Po 11 września znów rosną wydatki na zbrojenia
– w całym świecie, tylko nie w Europie


Nowy światowy ład i nieład

Z dr. Zbigniewem Cesarzem, politologiem z Uniwersytetu Wrocławskiego, rozmawia Artur Klimaszewski



ARTUR KLIMASZEWSKI: – Zgodnie z planami z lat 80. na świecie nie powinno być dzisiaj broni jądrowej. Gdzie podziała się euforia rozbrojeniowa sprzed kilkunastu lat, wywołana końcem „zimnej wojny”?
ZBIGNIEW CESARZ: – Tzw. plan Gorbaczowa z 1986 r. zakładał, że arsenał jądrowy zostanie zniszczony w ciągu 10 lat. Tak się nie stało, ale projekt ten zmienił optykę patrzenia na rolę tej broni: przestała być elementem doktryny odstraszania i fundamentem równowagi dwóch mocarstw, USA i ZSRR. Teraz obowiązuje, podobnie jak przy broni konwencjonalnej, zasada tzw. minimalnej wielkości obronnej: arsenał jądrowy ma zapewnić tylko poczucie bezpieczeństwa. 
Czy można zatem powiedzieć, że proces rozbrojeniowy trwa, choć nie jest już tak medialny jak przed laty?
– Tak, choć ostatnio uległ on deformacji. Do połowy lat 80. wydatki na zbrojenia rosły: w 1986 r. świat przeznaczył na nie bilion dolarów. Potem na mocy kolejnych porozumień zlikwidowano 1/3 uzbrojenia, w tym 30 proc. broni strategicznej. W 1998 r. wydatki na zbrojenia spadły do 800 mld dolarów. Ale po zamachach z 11 września wzrosły wydatki na zbrojenia w USA: dotąd Waszyngton utrzymywał je na poziomie 290 mld dolarów, teraz wynoszą 331, za rok mają osiągnąć 379, a w 2006 r. aż 451 mld! Pytanie, czy polityka ta służy tylko wzmacnianiu poczucia bezpieczeństwa w USA?
Sugeruje Pan, że podkopuje ona całą logikę rozbrojenia?
– Z pewnością, ale musimy pamiętać, że tamten stary ład światowy między dwoma supermocarstwami był przewidywalny. Dziś pojawiły się inne zagrożenia: ze strony grup etnicznych, terrorystycznych, przestępczych. USA chcą walczyć z terroryzmem, w którym łączą się zagrożenia stare i nowe. Stare, bo znów trzeba ograniczyć rozprzestrzenianie broni masowego rażenia. Różnica polega na tym, że podczas „zimnej wojny” obawiano się ataku jądrowego, dziś – chemicznego i biologicznego. Broń taka jest prosta w produkcji, tania, łatwa w przenoszeniu. Idealna dla terrorystów. Dlatego Waszyngton wyda 3,3 mld dolarów na zbieranie i analizę danych wywiadowczych. Problem w tym, że USA rozwijają też programy, które inni traktują jako zagrożenie.
Co budzi niepokój innych państw?
– Amerykanie postanowili zabezpieczyć ojczyste terytorium przed krajami, które dysponują środkami przenoszenia broni masowego rażenia, naruszając delikatną materię układów zawartych przed laty. Kreml nie może obojętnie patrzeć na budowę amerykańskiego systemu antyrakietowego. Projekt budzi niepokój też w Pekinie: chińskie rakiety nie będą mogły dokonać odwetu za ewentualne uderzenie USA. 
Amerykanie tłumaczą, że dawne porozumienia są nieaktualne, bo dawni wrogowie są dziś partnerami, i że budowa parasola antyrakietowego, łamiąca układ ABM [patrz słowniczek], nie jest wymierzona w Rosję i Chiny. Tłumaczą, że po 11 września muszą się bronić. Jasne, ale czy wojna z terrorem wymaga zakupu 50 nowoczesnych myśliwców F-22? Terrorysta nie lata myśliwcem...
Już wcześniej można było zaobserwować zmianę stosunku USA do procesu rozbrojeniowego: Waszyngton odrzucił układ o zakazie min przeciwpiechotnych.
– To szerszy problem. Amerykanie patrzą na bezpieczeństwo z perspektywy narodowej; zarzuca się im wręcz egoizm. Europejczycy stawiają na dyplomację, starają się paraliżować groźne państwa, zachowując dawne reguły gry. Waszyngton wie, że jest dziś jedynym supermocarstwem i poradzi sobie sam. Bywa, że USA torpedują plany rozbrojeniowe w dyplomatycznym sojuszu... z Chinami i Koreą Północną. Ale to nic dziwnego, że Waszyngton kieruje się narodową racją stanu, skoro Amerykanie byli głównymi ofiarami zamachów.
Czy jednak pod szyldem 11 września Amerykanie nie próbują upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu: pokonać terroryzm i umocnić swą dominację?
– Nie podejrzewam ich o złą wolę. USA jako gospodarczy i polityczny lider odnoszą większe korzyści w świecie uporządkowanym. Faktem jest jednak, że ostatnio skorygowały doktrynę bezpieczeństwa: nie wykluczają wyprzedzających uderzeń jądrowych nawet przeciw krajom, które nie mają broni atomowej. To już nie odstraszanie, ale opcja zniszczenia. Co więcej, takie rozwiązania dopuszcza się w konflikcie lokalnym, zagrażającym stabilizacji większego regionu, np. w obronie Izraela. Inna zmiana: małe ładunki jądrowe mogą zostać użyte do niszczenia celów niedostępnych dla broni konwencjonalnej, np. ukrytych bunkrów. 
Kto może trafić na „czarną listę” USA?
– Oprócz krajów, które mają broń nuklearną, celem ataku mogą być państwa uprawiające tzw. wtórną proliferację: wiele rządów wymienia między sobą doświadczenia i środki z dziedziny broni masowego rażenia. Istnieje możliwość, że kraj, który świadomie lub nie pomógł tutaj innemu, zostanie ukarany przez USA. Niektóre państwa, odrzucając międzynarodową kontrolę swych arsenałów, sporo ryzykują. Dlaczego np. izraelski potencjał nuklearny jest poza kontrolą? Przecież to budzi zrozumiały niepokój państw arabskich i prowokuje do budowy „islamskiej broni jądrowej”.
Dla rozbrojenia nadal istotne są relacje Moskwa–Waszyngton.
– Te stosunki poprawiły się po 11 września. Na wypowiedzenie przez USA układu ABM Rosjanie nie reagowali za ostro. Obie strony od 1993 r. zmniejszyły potencjały atomowe o 2/3; Rosja zachowa prawdopodobnie 1500-2000 głowic, USA 1700-2000. Ale problem leży gdzie indziej: terrorysta nie ukradnie broni strategicznej, tymczasem kontrola nad taktyczną bronią jądrową, czyli małymi ładunkami jest nadal minimalna.
Czy układy rozbrojeniowe nie zdezaktualizowały się po upadku ZSRR? Choćby traktat CFE, wielokrotnie łamany?
– Traktat CFE, który zakładał rozbrojenie Układu Warszawskiego o 45 proc., a NATO o 10 proc., sprawił, że jego sygnatariusze obniżyli ilość broni konwencjonalnej nawet poniżej ustalonego pułapu. Niektórzy deklarują dalsze cięcia, choć nikt tego nie wymaga. Rosjanie próbowali obejść CFE; dziś umowa jest łamana głównie na Kaukazie, gdzie stacjonuje zbyt liczna armia rosyjska. Sprzeciw budzą też metody wojny w Czeczenii, ale to inna historia. Powtórzę: proces rozbrojeniowy trwa. Nawet najwięksi pesymiści przyznają, że w strefie bezpieczeństwa NATO nie grozi w najbliższych latach konflikt na wielką skalę.
Ale czy układy rozbrojeniowe nie są mrzonką, zapewniającą spokojny sen Zachodowi, podczas gdy wiele innych państw nie podpisało tych porozumień? 
– Kraje demokratyczne wypracowały mechanizmy, które utrudniają użycie siły. Tymczasem kraje, które dziś zagrażają światu, uczyniły z przemocy element polityki zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej – np. kult siły utrzymuje reżim w Iraku. Irak jest podmiotem prawa międzynarodowego, kontrole ONZ naruszają jego suwerenność. Ale wojna z Iranem, aneksja Kuwejtu i ataki chemiczne na Kurdów wskazują, że Husajn jest nieobliczalny. Nikogo nie można zmusić do przystąpienia do układu rozbrojeniowego, ale musi się on liczyć z reakcją świata, gdy zostanie uznany za zagrożenie.
Ostatnio tematem dyskusji w NATO jest dysproporcja między armią USA a armiami europejskich sojuszników. 
– USA wydadzą w tym roku 61 mld dolarów na nowe typy broni, a w 2007 r. aż 99 mld! Dla porównania: liczniejsza Europa, z PKB rzędu 10 bilionów dolarów rocznie, wydaje na zbrojenia połowę mniej od Amerykanów. A przecież amerykański PKB jest mniejszy: 7 bilionów. To nierozsądne, że Europa się rozbraja, bo jest łatwiejszym celem niż inne mocarstwa.
Jak zatem wzmocnić poczucie bezpieczeństwa w świecie? 
– Trzeba powołać nowe struktury bezpieczeństwa i normy prawne. Ten nowy ład nie powinien być tak sztywny jak podczas „zimnej wojny”, ale elastyczny, choć z przejrzystymi regułami. Tego nie podejmie się ONZ, póki nie zostanie zreformowana. Nowy porządek musi być też oparty na szerokim konsensusie wielu państw. Nie może to być ład mocarstw albo „klub bogatych”. 

Dr Zbigniew Cesarz jest pracownikiem Zakładu Stosunków Międzynarodowych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego, współautorem podręczników akademickich. Publikował m.in. w „Odrze”. Ostatnio wydał (wspólnie z Elżbietą Stadtmüller): „Problemy polityczne współczesnego świata” (Wrocław 2000).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl