Kultura w szponach polityki


Wyznania anachronika

Andrzej Werner



„Nikt dziś nie uwierzy w bezinteresowność twojego krytycznego sądu. Każde zdanie będzie dowodem, że uczestniczysz w spisku politycznym Żydów i masonów, albo uknutego przeciw Żydom i masonom” – napisał w 37. numerze „TP” Andrzej Werner. Jego artykułem „Pióra i maczugi” rozpoczęliśmy debatę o „kulturze w szponach polityki”. Głos zabrali: Stefan Chwin (nr 38), Jarosław Klejnocki (nr 39), Przemysław Czapliński (nr 41), Anna Nasiłowska (nr 43) i Piotr Śliwiński (nr 44). Dziś – Andrzej Werner odpowiada polemistom.


A więc trudno, wydało się: jestem typem wysoce anachronicznym. Anachroniczny jest język, którego używam, to znaczy sposób myślenia warunkowany zespołem używanych pojęć, słowem, żeby się wypiąć ponowocześnie: vocabulary, jeśli dobrze rozumiem Przemysława Czaplińskiego, odkrywcę mojej ponoć wstydliwej przypadłości. Anachroniczny wiek i postura, anachroniczne gusta. Chyba nawet będę czuł się nieźle ze świadomością zagubienia w triumfującej współczesności, a co najmniej bardziej by mi doskwierało poczucie doskonałej jedności z duchem postępu. Może nawet trochę zazdroszczę wiary w postęp, wiary, mówiąc między nami, też cokolwiek anachronicznej. Ale jej nie podzielam. 
Opatrując znakiem ujemnym anachronizm opowiadamy się automatycznie za postępem, bardziej neutralnie brzmiąca „zmiana” jest przecież postępem wobec negatywnie ocenionych residuów przeszłości. Jest jeszcze inna możliwość, najbardziej zresztą prawdopodobna: szlachetne upodobanie do zalecanego przez żurnale kroju tegorocznych marynarek, tudzież szerokości ronda postępowych kapeluszy. Moda jest również formą (bezrefleksyjną) wiary w postęp. 

Nie poznaję samego siebie

Czapliński umieszcza mnie w czasie przeszłym, z czym pod pewnymi warunkami przyjdzie mi się zgodzić. Dawniej na przykład czytało się teksty, przynajmniej te, z którymi zamierzało się spierać. Dzisiejszym postępowcom tego rodzaju anachronizm nie przychodzi do głowy. Konia z rzędem temu, kto znajdzie nie tylko w tekście, który stał się punktem wyjścia tej dyskusji, ale i w całym moim pisaniu – a powołuje się na nie po części Czapliński – wezwanie do uprawiania „sztuki czystej”, odwrócenia od polityki, zamieszkania w przybytku zwanym wieżą z kości słoniowej. Czapliński zdaje się nie rozumieć różnicy pomiędzy polityką jako tematem literatury, filmu, czegokolwiek, co aspiruje do miana sztuki, a funkcjonowaniem sztuki, o najróżniejszych tematach, w obrębie jednoznacznej wykładni politycznej. Funkcjonowaniem, ale – wcześniej – pojmowaniem, rzecz tyczy nie tylko socjologii życia literackiego, ale pewnej skazy życia umysłowego, która odbiera autentyczność faktom kulturowym nadając im sensy niekoniecznie w nich obecne, a więc tym samym odbierając im tożsamość. 
Czapliński zapytuje, czy literatura powinna wchodzić w związki z polityką i przypisuje mi odpowiedź jednoznacznie negatywną. Ależ! Ja bym na tak bełkotliwe w swej wieloznaczności pytanie w ogóle nie odpowiadał i uprzejmie bym poprosił o wypowiedź w języku, pozwalającym na elementarne porozumienie. Co to znaczy związki, jakie związki: współrzędności, podrzędności, nadrzędności i czego nad czym? Rodzajów takich związków jest mnóstwo i nie będę ich klasyfikował, żeby nie zanudzić czytelników. W każdym razie polityka, nawet rozumiana zgodnie z potocznym znaczeniem tego słowa, jest częścią życia społecznego, naturalnym, choć niestety często wynaturzonym składnikiem codziennego doświadczenia, w najrozmaitsze sposoby wpływa, formuje nawet w sposób bezpośredni i kategoryczny ludzkie wybory i zachowania. Omijanie tego obszaru na przykład w prozie powieściowej czy w filmie byłoby – jak uprzejmie podpowiada Anna Nasiłowska – głupie.

Nieporozumienia terminologiczne

Właśnie: jak rozumieć samą politykę i w jakim stopniu potoczne rozumienie tego terminu nas zobowiązuje i ogranicza? Jeśli w wymienianych przykładach koncentrowałem się na podziale dwudzielnym, opozycjach, choćby tak nieprecyzyjnych jak „lewica” i „prawica”, to nie dlatego, że tak rozumiem politykę, ale dlatego, że tak z grubsza biorąc funkcjonuje ona na polskiej scenie, w tym również scenie życia literackiego. Kilka następnych przykładów podsunął dalszy ciąg dyskusji. Szerzej biorąc chodziło mi o zjawisko „partyjniactwa” w kulturze, niekoniecznie zresztą związanego z istniejącymi partiami, co zresztą widać w ogólnikowym i niedokładnym podziale lewica – prawica, gdzie ewentualne różnice (bardzo istotne w samym życiu politycznym) zacierają się, bo celem najważniejszym staje się znowu główny przeciwnik. Dotyczy to rzecz jasna, jak trafnie podkreśla Jarosław Klejnocki, nie samej literatury, a przynajmniej nie tyle literatury, ile zjawisk okołoliterackich, krytyki albo raczej czegoś, co za krytykę próbuje uchodzić, słowem dość szeroko pojętego życia literackiego. Przychwytują to skwapliwie media, jak wszystko, co uproszczone i pachnie skandalem. Stamtąd rozlewa się fala kleistej mazi, niebezpiecznej, bo zatruwającej umysły, rozmywającej chronicznie niedomagające kryteria, zastępującej istotne wartości ich substytutami, hałaśliwą sforą pozorów. 
Czapliński pisze natomiast o samej literaturze i o polityce jako temacie literatury. Pojęcie polityki traktuje przy tym w sposób co najmniej dowolny. Przeprowadza jednocześnie rozumowanie, które jest doprawdy horrorem logicznym. Przypisuje mi najpierw rozumienie polityki jako relacji władza – społeczeństwo (A). Następnie stwierdza, że literaturę powinno dziś interesować zupełnie inne rozumienie polityki, które określa hasłem „społeczeństwo jako władza” (B). Po bliższych wyjaśnieniach proponowanego przez siebie ujęcia (B) pyta: „Co z tym wszystkim (B) może – albo nawet powinna – począć literatura?” I odpowiada: Andrzej Werner (A) mówi: trzymać się z dala. Wywód ten może spokojnie współzawodniczyć z cytowanym przez Leszka Kołakowskiego (w jednym następnych numerów „Tygodnika Powszechnego”) dialogiem Platona: „– Czy ty masz psa? – Tak. – A czy ten pies ma dzieci? – Tak. – A więc ten pies jest ojcem? – Tak. – Ale to jest twój pies? – Tak. – Czyli on jest twoim ojcem!”
Mniejsza jednak, co sobie określi mianem polityki Przemysław Czapliński. Niech to i będzie „polityka płci, ciała, zdrowia (obowiązkowe szczepienia, badania, zajęcia gimnastyczne), wychowania, edukacji (obowiązkowa szkoła i gimnazjum), religii, pracy, komunikacji...”. Nie wiem natomiast, dlaczego ma się to nazywać (postulowaną) „nową literaturą polityczną”, bo literatura od czasów Cervantesa, a już w sposób jawny Balzaka i Stendhala wręcz obsesyjnie tego rodzaju społecznymi interakcjami się zajmowała, niekoniecznie nazywając je politycznymi. No, może obowiązkowe szczepienia egzekwowane były inaczej.
Stefan Chwin również odczytuje mój tekst jako radykalne odwrócenie się od polityki. A właściwie to on poddał ton – później niechętnie weryfikowany lekturą. Oczywiście zwątpiłbym w jasność swojego wywodu, gdyby nie tekst Klejnockiego. Ale już mniejsza z tym. Choć szlag mnie trafia, zmilczę. Skupmy się na problemach podsuwanych przez dyskutantów, wszystko jedno pod czyim adresem.

Byle coś się działo

Dla Stefana Chwina polityka jest antidotum na nudę i nijakość naszego życia literackiego. Wszystko lepsze, byle nie to, byle coś się działo. Polityka dlań wcale nie „jest piękna”, jego zachwyt został podszyty nie tylko pragmatyką, ale i z lekka arystokratyczną pogardą. Wszak dla siebie wybiera co innego, więcej, sam dba o to, by jego proza była „politycznie niejadalna, to znaczy żeby mnie żadna opcja polityczna, nawet ta mi najbliższa, nie skonsumowała zbyt łatwo, jako »swojego«”. 
No właśnie, podobnie rozumiałem „nieredukowalność” literatury do ideologii czy jakiejkolwiek opcji. Zawsze winna pozostać jakaś „reszta”, która skądinąd uzasadnia wybór formy, różny, jak rozumiem, od języka choćby najbardziej szlachetnej publicystyki. Niechże więc sobie będzie, na przykład w prozie powieściowej, pełny wykład najwyraźniej zachwycającej autora czy też przeciwnie – wyjątkowo wrednej idei politycznej. Jeśli to ma być dobra powieść, idea ta usprawiedliwi w pełni swoją obecność dopiero w życiu bohatera czy bohaterów, jako część składowa przedstawionego dramatu i jej słuszność czy niesłuszność będzie miała w tym uwikłaniu drugorzędne znaczenie. 
Nie czytałem jeszcze książki Cezarego Michalskiego, o której przygodach politycznych opowiada Piotr Śliwiński („Siła odpychania”), ale rozumiem, że to jest właśnie przypadek powieściowego podporządkowania bliskiej skądinąd autorowi ideologii, podporządkowania wyobcowaniu, którego ofiarą – właśnie z powodu swych konserwatywnych poglądów – staje się bohater. Zaś reakcja Adama Krzemińskiego – znowu według relacji Śliwińskiego – jest jednym z interesujących mnie przykładów politycznej redukcji, czyli „szponów”. 
Ale Miłosz i Herbert też należą do takich, co to nie dadzą się skonsumować politycznie. A Chwin skarży się (słusznie), że jego „Hanemanna” zapisano do „małych ojczyzn”, natomiast wcale mu „nie przeszkadza to, co o tych świetnych pisarzach mówią zacietrzewieni »prawicowcy« czy »liberałowie«. Więcej nawet: cieszy mnie, że Herbert i Miłosz są »wpychani w politykę«. Tendencyjny film o Herbercie i Miłoszu, w którym narodowo- prawicowe sympatie były niewątpliwe, a niechęć wobec noblisty wyraźna” niepokoi go tylko dlatego, że nie znalazł natychmiastowej przeciwwagi w równie tendencyjnym filmie „demoliberalnym” czy „socjaldemokratycznym”, „a ci, którzy odbierają reżyserowi prawo do robienia takich filmów – ostrych, niesprawiedliwych, jednostronnych – w istocie żądają »schłodzenia« temperatury życia duchowego w Polsce, a więc ustanowienia czegoś w rodzaju obyczajowej cenzury”. 
Z tą cenzurą to już Chwin wyraźnie przesolił, bo równie dobrze za cenzurę można uznać odbieranie prawa do opinii, że coś jest faktem kulturowo szkodliwym, a właściwie – każdą opinię krytyczną. Ale i bilans pożytków i szkód płynących z takiego widowiska oceniam zupełnie inaczej. Czy jeśli dodamy do siebie dwie przeciwstawnie tendencyjne i niesprawiedliwe interpretacje, to w efekcie będziemy bliżej sprawiedliwości i prawdy? Myślę raczej, że zamiast jednej obejrzymy po prostu dwie nieprawdy. Czy to podgrzeje temperaturę życia duchowego w Polsce? Czy w ogóle można tu mówić o życiu duchowym czy choćby tylko kulturalnym? Myślę, że wartości duchowe czy też kulturowe zostają tu podmienione przez cnoty i niecnoty polityczne i tym samym na dwa różne sposoby (prawicowy i demoliberalny) unieważnione. Zostają przeniesione do innego medialnego obiegu, na efekty tego przeniesienia trafnie zwracał uwagę Jarosław Klejnocki. Herbert i Miłosz zostają skonsumowani politycznie. Nie rób drugiemu, co tobie niemiło.
Nie lepiej rzecz wygląda, gdy skoncentrujemy uwagę na jakości poznawczej. Podstawowej dla literatury, ale przecież i poza nią. Stefan Chwin powołuje się na dyskusję o Jedwabnem: tak, zgoda, nawet milczenie można odczytać jako znaczące. Tym bardziej znaczące są dyskursy historyków, które również układają się w łatwo czytelne wzory polityczno-światopoglądowe; ten jakże gorący, a jednak mało budujący spektakl trafnie podsumował Andrzej Mencwel w eseju publikowanym w „Gazecie Wyborczej”. Historyczna prawda, czy też raczej prawda historyków, podporządkowana ideologicznym założeniom – to powtarzalny w tysiącach wzorów banał. Im większa waga opisywanej rzeczywistości, tym bardziej jednak groźny i – co tu dużo mówić – gorszący. W tym przypadku ideologiczne czy też polityczne intencje, choć łatwo czytelne, były jednak skrupulatnie ukrywane pod pozorami bezwzględnego obiektywizmu. Łatwo sobie wyobrazić o wiele bardziej jaskrawe manifestacje politycznych przekonań, dochodzące zresztą do głosu gdzieś na radykalnych marginesach sporu. Czy i w takim przypadku Stefan Chwin uznałby je za zbawienne ożywienie, podgrzanie temperatury życia duchowego? 
Czesław Miłosz napisał kiedyś, że miarą wartości literatury jest ciężar rzeczywistości, którą potrafi ona unieść. I była to refleksja sprowokowana wątpliwością, czy literatura jest w stanie unieść tę najcięższą rzeczywistość, którą i dla niego były mordercze doświadczenia dwóch totalitaryzmów. Co to znaczy unieść? Przedstawić i poznać – to w literaturze jeden akt twórczy. Powiedzieć o tej rzeczywistości – niestety nie uda się ominąć najbardziej anachronicznego słowa – prawdę. Przynajmniej – jak najwięcej prawdy, najchętniej tej prawdy, której inaczej nie da się powiedzieć. Historycy, pisząc o Jedwabnem, również nie unikną zobowiązania maksymalnie prawdziwego przekazu – i myślę, że Stefan Chwin w tym momencie nie będzie się ze mną spierał. Literaturze wszakże wyznacza inne miejsce. Nie własnej literaturze – ale Miłosza i Herberta chętnie by widział jako bohaterów gorącego, a więc chętnie oklaskiwanego spektaklu. Umieszcza ich, razem z polityką, w przestrzeni poza rzeczywistością, a więc i poza prawdą, w przestrzeni gry, którą obserwuje z wygodnego fotela. Jeśli gra jest również domeną polityki, współistnieje ona z literaturą bezproblemowo i we wszystkich swoich wymiarach.

Gra i rzeczywistość

Refleksja innych uczestników dyskusji jest również rozpięta w przestrzeni pomiędzy grą a rzeczywistością. Polityka, będąc domeną gry, jest jednocześnie częścią rzeczywistości, którą literaturą winna przedstawiać, poznawać, rozumieć. Ale czy znaczy to, że literatura ma być częścią tej gry, ma być z nią tożsama? Nie, pod tym względem opinie się różnią, różne są także od dwuznacznie entuzjastycznej postawy Chwina. 
Klejnocki widzi tu podstawowe zagrożenia dla autentyczności, a może i tożsamości naszego życia kulturalnego. Jest pod tym względem, jeśli dobrze rozumiem, bliski moim obawom, choć wyraża je w nieco innym języku, tym razem – socjologii życia literackiego. Ale i Piotr Śliwiński opisuje scenę tego życia jako „rynek wszelakiego pośrednictwa i wymiany interpretacyjnych usług, znajdują się tacy, co sądzą, że trwałe miejsce w historii to na dobrą sprawę kwestia odpowiednich znajomości (...) atutem uczestników gry o status jest plastyczność poglądów i umiejętność dopasowania się do sytuacji. Ważną rolę odgrywają nadto: znajomość instrukcji obsługi środowiska, koncyliacyjność, czyli nieupieranie (?) się przy swoim, i szybki refleks. Bo to jest właśnie gra”. I po tej dość bezwzględnej ocenie następuje zaskakująca puenta: „Tylko czy mając do wyboru nieznośną doraźność lub dumne wygnanie, winniśmy z całkowitą pewnością stwierdzić, że drugie wyjście jest bez porównania lepsze?”
Kluczem wydaje się postawiona wcześniej przez Śliwińskiego diagnoza, że od polityki nie ma ucieczki, że albo się „uczestniczy w społecznej grze, w której prawidła mają charakter przenośny, ustalając się w zależności od warunków”, albo się traci „prestiż i wpływ na rzeczywistość”. Owszem, w życiu społecznym nie ma ucieczki od polityki, jeśli ją rozumieć szeroko, jako zamaskowaną na multum sposobów opresję i sprawowanie (na przykład w życiu prywatnym) rządu silniejszego nad słabszym. A w życiu literackim? Jeśli się uprzemy, to pewnie też. Ale muszę tu dodać, że znam dobrze opisany wyżej dylemat z czasów, gdy jego kontury wyglądały znacznie ostrzej: i pokusy prezentowały się powabniej, i kara „wygnania” była zdecydowanie dotkliwsza. 
Pokusy: i prestiż w rękach monopolistycznych mediów, i wpływ na rzeczywistość – tak przynajmniej motywowali swój wybór wszyscy, którzy tym pokusom ulegali – i przede wszystkim wielki słoik konfitur, który stał na tej właśnie półce. Znam wielu dziś „dorosłych i ciągle jeszcze ambitnych mężczyzn” (także i kobiet), którzy po ten słoik nie sięgnęli, za to baty, owszem, zbierali. I nie tylko mogą się poczuć urażeni niewczesnym (prawda?) sformułowaniem, ale wyczują w tym artykule przykrytą frazesem, (co nie wyklucza rzeczywistej troski) tęsknotę za trudno dostępnym słoikiem. 
Co zatem robić? Przyjmuję, że wpływ Piotra Śliwińskiego na rzeczywistość leży mimo wszystko w naszym wspólnym interesie. Śliwiński skarży się, że rzeczywistość jest coraz mniej wyrazista, pisze nawet o wrażeniu znikania rzeczywistości. Zgoda, choć trzeba dodać, że łatwo dostępna była zawsze tylko jej powierzchnia. I to właśnie literatura zajmowała się badaniem tego, co pod skorupą, martwą i plugawą. Sto lat minęło, być może i pod nią są już tylko zastygłe pokłady. Ale to warto wiedzieć. Literatura ma, a właściwie miewa, sobie tylko dostępne, szczególnie czułe instrumenty. 
A więc róbmy swoje, pomagajmy, poprzez rzetelne jej poznanie, pomagajmy literaturze raczej niż polityce, bo to ostatnie zadanie, choć może kuszące, to jednak przegrane już chyba ostatecznie. Opiszmy wszystkie jej uwikłania, jeśli nawet nieuniknione, może – konieczne, to nie znaczy, że rozumne, pomagające w jej własnych zadaniach zrozumienia świata. I nie liczmy na nagrodę, nie liczmy na zwycięstwo. Zrozumienie jest oddziaływaniem na rzeczywistość, może skromnym, ale trwałym, dostępnym dla tych, którzy będą chcieli po nie sięgnąć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl