith po polsku


Historia zdetronizowana

Jerzy Jarniewicz



„Początek dnia, schyłek stulecia”. Tak zaczyna się obsypana nagrodami, debiutancka powieść Zadie Smith „Białe zęby”. W tym krótkim zdaniu zderzają się dwie epickie perspektywy: osobista, mierzona upływem „nocy i dni”, oraz publiczna, historyczna, której rytm wyznaczają mijające stulecia. 


Zadie Smith odważnie nawiązuje do wielkiej tradycji epickiej w literaturze angielskiej, przywołując z jednej strony dokonania Dickensa, a z drugiej Salmana Rushdiego. Snując opowieść o dziejach dwu rodzin w wielokulturowym Londynie, śmiało zestawia wielką historię z wydarzeniami codziennymi, które nie tworzą osobnych archipelagów, leżących na dwu odrębnych półkulach. Przeciwnie, Smith próbuje pokazać, w jaki sposób bezkształtna krzątanina codzienności tworzy fundament Historii, bez którego wielkie dziejowe procesy pozostałyby dla nas nieczytelne i niezrozumiałe. Jeśli w powieści Smith pojawia się historia, to jest ona zawsze drugim planem tych codziennych wydarzeń. A wielkiej historii znajdziemy w „Białych zębach” wyjątkowo dużo jak na powieść młodej, bo urodzonej w 1975 roku, debiutantki, która z racji wieku nie może pamiętać większości opisywanych wydarzeń. 
W tok narracji wplecione zostały tu sceny z kolonizacji Jamajki i z końca drugiej wojny światowej; autorka przywołuje rasistowską psychozę wywołaną przemówieniem Enocha Powella, skrytobójstwo Indiry Gandhi, palenie egzemplarzy „Szatańskich wersetów” czy zburzenie muru berlińskiego. Nie przypadkiem Smith nasyciła – metodycznie choć dyskretnie – swoją powieść aluzjami do tak wielu historycznych wydarzeń: sądzę bowiem, że jednym z tematów jej wielowątkowej książki jest sposób istnienia historii w rzeczywistości mierzonej cyklem nocy i dni. 
W „Białych zębach” historia ujawnia się jako problem, z którym uporać się muszą kolejne pokolenia imigrantów, przybywających do Londynu z Bangladeszu, Pakistanu, Indii czy Jamajki. Dla starszego pokolenia historia jest bożyszczem, którego sensowności nie można podważać, głównie dlatego, że stanowi ona swoisty dowód tożsamości owych „wykorzenionych” mas. Takie rozumienie historii Smith kontrastuje z postawą młodego pokolenia. Nie odwraca się ono od historii, ale już nie pada przed nią na kolana w wiernopoddańczym geście – tożsamość tych młodych ludzi wyznaczają projekty na przyszłość, a nie kulturowe czy etniczne dziedzictwo. 

Konfrontacja perspektywy prywatnej z publiczną, od której zaczyna swoją powieść Smith, znalazła może najbardziej radykalny wyraz w głośnej deklaracji E. M. Forstera, angielskiego powieściopisarza, autora m.in. „Drogi do Indii”, który powiedział kiedyś, że gdyby miał wybierać między zdradą przyjaciela a zdradą ojczyzny, zdradziłby ojczyznę. Forster w tym prowokacyjnym zdaniu, tak obcym polskiej mentalności, że żadna z polskich antologii skrzydlatych słów nie miała odwagi go uwzględnić, ustanawiał prymat bezpośredniego doświadczenia nad abstrakcyjnymi ideami, zakładając, że te dwa wymiary, prywatny i publiczny, wzajemnie się wykluczają. Jeśli Smith przywołuje ten głośny cytat w swojej powieści, to nie bez przyczyny, ale po to, by zastanowić się nad zasadnością tego założenia: założenia oczywistej rozbieżności między sferą publiczną a osobistą.
Z „Białych zębów” wyczytać można pewną historiozoficzną tezę, a mianowicie, że w dzisiejszym świecie sprzeczność między historią a codziennością, między sferą publiczną a prywatną, stopniowo zanika, podobnie jak zanika pojęcie jednolitej etnicznie kultury. Ośmieszony powszechnie falstart Francisa Fukuyamy, ogłaszającego koniec historii, może dałby się obronić, gdyby uznać, że historia rzeczywiście dobiegła kresu, ale tylko jako zjawisko odrębne od życia codziennego: we współczesnym świecie rozpłynęła się w codzienności. Wkroczyła w życie codziennie dzięki wszechmocy mediów i niekontrolowanemu przepływowi informacji z taką intensywnością, że tradycyjna sprzeczność straciła sens. Warto zauważyć, że ten proces „ucodziennienia” historii, pozwalający nam uczestniczyć w wielkich, dziejowych wydarzeniach bez wychodzenia z domu, rozgrywa się równolegle z procesem globalizacji, który zaciera granicę między prowincją a centrum, między swojskością a obcością. 

To zdetronizowanie historii wiąże się z innym ważnym aspektem powieści Smith. Świat, który brytyjska autorka opisuje w „Białych zębach”, przefiltrowany został nie tylko przez procesy kulturowej homogenizacji, ale także przez obrazy kształtowane przez media i kulturę masową. Rzeczywistość, którą zajmuje się Smith, jest światem przetworzonym, ujętym w gotowe formuły i schematy. Widać to w wielu scenach powieści. Kiedy jedna z postaci, Bengalczyk Samad, próbuje wyobrazić sobie, jak wyglądała rebelia antybrytyjska w Indiach, w której brał udział jego legendarny przodek, odwołuje się do obrazów filmowych: przypomina sobie głośną scenę z „Ojca chrzestnego” z Alem Pacino, czekającym w nowojorskim barze na odpowiedni moment oddania śmiertelnego strzału. 
Kultura masowa kształtuje naszą wyobraźnię nawet na najgłębszych pokładach naszej świadomości; dociera ze swoimi obrazami nawet tam, gdzie byśmy się tego nie spodziewali. Kiedy inna z postaci „Białych zębów”, syn Samada Millat, urodzony już i wychowany w Anglii, wiąże się z islamskimi fundamentalistami, można by uznać, że to dowód na siłę tradycji i porażkę zachodniej kultury. Nie jest to jednak prawdziwy powrót do korzeni: religijny fanatyzm Millata niewiele ma wspólnego ze znanymi z historii nurtami islamskiego fundamentalizmu. Wyrasta raczej z wyobrażeń kształtowanych przez zachodnioeuopejską czy amerykańską kulturę masową. „Ilekroć Millat otwierał czyjeś drzwi, drzwi samochodu, klapę bagażnika – natychmiast widział oczyma wyobraźni pierwszą scenę »Chłopców z ferajny«, a w tym, co uważał za swoją podświadomość, rozbrzmiewało zdanie »Odkąd sięgam pamięcią, zawsze chciałem być gangsterem«”. 
To ciekawy trop w powieści Smith, która stawia tu odważną, a dziś szczególnie wartą namysłu tezę, że fundamentalizm islamski nie ma jednego ojca. Przeciwnie: jest po części wytworem wyobrażeń ukształtowanych przez kulturę Zachodu. By zilustrować tę tezę dobitniej, obok fundamentalizmu islamskiego Smith pokazuje w „Białych zębach” również fundamentalizm o korzeniach chrześcijańskich, a zwłaszcza środowisko Świadków Jehowy. Te dwa nurty przedstawione są w powieści równolegle, by w finale połączyć się we wspólnej, choć nie planowanej razem akcji terrorystycznej. 
Kultura wieloetnicznego Londynu, opisywana przez Smith, jest jedną wielką hybrydą, której powstaniu sprzyjają mechanizmy kultury masowej. Kiedy jedna z bohaterek powieści zastanawia się nad symbolami seksu, przychodzą jej na myśl postacie z najróżniejszych obszarów kultury: Marlon Brando, Madonna, Kleopatra, „dziewczyna imieniem Tamara, która mieszka naprzeciw londyńskiego hipodromu”, Dawid Michała Anioła. W tym misz-maszu skojarzeń znalazły się ikony kultury masowej, postacie historyczne, znajomi z życia codziennego, nawet – jak w przypadku Dawida – obrazy obrazów, gdyż nie o biblijnego Dawida tu chodzi, ale o „Dawida”, jego reprezentację. 

Ten opis przetworzonego, zapośredniczonego świata prowadzony jest przez Smith bardzo konsekwentnie, aż do samego finału powieści. Końcowa scena kończy się słowami narratorki: „Co za widowisko! Gdyby to było w telewizji, usłyszelibyśmy w tym miejscu solo saksofonu i pojawiłyby się napisy końcowe”. Ale to nie koniec. To tylko koniec powieści. Należałoby, jak sądzę, wrócić w tym miejscu do zdania, którym powieść się rozpoczyna: „Początek dnia, schyłek stulecia”. Zapowiada ono narrację, w której koniec pojawia się nie raz, ale co chwila, by natychmiast zamienić się w początek czegoś nowego. 
W pierwszym rozdziale, na przykład, znajdujemy opis imprezy zorganizowanej z okazji końca świata, który miał nastąpić w 1975 roku. Na koniec świata postacie tej powieści będą się zresztą szykować jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem odkrywając, że świat jednak jeszcze trochę potrwa, a życie będzie toczyć się dalej. Koniec świata, na który czekali uczestnicy apokaliptycznej imprezy z początkowego rozdziału książki, pogrążając się w rozpasaniu i niemal mitycznym chaosie, oczywiście nie nadszedł, ale ten niespełniony „koniec świata” dał początek jednemu z ważnych wątków powieści – tu Archie spotkał swoją przyszłą żonę. Nie powinno więc nikogo dziwić, że w „Białych zębach” napisy końcowe się nie pojawią, bo, jak pisze Smith, „koniec jest początkiem jeszcze dłuższej historii”. Rozgrywającej się na naszej ulicy i na naszą miarę.

Zadie Smith, „Białe zęby”, przełożył Zbigniew Batko. Kraków 2002, Wydawnictwo Znak. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl