Czy Polacy potrzebują Teatru Narodowego


Naród sobie?

Piotr Gruszczyński



Jakże byłoby pięknie, gdyby Teatr Narodowy był nieustającym, wielkim teatralnym świętem! Z dużymi pieniędzmi, pozwalającymi dyrektorowi spełniać kaprysy własne i publiczności. Ze znakomitym repertuarem klasycznym i współczesnym, wystawianym w sposób żywy i głęboko zajmujący dla współczesnego Polaka. Byłoby, ale pewnie nie będzie.


Nad wejściem do Teatru Polskiego w Poznaniu widnieje dumna inskrypcja „Naród sobie”. Dumna, bo zważywszy na dramatyczne okoliczności historyczne, w jakich gmach zbudowano, było się czym szczycić. Wielki wysiłek włożony w budowę polskiego teatru w Poznaniu świadczy o tym, że naród kiedyś potrzebował teatru polskiego, narodowego. Czy dziś potrzebuje go nadal? To nie jest takie pewne. A jeszcze mniej jasną jawi się odpowiedź na pytanie, jakiego teatru narodowego naród polski potrzebuje.

Dom Wyspiańskiego
Długą dyskusję na temat kształtu Teatru Narodowego, spalonego i odbudowanego, przerwało nominowanie na stanowisko dyrektora Jerzego Grzegorzewskiego. Teraz, po pięciu latach, Grzegorzewski postanowił z Narodowego odejść. Dyskusja więc rozpętała się z dawną siłą, trwają spekulacje, kto będzie następcą i nadal nie ma zgody co do funkcji, jaką scena narodowa ma pełnić i co do jej kształtu. Pewnie znowu będzie tak, jak pięć lat temu: pojawi się nowy dyrektor ze swoim programem, a dyskusje ucichną aż do następnego bezkrólewia.
Od czasu, kiedy Grzegorzewski otwierał Salę Bogusławskiego gościnnym występem „Dziadów” w jego reżyserii, przywiezionych z krakowskiego Starego Teatru, upłynęła długa teatralna epoka. Te pięć lat w życiu polskiej inteligencji także okazało się brzemienną w skutki wiecznością. Wiele zmieniło się na gorsze, a Konrad, który w inauguracyjnych „Dziadach” w interpretacji Jerzego Radziwiłowicza był antybohaterem i katatonikiem, dziś jest tytułowym bohaterem „Dnia świra” Marka Koterskiego. Co w tej sytuacji począć z teatrem narodowym? Co i jak w nim grać? Czy nastawić się na teatr autorski wysokiego ryzyka artystycznego, czy też na konserwatywny teatr lektur szkolnych, realizowany na wysokim poziomie? Jeden i drugi może ocalić narodową substancję przed całkowitym roztrwonieniem. I jeden, i drugi model może do roztrwonienia doprowadzić.
Wiem na pewno, że z dotychczasowego Narodowego po odejściu Grzegorzewskiego najbardziej będzie mi brakowało Grzegorzewskiego. Jego autorski pomysł na „dom Wyspiańskiego” i konsekwentne realizowanie dramatów tego pisarza, jego „Ślub” i „Operetka” oraz ostatnia „Nie-Boska komedia” to spektakle ważne dla artystycznych dziejów polskiej myśli narodowej, spełniające wymóg, jaki stawiam Teatrowi Narodowemu, którego obowiązkiem jest rozważać stale o tym, „co jest w Polsce do myślenia”. Będzie więc brakowało Grzegorzewskiego-artysty, a nie Grzegorzewskiego-dyrektora.
Jego posunięcia repertuarowe inne niż własne na ogół kończyły się źle, a czasem nawet katastrofalnie (przywołajmy spektakl Janusza Wiśniewskiego „Wybrałem dziś zaduszne święto” czy „Akropolis” w reżyserii Ryszarda Peryta). Nie dał żadnych znaczących efektów artystycznych pomysł zaproszenia do współpracy dawnych dyrektorów Narodowego, których energia twórcza dawno się wypaliła. Inne angaże reżyserskie były mocno chaotyczne. W Warszawie złośliwie mówi się, że Grzegorzewski nie zapraszał do współpracy lepszych od siebie. To efektowna anegdota, ale nieprawdziwa. To, że w teatrze nie pojawił się Lupa, Warlikowski czy Jarzyna, bez wątpienia najważniejsi w tej chwili twórcy teatralni w Polsce, nie jest pewnie wynikiem złej woli Grzegorzewskiego. Podejrzewam, że żaden z wymienionych nie chciałby w Narodowym pracować. Bo sala trudna i niewdzięczna, bo publiczność nie dopisuje, bo zespół nie-zespolony. Przede wszystkim jednak dlatego, że to Narodowy, co narzuca nieprecyzyjne, ale wystarczająco niepokojące zobowiązania wobec twórców. 

Inteligencja Polska S.A.
Krytyka na ogół chłostała Grzegorzewskiego, zarzucając mu niewypełnianie misji narodowej (nie wiadomo jakiej) i niezrozumiałą twórczość. To osobny zupełnie temat, że w ramach upadku Inteligencji Polskiej S.A. stwierdzenie: „To jest złe, bo ja tego nie rozumiem” staje się coraz powszechniejsze i prowadzi do morderczego wyniszczenia tkanki kulturowej. Obowiązkiem recenzenta/krytyka jest bowiem nie tylko oceniać, ale przede wszystkim objaśniać. To nie teatr ma popularyzować dramaty (wiemy, czym takie próby się kończą!), tylko krytycy powinni dociekać znaczeń, a dopiero po zrozumieniu spierać się o nie, a nie odtrącać bez zastanowienia wszystko, czego nie rozumieją.
Ostatni sezon Grzegorzewskiego był rzeczywiście nieudany. Zabrakło świetnego spektaklu i zabrakło premier. Na dwóch scenach teatru odbyły się zaledwie trzy premiery. Jak na Narodowy to czarna rozpacz i katastrofa. Ale poprzednie lata dały otuchę wszystkim, którzy nie chcą pogodzić się z faktem, że Teatr Narodowy musi być nudną piłą dla wycieczek. Grzegorzewski tworząc dom Wyspiańskiego przejął jego wizję, w której teatr narodowy miał być teatrem przede wszystkim artystycznym. I rzecz jasna natrafił na niejednego Prokescha.
Z wypowiedzi na temat przyszłego kształtu Narodowego, które pojawiły się w prasie po ogłoszeniu decyzji Jerzego Grzegorzewskiego o odejściu, najbardziej przekonało mnie to, co mówiła Krystyna Meissner, która zaproponowała by Narodowy stał się wielką, zamożną sceną impresaryjną, pokazującą stale to, co najlepsze w Polsce i na świecie. Dodam od razu, że jedyną osobą, która mogłaby taki teatr poprowadzić, jest właśnie Krystyna Meissner, a zdaje się, że takiej opcji nikt nie bierze pod uwagę. W spekulacjach prasowych pojawiają się nazwiska Jacka Wekslera, Jana Englerta, Andrzeja Seweryna. Każde oznacza inny model teatru.
Weksler zapewne byłby znakomitym menadżerem, który umiałby zdobyć do współpracy najlepszych reżyserów. Jan Englert pewnie stworzyłby teatr zachowawczy i eklektyczny, a Andrzej Seweryn próbowałby przeszczepić na grunt polski model, który świetnie zna i rozumie, czyli narodową Comédie Française. Nie ma sensu oceniać ewentualnego powodzenia tych propozycji, skoro nie wiemy, jakiego Teatru Narodowego Polacy potrzebują. Mam nadzieję, że nie teatru lektur szkolnych, bo taki w Warszawie istnieje i jest martwym punktem na teatralnej mapie stolicy.
Może jest tak, że każdy, kto się teatrem interesuje i teatr lubi znalazł już swój teatr narodowy? Ze zgrozą myślę, że dla kogoś narodowy może być teatr dostarczający lepszej lub gorszej rozrywki. Dla kogoś innego jednak mogą to być pracujące pod najwyższym artystycznym napięciem Rozmaitości. Ktoś inny może uznawać za narodowy autorski teatr Krystiana Lupy. Są na pewno i tacy, którzy oczekują od teatru narodowego permanentnych zapasów z literaturą narodową, arcydziełami polskiego romantyzmu i oświecenia, literatury współczesnej, choć pewnie niekoniecznie najnowszej.
Powiem od razu, że przy całym szacunku i umiłowaniu dla Rozmaitości nie chciałbym, żeby ich profil artystyczny przeniesiono na Plac Teatralny, bo boję się, że wtedy stracilibyśmy jeden z najważniejszych teatrów działających w Polsce i w Europie. Rozmaitości i im podobne teatry powinny nadal działać poza głównym establishmentem, do którego Teatr Narodowy należy z definicji, gdyż tylko tak mogą generować odpowiedni potencjał twórczy i stymulować z boku, z zachowaniem twórczego dystansu, narodowe życie teatralne. Pewnie za kilkanaście lat Grzegorz Jarzyna będzie idealnym kandydatem na dyrektora Narodowego: ze swoim talentem, uporem, determinacją, rozeznaniem w teatrze światowym i polskim. Ale jeszcze nie teraz. Po co mu teraz taki narodowy garb i walka z Prokeschami?

Jakże byłoby pięknie, gdyby Teatr Narodowy był nieustającym, wielkim teatralnym świętem! Z dużymi pieniędzmi, pozwalającymi dyrektorowi spełniać kaprysy własne i publiczności. Ze znakomitym repertuarem klasycznym i współczesnym, wystawianym w sposób żywy i głęboko zajmujący dla współczesnego Polaka. Byłoby, ale pewnie nie będzie.
Oby tylko za parę lat nie okazało się, że prowadzenie Teatru Narodowego jest służbą z góry skazaną na niepowodzenie na skutek tak zwanych uwarunkowań. Nasz naród, co jak lawa sam sobie gotuje nieciekawy los i brnie w populistyczne dymy, niewątpliwie bardzo potrzebuje przewodników duchowych. Pytanie, czy tacy jeszcze są, a jeśli są, czy ktoś o nich pomyśli, obsadzając dyrekcję Narodowego? A jeśli pomyśli, czy oni się zgodzą? Więc komu ten teatralny rząd dusz?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl