Mieszaniny


Baśnie Lema

Jan Błoński




Stanisława Lema poznałem w okresie najczarniejszego komunizmu, na początku 1950 roku lub nieco wcześniej: był chyba w trakcie przedzierzgiwania się z lekarza w pisarza i dlatego pojawiał się u literatów na Krupniczej, co prawda rzadko i raczej z konieczności. Zaraz też do niego przylgnąłem, może dlatego, że w tych niewesołych czasach chętnie opowiadał mi rozmaite uczone baśnie... Bo były to dla mnie wspaniałe baśnie, te wszystkie wycieczki w astronomię, fizykę, medycynę, a nawet – bywało – w ekonomię czy zgoła filozofię... do wyboru, ale wszystkie prawdziwe.
Z tych wielogodzinnych wykładów, kraszonych absurdalnym dowcipem i filozoficznym paradoksem niewiele rozumiałem, niczego nie potrafiłbym powtórzyć, a tym bardziej rozwinąć. Wytwarzała się jednak osobliwa esencja, poglądowa czy filozoficzna, której smak nieodparcie kusił do pytań i rozważań. Od razu bowiem wiedziałem, że mam do czynienia z mędrcem, szalonym może, ale w tym szaleństwie jeszcze bardziej mądrym. 
Wczesnych powieści Lema tak wysoko nie ceniłem, uznając jednak ich narracyjną zręczność i intelektualną pomysłowość: w strefę wysokiej literatury wszedł Lem dopiero w „Dziennikach gwiazdowych” czy „Solaris”. Czyli wtedy, kiedy sam zaczął swe pomysły parodiować i kiedy z intelektualnych układanek wyjrzał w prawdziwe ludzkie nieszczęścia. Te książki gotów byłem wielbić bez zastrzeżeń i pamiętam nawet, że bawiliśmy się wspólnie osobliwą polszczyzną „Dzienników”. Właśnie ta językowa strona Lemowego geniuszu zasługuje na docenienie.
Jak sam powtarzał, niewiele – pisząc – widział czy słyszał wyobraźnią: wszystko było dla niego kwestią słów. Rzeczywiście, nie było niczego, czego z tymi słowami nie umiałby zrobić... Podejrzewam też, że jego słownik należy do największych w polskiej literaturze. Stąd rzadka biegłość w stylizacjach, trawestacjach i tak dalej. Do słów dorzucić jednak trzeba myśli... I emocje, nie zawsze zgodne. Filozofia Lema jest, jak sam napisał, „filozofią przypadku”, czyli – w ostatecznym rozrachunku – filozofią ludzkiej przygodności. Jesteśmy dziełem ślepego zegarmistrza i nie możemy się pogodzić z kosmiczną samotnością, na jaką nas skazał. Stąd natrętny motyw kontaktu, który powraca u Lema często i zawsze daremnie. Jedyną transcendencją, do jakiej moglibyśmy pretendować, byłyby inne istoty rozumne. Nic jednak nie wskazuje, abyśmy je mogli rychło – czy w ogóle – spotkać. Ale to szukanie – trawestując Pascala – stanowi o naszej godności. Filozofia Lema jest zarazem scjentystyczna i pesymistyczna, kosmiczny inżynier nie rozstaje się z Schopenhauerem. I ten pesymizm nie przestaje narastać. Proroctwa Lema są coraz czarniejsze i coraz mniej – jak się zdaje – ufa on w możliwości kosmicznego Spotkania... a nawet słabiej wierzy, że nadmiernie rozpleniona ludzkość potraf uchronić się od samozagłady.
Jednak sukces czytelniczy Lema należy do największych. W Polsce porównać by go można było z sienkiewiczowskim. Losy wielu postaci Lema mają zresztą w sobie coś sarmackiego, a przygody Pirxów przypominają trochę Kmicicowe.
Lemowa science fiction przyswaja nie tylko kosmopolityczną wiedzę, scjentystyczne myślenie i filozoficzny pesymizm: obejmuje je i przekracza w bogactwie literackiej tradycji.







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 47 (2785), 24 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl