W Polsce jest coraz więcej „dzieci ulicy”: z rodzin biednych i niewydolnych społecznie; tych, które wypadły z „systemu”. Czy muszą zostać w „gettach”, czy muszą powielać schemat, w jakim żyją ich rodzice?


Oni nie są tacy źli

Z Tomaszem Szczepańskim, animatorem ulicznym pracującym z dziećmi na warszawskiej Pradze, rozmawia Tomasz Potkaj



TOMASZ POTKAJ: – Kim jest animator uliczny?
TOMASZ SZCZEPAŃSKI: – Wychowawcą, który pracuje na ulicy albo podwórku. Nie mam magisterium z pedagogiki, więc nie mogę powiedzieć, że jestem pedagogiem. W ognisku jestem zatrudniony na stanowisku pracownika socjalnego. Ale określenie animator uliczny podoba mi się najbardziej.
Rozmawiamy w sercu starej Pragi, które cieszy się złą sławą. Znasz rodziny tych dzieci. Jakie są?
– Odwiedzam ich domy, rozmawiam z rodzicami. Przychodzę w dzień, bo rodzice przeważnie nie pracują i wtedy można kogoś zastać. Zdarza się, że wchodzę w środek pijackiej libacji. Czasem zapraszają, żebym się napił. Oczywiście wtedy rozmowa nie ma sensu i tylko pytam, jaką mają wódeczkę, z jakiej okazji piją. Staram się mówić ich językiem, jako ktoś stąd. Zresztą wychowałem się na Pradze. 
– Z czego żyją rodzice Twoich podopiecznych?
– Utrzymują się z opieki społecznej, czasem z dorywczej pracy na czarno. W większości domów jest problem alkoholizmu: dotyczy ojców, matek lub obojga rodziców. Zdarza się, że ojciec odbywa karę więzienia. Te dzieci żyją w getcie i praktycznie nie wychodzą poza nie. Praga ma złą opinię: jest to dzielnica biedy i przestępczości. I te dzieci wchodzą w stereotyp: jestem zły, bo jestem z Pragi, jestem z Pragi, więc kradnę. Nauczycielka w szkole potrafi powiedzieć do ucznia przy całej klasie: twoja matka jest k..., twój ojciec jest pijakiem i siedzi w więzieniu, i ty wyrośniesz na takiego samego głąba. To autentyczny przypadek. 
– Co oznacza, że dzieci powielą w przyszłości schemat życia swoich rodziców. 
– Dziecko zostaje naznaczone. Idzie na wagary, zdarzy się, że coś ukradnie, kogoś pobije, ma pierwszy kontakt z policją i szybko wpada w dalszy ciąg: narkotyki, alkohol, grupa przestępcza, ucieczki z domu. Do tego dochodzi sytuacja rodzinna: w domu nie ma co jeść, nie ma gdzie odrabiać lekcji, są awantury, rodzice piją, więc lepiej zejść z oczu. Dokąd pójść? Na podwórko, do chłopaków. I tak całe ich życie zaczyna toczyć się na podwórku, w bramie, czy szerzej: na ulicy. W tym sensie stają się dziećmi ulicy, choć oczywiście mają jakieś domy i jakichś rodziców. Spotykają się w piwnicach i opuszczonych strychach, gdzie organizują sobie „kluby”. Tam piją, palą, wąchają klej, uprawiają seks albo po prostu gadają. Czasem siedzą bezczynnie na ulicy czekając na coś, co się zdarzy. A tutaj dużo się dzieje. 
– „W złej dzielnicy mieszkają źli ludzie”?
– No właśnie: mówimy, że te dzieci są złe, ale ich zło wynika z tego, że wychowywały się w takiej rodzinie i dzielnicy. Od małego muszą być sprytne, kombinować, by przeżyć. Oni nie są tacy źli. Są zdemoralizowani, czasem bardzo. Mimo to często mają w sobie chęć robienia czegoś, jakieś pasje. Naszym zadaniem jest wydobycie z nich tego, pokazanie im, że są coś warte, i że mogą zrobić coś także dla innych. 
– Jak to się stało, że zacząłeś pracować na tych ulicach?
– W szkole pracowników socjalnych, w której się uczyłem, pojawił się pewien Francuz. Powiedział, że jego organizacja prowadzi program o nazwie „Dzieci ulicy” i szuka dwóch osób. Wcześniej robili rozeznanie, interesowała ich stara Praga. Zgłosiłem się ja i jeszcze jeden kolega. Naszym zadaniem było zorganizowanie mniej więcej 100-osobowej grupy i zajęcie się nią przez dwa lata. Zresztą może to rodzinna tradycja? Mama była pracownikiem socjalnym w domu opieki społecznej, a tata do dziś pracuje w pogotowiu opiekuńczym.
– Jakie były początki?
– Nie mieliśmy przygotowania, nikt nie powiedział nam, jak rozmawiać z dziećmi. Byliśmy zdani na siebie. Zrobiliśmy rozeznanie, przeszliśmy kilka razy nasz rejon, no i poszliśmy. Pamiętam pierwsze podwórko przy Stalowej 25 i grupę dzieci rzucających kamieniami w szyby opuszczonego budynku. Podeszliśmy, przedstawiliśmy się, powiedzieliśmy, że jesteśmy pedagogami, zaczęliśmy pytać, czy mają jakieś pomysły, czy chcieliby coś zmienić na tym podwórku. Nie wzbudziliśmy zaufania: zadawaliśmy dużo pytań, jakbyśmy byli z policji albo opieki społecznej. Ale udało nam się umówić na piłkę następnego dnia. To był początek.
Eksperymentowaliśmy. To, co robiliśmy, przypominało może antypedagogikę, ale udało nam się stworzyć dwie grupy. Byli w niej kilkunastoletni chłopcy, którzy przeszli kilka świetlic; większość miała kuratorów i nikt nie dawał im szans. Robiliśmy z nimi różne rzeczy: ich projekty, nasze. Chcieliśmy im pokazać miejsca, których nie widzieli, bo ich nie było stać, albo do których nigdy by nie poszli, np. filharmonię. Jeśli braliśmy ich na wycieczkę, zależało nam, by przygotowali coś na temat miejsca, do którego jedziemy.
– Jakie macie zasady, pracując z tymi dziećmi?
– Nie moralizujemy, nie nakazujemy, nie zakazujemy. Staramy się dążyć do tego, by dzieci same wprowadziły zasady. Jeśli chcemy gdzieś pójść, one muszą wiedzieć, że jeśli nie będą trzeźwi, to nikt ich nie wpuści i stracą oni, a nie my. To samo dotyczy uczestnictwa w zajęciach. Chodzimy po ulicach, bramach, spotykamy rodziców, sąsiadów, musimy wiedzieć, co się dzieje w dzielnicy: kto się z kim pobił, kto kogo okradł, gdzie jest impreza, bo to jest tematem rozmów dzieci. To, czy one będą o tym rozmawiać z pedagogiem, jest miarą zaufania, jakim go darzą. Czasem w czasie takich rozmów da się przekazać coś ważnego. 
Staramy się wyjeżdżać z nimi poza Pragę: pokazać im, że istnieje inny świat. Nie prowadzimy terapii, choć współpracujemy ze specjalistami, psychologami, lekarzami. Naszą rolą jest wyszukiwanie dzieci, które wypadły z „systemu” i po wstępnej socjalizacji niejako „włożenie” ich tam z powrotem. To dotyczy zwłaszcza obowiązku szkolnego. Czasem nauczyciele nie zdają sobie sprawy, z jakiego środowiska dziecko pochodzi.
– Mówisz: „my”. Ilu was jest?
– Na Pradze tylko trzech. Ale prócz nas działa tu 11 organizacji zajmujących się dziećmi, są świetlice socjoterapeutyczne i profilaktyczne. Potrzeby są jednak większe. Kiedyś policzyliśmy, że w tej części Pragi jest około tysiąca dzieci, którymi ktoś powinien się zająć. A ostatnio obserwuję coś niepokojącego: dużą rotację dzieci, które uciekają ze świetlic i wracają na ulice. Organizacje pozarządowe, które prowadzą większość z tych ośrodków, nie mają pieniędzy, co odbija się na jakości ich pracy. Te miejsca są po prostu mało atrakcyjne: przychodzimy, odrabiamy lekcje, robimy podwieczorek, gramy w piłkę, i tak codziennie. Dzieci uciekają, bo ulica jest dla nich ciekawsza.
– Pracujesz z chłopcami i dziewczętami. Z kim jest trudniej?
– Z dziewczynami. Paradoksalnie, to one są prawdziwymi mężczyznami: wspinają się na drzewa, chodzą po dachach, kradną lepiej niż chłopcy. Tu nie ma miejsca na delikatność. One ubierają się jak chłopcy, czeszą się i chodzą jak oni. Często są liderkami grup chłopców. One nie miały ojców i podświadomie szukają kogoś, kto by mógł im go zastąpić. Nie partnera seksualnego, ale kogoś, kto wysłucha i doradzi. Pamiętam dziewczynę, liderkę grupy klejarzy. Zakochała się w jednym z animatorów. Postanowiliśmy dać jej odczuć, że odwzajemniamy jej uczucia, i oni zaczęli pisać do siebie listy. I w tych listach ona opowiedziała historię swego życia: o ojcu, który popełnił samobójstwo, bracie, który zabierał ją do swego towarzystwa, o tym, dlaczego została mentalnie chłopakiem. To trwało długo, ale chyba się udało. Większość chłopców z jej grupy znalazła się w naszej świetlicy, a ona chodzi dziś do wieczorowego liceum, pracuje. Myślę, że jest na dobrej drodze. 
– W jaki sposób dzieci okazują uczucia, jakie mają marzenia?
– Nie umieją płakać. Nie umieją się wzruszać. Nikt ich nie nauczył okazywania emocji, nie przytulał, nie kochał. Ich życie ogranicza się do sfery materialnej: zjeść, przeżyć. Kiedy prosimy ich, by opisali swoje marzenia, odpowiadają, że nie mają marzeń. Po pewnym czasie piszą, że chcieliby mieć ładne mieszkanie albo dom. 
Dzieci w większości miały kontakt z alkoholem i narkotykami. Jak sobie z tym radzicie?
– Tu narkotyki można kupić w każdej bramie. Handlują ich matki, starsi bracia. Wszystkie okoliczne szkoły mają własną ochronę i udało im się wyrzucić z nich dilerów. Nikt obcy do szkoły nie wejdzie i jeśli jednak są narkotyki, to wnoszą je sami uczniowie. To duży sukces, ale za bramą szkoły jest brama kamienicy i tam zdobycie narkotyków nie stanowi problemu. 
Uzależnianie odbywa się stopniowo: najpierw klej, potem alkohol, na końcu twarde narkotyki. Co do dzieci z ogniska jesteśmy pewni: nie biorą. Ale one są już w jakimś stopniu zscocjalizowane. Mają pewne obowiązki, wiedzą, że pewnych rzeczy robić nie wolno, chodzą do szkoły, jesteśmy w kontakcie z nauczycielami. Ale chłopaki, których spotykam na podwórku rzadko nadają się, by od razu uczestniczyć w zajęciach. Zanim tam trafią, trzeba z nimi popracować. Jest zasada: im dziecko młodsze, tym większa szansa, że uda nam się skutecznie je wyprowadzić. Z 13-, 14-latkami jest już bardzo trudno. 
Pracujesz na Pradze pięć lat. Miałeś kontakt z setkami chłopców i dziewcząt. Śledzisz ich dalsze losy?
– Staram się. Tu wszyscy się znają, więc łatwo się dowiedzieć, co słychać u tego czy tamtego. Jest różnie. Powiedziałbym: pół na pół. Ci, którzy z jakichś powodów uciekli ze świetlicy, poszli przetartą ścieżką: dom poprawczy, więzienie, grupy przestępcze, narkotyki. Czasem spotykamy się: stoją w bramie, piją piwo albo po prostu obserwują ulicę. Witamy się, chwilę rozmawiamy, czasem proponują mi fanty [kradzione rzeczy – red.]. Szkoda mi ich, bo choć to oni wrócili na ulicę, nam wspólnie coś się nie udało. Ale te dzieci, które przeszły świetlicę, jakoś sobie radzą: gdzieś się uczą, gdzieś pracują lub szukają pracy, chcą coś osiągnąć. 
Jednak tak naprawdę efekty naszej pracy będą widoczne za jakieś 10 lat, kiedy dzieci, z którymi kiedyś pracowaliśmy, i które się stąd wydostały, same założą rodziny. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl