Jak sprawiedliwie osądzić nasz świat?


Przedszkolanka z ulicy Twerskiej

Stefan Chwin



Odkąd żyję, a żyję już dość długo, nie udało mi się spotkać człowieka, który nie byłby za sprawiedliwością i prawdą. Za sprawiedliwością i prawdą byli i są bowiem wszyscy. Nikt w każdym razie głośno się nie przyzna do tego, że jest przeciw.
I wszyscy, których na drodze życia spotykam, wszyscy, z którymi rozmawiam o zagadkach tego świata, mówią mi, że sprawiedliwość jest po ich stronie, więcej: wszyscy mi mówią: masz być z nami, masz stanąć po naszej stronie. Bo jeśli nie staniesz po naszej stronie, nie będziesz należał do sprawiedliwych.



Jedni mówią mi więc, że sprawiedliwie wydano rozkaz zabicia terrorystów w moskiewskim teatrze. Że jeśli się walczy o niepodległość, atakować wolno instytucje wrogiego państwa, lecz przecież nie Bogu ducha winne osoby, które poszły wieczorem do teatru, a tu ktoś im nagle lufę do skroni przyłożył i miłą przedszkolankę z ulicy Twerskiej, którą kochają wszystkie starszaki, w parę sekund przemienił w polityczną zakładniczkę. Że Czeczeni chcą na podkaukaskich równinach utworzyć państwo islamskie, czyż nie jest więc bardziej sprawiedliwe, by Rosja zdusiła islamskich fanatyków, niż gdyby miało powstać jeszcze jedno państwo, w którym kobiety nie miałyby żadnych praw, a kary cielesne byłyby na porządku dziennym? Czy więc jeśli musimy wybierać, modernizująca się Rosja, choć niesprawiedliwa i okrutna, nie jest mniejszym złem w obliczu zbliżającego się konfliktu cywilizacji, jaki podobno czeka nas nieuchronnie, niż półksiężyc na zielonym sztandarze?
Inni mnie przekonują, że Czeczeni nie mieli wyjścia, że to sami Rosjanie zmusili ich do takich desperackich czynów, odbierając małemu narodowi prawo do niepodległości, że to właśnie twarda, surowa sprawiedliwość jest po stronie zdesperowanych bojowników z zieloną przepaską na włosach, bo w konfrontacji z mocarstwem żaden mały naród nie ma szans na walkę zgodną z regułami prawa wojennego, że jeśli – okaleczony, bezsilny, zmiażdżony gąsienicami tysięcy czołgów – nie będzie krwawymi demonstracjami dawał znać światu o swoim istnieniu, świat o nim zapomni, tak jak tysiące razy zapominał o małych niewygodnych narodach, które bez żadnych skrupułów były skazywane na polityczną śmierć, więc choć to, co się stało w moskiewskim teatrze, było okrutne, straszne i podłe, to jednak było też jakoś sprawiedliwe. 
A ja, kiedy to słyszę, pytam siebie: która z tych sprawiedliwości bardziej sprawiedliwa, a która bardziej nikczemna i podła?

Zrobić porządek ze światem
Od jednych słyszę, że w moskiewskim teatrze zginęli niesprawiedliwie zupełnie niewinni ludzie, którzy poszli do teatru na musical o armii rosyjskiej, by się trochę rozerwać widokiem tańczących na scenie rosyjskich żołnierzy, że były tam niewinne kobiety, którym zagrożono śmiercią.
Inni mi mówią, że po doświadczeniach XX wieku twierdzić, że w nowoczesnych społeczeństwach masowych istnieją zupełnie „niewinni ludzie” to nie widzieć zasadniczej zmiany w strukturze odpowiedzialności, że w nowoczesnych społeczeństwach masowych odpowiedzialność polityczna jest rozproszona, sprawiedliwie rozdzielona na wszystkich, że wśród widzów na moskiewskim musicalu były setki mężczyzn w wieku poborowym, z których każdy, gdyby tylko dostał kartę powołania, bez zmrużenia oka strzelałby do ludzi w Groznym, że niewinne kobiety, które razem ze swoimi mężami i braćmi w wieku poborowym zasiadły na widowni moskiewskiego teatru, to były kobiety, które głosowały na Putina właśnie po to, by rozprawił się z Czeczenią, że te zwykłe, miłe kobiety mówiły w swoich domach do swoich paroletnich synów i córek, że „trzeba nareszcie zrobić porządek z tymi Czeczenami”, tak jak zwykłe miłe Niemki w latach 30. XX wieku mówiły do swoich dzieci przy śniadaniu, że „trzeba nareszcie zrobić porządek z tymi Żydami”, że one – te miłe mieszkanki Moskwy, które nie skrzywdziłyby muchy – mówiły w swoich domach o Czeczenach dokładnie tak samo jak zwykli, niewinni Rosjanie mówili w swoich domach podczas powstania styczniowego o „polskich bandytach i buntownikach”, których trzeba uciszyć na zawsze, że to straszliwe uderzenie w tych niewinnych ludzi, chociaż głęboko niesprawiedliwe, było jakoś usprawiedliwione, bo to właśnie ci niewinni ludzie, wrzucając kartkę do urny wyborczej, popierali zrównanie z ziemią Groznego w ramach sprawiedliwej „operacji antyterrorystycznej”, która cieszyła się poparciem dużej części Rosjan, że to właśnie miła przedszkolanka z ulicy Twerskiej, którą kochają wszystkie starszaki z grupy Biedronek, głosowała na Putina, żeby wreszcie zrobił porządek „z tą Rosją i z tym światem”.
Ale jeszcze inni mi mówią, że to właśnie głęboko niesprawiedliwe, a nawet szalone, tak rozciągać odpowiedzialność na wszystkich, że są na świecie ludzie naprawdę sprawiedliwi i czyści, którzy z niczym podłym nie mają nic wspólnego, że absurdem jest obciążać odpowiedzialnością za obóz koncentracyjny w Auschwitz i zbrodnie Holocaustu miłą, spokojną Niemkę, która w latach trzydziestych dwudziestego wieku, robiąc na śniadanie kanapki z serem, tylko mimochodem mówiła do swojego paroletniego syna: „Hans, ty lepiej uważaj na Żydów. Żydzi są niebezpieczni. Ktoś wreszcie powinien zrobić z nimi porządek”, a potem ten Hans dorósł i pojechał do Generalnego Gubernatorstwa. Bo cóż ona miała wspólnego z tym, że on zabijał Żydów? I czy ona powinna ponieść za to sprawiedliwą karę? Przecież jej chodziło tylko – jak usłyszałem niedawno w Norymberdze od młodego człowieka, który opowiadał mi o swojej babci, która w 1933 roku głosowała na Hitlera – o porządek i budowę autostrad. Tak, jej chodziło tylko o porządek, o autostrady i żeby było mniej bezrobotnych. Nawet przez ułamek sekundy nie pomyślała o jakichś komorach gazowych. Przeraziłaby ją sama taka myśl. Zresztą Hitler nigdy o żadnych komorach gazowych nie mówił. Gdyby mówił, nigdy by na niego nie głosowała. A Żydzi? On tylko chciał, żeby nie panoszyli się w handlu. Nigdy nie wspomniał o tym, że chce ich pozabijać. Więc czy ona popełniła jakiś grzech, z którego teraz powinna się spowiadać, że zapisała się w 1934 roku do partii?

Pięść dorosłego mężczyzny
A nasze sprawy? Jaki właściwie sens miał niewinny gest wrzucenia kartki do urny wyborczej w Polsce epoki komunizmu, a wrzucaliśmy te kartki – sprawiedliwi i niewinni, bo przecież – czyż nie było tak? – mówiliśmy sobie, że zostaliśmy do tego brutalnie zmuszeni przez totalitarny system, że jeśli nawet nie pójdziemy na wybory, to cóż to właściwie zmieni? – więc wrzucaliśmy te kartki regularnie co cztery lata prawie wszyscy. I co myśleć o zwykłych porządnych ludziach, którzy trzymali nad głowami wetknięte im do rąk transparenty z napisem „Syjoniści do Syjonu”, „Ukarać warchołów z Radomia”, „Cały Naród z Partią” i nawet nie myśleli o tym, co jest na tych transparentach napisane, bo myśleli tylko o tym, żeby nie stracić roboty w fabryce, a polityka nie odchodziła ich zupełnie? Czy ten gest, to obojętne uniesienie transparentu w górę, to potrząsanie nim, to kołysanie nad głową, był znakiem aprobaty dla bicia gumowymi pałkami „warchołów” na „ścieżkach zdrowia”, czy raczej był wymuszoną przez system pantomimą bez znaczenia, gestem z ponurej komedii reżyserowanej przez Partię, którego nikt (?) nie traktował poważnie?
I kim w Grudniu 1970 roku byli ci, którzy wydali rozkaz, by przy użyciu wojska ratować ludzi z płonącego, otoczonego przez demonstrujący tłum komitetu partii, do którego to gmachu – jak mówią niektóre świadectwa – tłum nie chciał dopuścić wozów straży pożarnej? Totalitarnymi zbrodniarzami czy sprawiedliwymi urzędnikami pozbawionego suwerenności państwa, którzy robili dokładnie to, co każdy zrobiłby na ich miejscu? Czy raczej sprawiedliwość była po stronie tych, którzy w desperacji ten gmach podpalali, o ile rzeczywiście podpalali go zwykli zdesperowani ludzie?
A ja słucham tego z rosnącym niepokojem i pytam. Więc jak właściwie wymierzyć sprawiedliwość totalitarnemu złu, skoro było ono rozproszone na wszystkich, skoro opierało się na zasadzie pośredniego – i często nieświadomego – współudziału wszystkich we wszystkim? Bo procedury demokratycznej sprawiedliwości – sprawiedliwości, która żąda twardych dowodów konkretnej indywidualnej winy – są bezradne wobec zła rozproszonego, zbiorowego, pośredniego i anonimowego. I czyż powinno nas dziwić, że choć systemy totalitarne były budowane przez miliony ludzi, po ich upadku zwykle w prawie pustej sali przed sądem staje pięciu byłych funkcjonariuszy tajnej policji, którym z trudem dało się udowodnić trzy przestępstwa. A oni zresztą – siwi, zgrzybiali, niepełnosprawni, chorzy na raka, słaniający się na nogach, przysypiający na ławie oskarżonych – umierają przed zakończeniem procesu. Więc czy nie bardziej sprawiedliwe jest o dawnych sprawach zapomnieć i czekać na wyrok sprawiedliwości boskiej?
A sprawy sumienia i wierności własnym przekonaniom? Jedni mi mówią, że sprawiedliwe i słuszne jest szanować wszystkie religie i wiary, że należy uszanować religię, nawet jeśli nakazuje ona ukamienować kobietę za to, że urodziła nieślubne dziecko, i nakazuje także, by kamienie, którymi ta kobieta ma zostać zatłuczona na śmierć, były nie mniejsze i nie większe niż pięść dorosłego mężczyzny, tak by ta kobieta umierała długo, by dotkliwie poczuła sprawiedliwą karę, bo taka jest święta wola Boga.
Inni mi mówią, że sprawiedliwe, a nawet konieczne jest potępić religię, która pozwala na takie rzeczy, że należy naruszyć suwerenność państwa, w którym takie rzeczy się dzieją, że należy rozpędzić sąd religijny, który wydaje takie przerażające wyroki, że nawet, jeśli nie będzie innego wyjścia, należy zbombardować miasta takiego państwa, rozbić jego armię, unicestwić rząd, by uwolnić ludzi spod przemocy nikczemnego prawa, tak jak to niedawno zrobiono z Afganistanem.
Czy zatem sprawiedliwe jest, że władze Genewy, gdzie byłem ostatnio i gdzie opowiedziano mi tę historię, natychmiast wyrzuciły z pracy w szkole publicznej nauczyciela pochodzenia arabskiego, który napisał w jednej z genewskich gazet, że Nigeryjka, która urodziła nieślubne dziecko, powinna zostać ukamienowana dokładnie w styczniu 2003 roku, bo tak chce Bóg i nie ma żadnej dyskusji? Czy władze szwajcarskiego miasta postąpiły sprawiedliwie, uznając, że taki człowiek nie powinien mieć kontaktu z europejskimi dziećmi? Ale przecież muzułmanów w samych Niemczech jest już parę milionów i być może jeden z nich za lat dwadzieścia będzie prezydentem Niemiec, a sama Europa pod wpływem zmian demograficznych oraz imigracji z krajów Trzeciego Świata zmieni się nie do poznania.
Jedni mnie przekonują, że sprawiedliwe i słuszne jest zawieszenie praw człowieka w walce z terroryzmem, że dopuszczalne są wszystkie środki, by tę zarazę zniszczyć, że sprawiedliwe jest porywanie obywateli obcych państw podejrzanych o terroryzm i wtrącanie ich do żelaznych klatek w bazie Guantanamo bez żadnego wyroku sądowego i trzymanie ich tam, ile się tylko chce, że sprawiedliwe jest nieuznawanie postanowień trybunału w Hadze, bo respektowanie tych postanowień utrudnia skuteczne operacje antyterrorystyczne, więcej: że sprawiedliwe i dopuszczalne, a nawet konieczne, jest wysyłanie tajnych funkcjonariuszy służb specjalnych do obcych krajów – na przykład do Danii – tak jak to robiła carska i nie tylko carska policja, by likwidować na ulicy ludzi podejrzanych o terroryzm, że sprawiedliwe i słuszne jest zestrzeliwanie samolotów z porwanymi ludźmi na pokładzie, które mogą zostać użyte przez terrorystów jako latające bomby, że należy zamknąć usta tym, którzy kwestionują zasadność akcji antyterrorystycznych i wzywają do negocjacji nawet z największymi fanatykami, a dziennikarzy należy bezwzględnie odpędzać od miejsca akcji, by nie przekazywali żadnych informacji o tym, co się tam dzieje.
Inni zaś przekonują mnie, że to wszystko głęboko niesprawiedliwe, godzące w zachodni system wartości, samobójcze, choć wygląda na niezbędne i najgłębiej sprawiedliwe, że jeśli pójdziemy dalej w tę stronę, za jakiś czas nie będziemy wiedzieli, czego właściwie bronimy, tak bardzo się zmienimy.

Piękny, okrutny świat
Prawdziwie tajemniczy – wspaniały i straszny – jest świat. I wszystko, czego dotkniemy, jest nieostre jak obraz na zamglonej fotografii. Nie wiemy, dlaczego rzeczywistość ma taką właśnie nieprzejrzystą strukturę, że nawet święte księgi, które mówią do nas zawsze zagadkami i przypowieściami, nie dają nam wszystkich odpowiedzi na twarde pytanie, co to znaczy postąpić sprawiedliwie w obliczu konkretnych zdarzeń. Moralna nieostrość czynów i zdarzeń jest jedną z wielkich tajemnic naszego bytu na Ziemi, której wszakże politycy, pracownicy wymiaru sprawiedliwości oraz nauczyciele – inaczej niż pisarze, filozofowie i artyści – nie powinni zanadto brać pod uwagę, bo mogą skończyć jak Hamlet.
Dlatego zwykle wybieramy uproszczony obraz świata, bo tylko w czarno-białej rzeczywistości potrafimy podejmować decyzje i skutecznie wymierzać sprawiedliwość. Gdyż – jak podejrzewał Szekspir – być może istnieje nie dająca się zagoić sprzeczność między czynem a głębszym poznaniem świata. Niech twoja mowa będzie „tak, tak” – „nie, nie”. I taka właśnie powinna być i często jest nasza mowa. Ale rzeczywistość, którą chcemy ująć w karby stanowczych słów i decyzji, drwi z nas, nawet jeśli ulega naszej woli, bo jest stokroć bardziej złożona niż obiecują nam te twarde dwa słowa. Ona rzadko mówi „tak, tak” – „nie, nie”. Ma dużo więcej barw i odcieni. To raczej prawdziwy las rzeczy, splątany, ciemny, w którym tylko gdzieś daleko przed nami wśród drzew świeci odległe światło, ku któremu zdążamy. Ludzie zaś doświadczeni mówią, że ten, kto widzi i wie zbyt wiele, podobnie jak ten, kto widzi i wie zbyt mało, może pomylić drogę i zginąć. 
I możemy sobie tylko, wzorem dawnych malarzy, z trudem wyobrażać, jak będzie wyglądał Ostateczny Sąd, jakie zapadną tam wyroki. Z pewnością sprawiedliwi zostaną oddzieleni od niesprawiedliwych, jak na słynnym obrazie Hansa Memlinga, gdzie po lewej stronie są kryształowe schody, a po prawej czerwone płomienie.
Ale nie wiemy, jak Sędzia sprawiedliwie osądzi człowieka, który wydawał Polaków w ręce NKWD, by zdobyć pieniądze na ratowanie córki chorej na raka. Jak sprawiedliwie osądzi prezydenta państwa, który wyda sprawiedliwy rozkaz zestrzelenia pasażerskiego odrzutowca z dziećmi na pokładzie, porwanego przez terrorystów nad Waszyngtonem, Paryżem, Moskwą czy Warszawą? Jak osądzi izraelskiego policjanta, który dla dobra sprawy będzie torturował ludzi podejrzanych o terroryzm, by wycisnąć z nich informacje o planowanym zamachu, które pozwolą ocalić życie setek niewinnych ludzi? Jak osądzi palestyńskiego bojownika podkładającego bomby pod domy mieszkalne niewinnych ludzi, tych samych niewinnych ludzi, którzy z całym spokojem wrzucają do urn wyborczą kartkę, odmawiając tym samym Palestyńczykom prawa do pełnej niepodległości? Jak osądzi mułłów, którzy, przekonani, że spełniają Jego świętą wolę, skazują na ukamienowanie kobietę, która ośmieliła się urodzić nieślubne dziecko? I jak osądzi tych, którzy własnoręcznie zatłuką tę kobietę kamieniami na śmierć, przekonani, że czynią dobrze i sprawiedliwie, bo w pełnej zgodzie z religijnym prawem? Jak też oceni nas, jeśli nie spróbujemy tej kobiety ocalić, wysyłając choćby jeden list protestacyjny w jej obronie, bo na wielkie sprawy tego świata nie mamy wielkiego wpływu, ale może w tej jednej małej (?) sprawie jakiś wpływ jednak mamy? I jak oceni tych wszystkich, którzy dawniej palili kobiety na stosach, przekonani, że robią to sprawiedliwie dla dobra tych kobiet, dla dobra ludzkości i Kościoła?

Nie na naszą głowę wszystkie te tajemnice. Kto ich dotyka, może przypłacić to niepokojem duszy. Bo to nieprawda, że kiedy rozum śpi, budzą się upiory. Upiory budzą się właśnie wtedy, kiedy rozum nie śpi, tylko wytrwale próbuje zajrzeć za zasłonę tajemnic.
I choćbyśmy się najbardziej starali, wszystkie te tajemnice pozostaną przed nami zakryte na wieki. Aż do dnia, w którym staniemy przed trybunałem Sprawiedliwości Najwyższej.
Dopiero wtedy być może odsłoni się przed nami wszystko. 

Tekst wygłoszony 10 listopada 2002 w Dworze Artusa w Gdańsku podczas debaty „Czy możliwa jest globalizacja sprawiedliwości?” z udziałem ks. arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, ambasadora Izraela w Polsce Szewacha Weissa, prezydenta Konfederacji Pracodawców Polskich Henryki Bochniarz i teologa ks. Tomaša Halika z Pragi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl