W lipcu br. w miejscowości Krzywa w Beskidzie Niskim, z inicjatywy Piotra Janowskiego, fotografa z „Gazety Wyborczej”, odbyły się warsztaty fotograficzne dla dzieci. Warsztaty zostały zorganizowane w ramach działań prowadzonych przez Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa (informacje o Stowarzyszeniu można znaleźć na stronie Wydawnictwa Czarne: www.czarne.com.pl, podstrona: SRSK). „Pomysł na warsztaty fotograficzne dla dzieci i młodzieży był prosty: dwadzieścia pięć nieskomplikowanych aparatów fotograficznych, tzw. »małpek«, duży worek filmów i żadnych niepotrzebnych wskazówek. To miała być przede wszystkim zabawa w robienie zdjęć” – opowiada Piotr Janowski. 8 października w gorlickiej BWA otwarto ich wystawę. Wystawa zostanie pokazana również w Warszawie, Krakowie i Gdańsku. W grudniu w Wydawnictwie Czarne ukaże się album pt. „Świat. Zdjęcia dzieci z Jasionki i Krzywej”, w którym obok kilkudziesięciu zdjęć dzieci znajdzie się drukowany poniżej tekst Andrzeja Stasiuka. Dochód ze sprzedaży albumu w całości przeznaczony zostanie na wsparcie działalności Stowarzyszenia.





Był PGR


Andrzej Stasiuk


Dzisiaj jest jesień, wieczór, pada zimny deszcz, a ja usiłuję sobie przypomnieć, jak to wszystko wyglądało piętnaście, siedemnaście lat temu. Próbuję sobie przypomnieć twarze, które wtedy widywałem pod sklepem, próbuję przypomnieć sobie postacie i głosy, próbuję odtworzyć w pamięci liczbę traktorów, ich kolory i typy, próbuję usłyszeć dźwięki i zapachy wypełniające dolinę, próbuję ustalić, co gdzie stało, gdzie kończyła się gliniasta droga i zaczynały wertepy wiodące w pustkę gór i w stronę granicy, która była wtedy granicą czechosłowacką. Ale to jest próżny trud, ponieważ już dawno prawda pomieszała mi się z fikcją, wymyślone z rzeczywistym, historie widziane z tymi zasłyszanymi, z tymi wyobrażonymi i z tymi, które nigdy się nie wydarzyły, ale mogły i powinny się wydarzyć. 
Tak, w żadnym miejscu nie bywałem częściej niż tam, nigdzie nie przechodziłem tak często, jak wskroś tych zabudowań, rozrzuconych wzdłuż drogi bez ładu i składu: te wszystkie stodoły, obory, stajnie, warsztaty, domy, komórki, magazyny, budy i budki, garaże i Bóg wie co jeszcze. Próbuję przypomnieć sobie psy, ale nie pamiętam chyba żadnego z tamtych zamierzchłych już czasów, chociaż jakieś musiały być, ponieważ obszczekiwały mnie, gdy nocą wracałem do domu. Ostatnie psie ujadanie i ostatnie światła – potem już tylko cisza i ciemność. Zwłaszcza w zimie robiło to spore wrażenie. Można było stanąć na przełęczy i patrzeć na nikły blask paru okien, zagubiony w bezmiarze nocy.
Wielu ważnych rzeczy nie mogę sobie przypomnieć. Na przykład, o której odjeżdżał wtedy autobus. Albo w którym roku w ogóle zaczął kursować do Banicy i do Krzywej. A w jakie dni była dostawa do sklepu? We wtorki i piątki? W poniedziałki i czwartki? W które dni przyjeżdżał tylko chleb i piwo, a w które reszta towaru? I jakim samochodem? Starem? Żukiem? Pamiętam tylko ten moment wyczekiwania, aż auto pojawi się dwa kilometry dalej, w Krzywej, i zacznie powoli pełznąć w dół dziurawą drogą. Wtedy tłum stojący przed sklepem wchodził do środka i formował rozdętą, nieregularną kolejkę. Myślę, że jeszcze dziś mógłbym wymienić większość towarów stojących na półkach: kawa turek, kawa inka, herbata popularna i madras w sztywnych, szeleszczących torebkach, dżem truskawkowy, dżem wiśniowy, wafelki cytrynowe, wafelki kawowe, klopsy w sosie pomidorowym, fasola z kiełbasą, ser salami, margaryna palma, pasztetówka, słonina i kaszanka, na ladzie dwa wielkie kanciaste bloki – marmolada i smalec, sól, cukier, olej, ryż, kasza i makaron. Cebula. Woda mineralna wysowianka w szklanych butelkach bez etykietek. Tutaj pamięć przechowała więcej, ponieważ spędzałem w sklepie bardzo dużo czasu. Kolejka rozdymała się, klęsła, zawijała i pełzła według jakiegoś niezrozumiałego a skomplikowanego porządku. (Kisiel, jeszcze kisiel – na śmierć bym zapomniał. Kisiel w trzech smakach i w trzech smakach budyń!). Tłum kręcił się, splatał i rozplatał, właściwie nie miał ani początku, ani końca. Zakupy wcale nie były najważniejsze, zakupy to był pretekst, to był dodatek do tej zbiorowej obecności.
Zapamiętałem to wszystko z nadmiaru czasu, ponieważ jako obcy i przybłęda stałem na szarym końcu. Słuchałem i patrzyłem. Niektóre kobiety kupowały po dziesięć bochenków chleba. Niektóre odchodziły i wracały po kilka razy, bo coś im się przypominało. Nikt na nikogo się nie denerwował ani nie podnosił głosu. Wszyscy rozmawiali. To prawdopodobnie właśnie w sklepie, w roku 1986 albo 1987, stojąc na końcu kolejki, pojąłem, że ten świat jest oddzielny i samowystarczalny.
W ciepłe dni mężczyźni pili piwo. Siadali na dwóch ławkach przed wejściem i brali całą skrzynkę, a właściwie koszyk z powyginanego drutu, który mieścił chyba dwadzieścia pięć flaszek 0,33. Pamiętam dźwięk, jaki wydawało szkło dzwoniące o metal, lecz co do liczby nie dałbym uciąć sobie głowy. Może w tym druciaku było tylko dwadzieścia piw z browaru Grybów? Góral na etykietce miał kapelusz i garbaty nos. Siadałem czasem razem z nimi ze swoim piwem, trochę z boku, i słuchałem. Rozmawiali o swojej pracy, o swoich traktorach, przyczepach, o tym, co było, co jest, ale chyba nigdy o tym, co będzie. Nie snuli planów, ponieważ je znali. Miały nigdy się nie zmienić. Zawsze miały być traktory, zawsze grybowskie piwo i praca, która brała się nie wiadomo skąd, jak niebieska manna. Przychodziła gdzieś ze świata, zjawiała się, wypełniała okolicę jak powietrze i w gruncie rzeczy było jej tyle, że stawało się obojętne, czy zostanie wykonana czy nie. W tamtych czasach przypominała wieczność albo nieskończoność. 
Ubrania mieli szarogranatowe, na głowach czarne berety, na nogach gumowce. Traktory stały obok, popykiwały z kominów na wolnych obrotach i czekały. Tak, nie pamiętam rozmów o przyszłości. Wszędzie i zawsze teraźniejszość pomieszana pół na pół z przeszłością. Nikt nie miał samochodu, więc nikt nie wyjeżdżał. Kończyło się robotę i był albo dom, albo sklep, które też w jakiś sposób były miejscem pracy, ponieważ tak jak traktory, owce i przyczepy stanowiły wspólną własność ludu pracującego miast i wsi. 
Zdaje się, że ten kolektywizm w jakiś sposób mnie wtedy fascynował. Przypominał wiele rzeczy, ale nie był żadną z nich. To było coś jak wojsko, jak więzienie, jak obóz, ale jednocześnie czuło się w tym wszystkim coś na kształt dziecięcego braku obowiązków, coś w rodzaju szczenięcej swobody. Przeczucie podpowiadało mi, że oni tam tak naprawdę mogą robić dokładnie to, co chcą, i nic złego ich za to nie spotka. Taka szara, błotnista wersja raju. Czasami widziałem, jak śpią w środku dnia, ukryci w cieniu na skraju łąk, razem ze swymi traktorami. Czasami widziałem, jak o zmierzchu chyłkiem coś wynoszą. Czasami pytali, czy nie chcę tego czy tamtego.
W zimową noc widziane z przełęczy długie budynki stajen i owczarni przypominały statki zagubione na morzu. Szeregi małych okien świeciły żółtym blaskiem. Był w tym widoku jakiś przedwieczny spokój. Stawałem sobie i patrzyłem. Wiał zimny wiatr, a tam w środku pachniało sianem i zwierzęcym ciepłem. W domach pachniało gotowanymi ziemniakami, skwarkami i kapustą. Nikt się nigdzie nie wybierał, nie musiał wychodzić w zimną noc, bo nie miał dokąd ani po co. Wszystko było na miejscu. Jak na statku. Albo raczej na wyspie, oddzielonej od reszty świata bezmiarem ciemnych wód, w których przepadały wszystkie groźby i pokusy.
Początek muszę sobie wyobrażać. Robię to coraz częściej, chociażby z tego względu, że coraz dłużej oglądam koniec. Wyobrażam sobie jakieś legendarne czasy, jakieś stworzenie świata systemem gospodarczym albo Genesis w czynie społecznym: zielone zisy, sekretarzy w samodziałowych kapotach, traktory na żelaznych kołach, belki i deski wyszabrowane z wysiedlonych łemkowskich wsi, entuzjazm, obietnice, syf, spryt, lampy naftowe, błoto przez pięć miesięcy w roku, od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb – jakbym oglądał czarno-biały film na tle zielono-błękitnego górskiego krajobrazu. Wyklęty lud ziemi dostawał w końcu ziemię w posiadanie. Ech, chciałbym tam być. Może niekoniecznie jako właśnie lud, ale po prostu jako cień lub duch patrzeć i słuchać, co mówią, podsłuchiwać, co myślą, czy naprawdę wierzą w dobrą nowinę, która wyzwoli ich z lęku przed tym, co ma nadejść, ze strachu przed mrokiem wolności, z obawy przed paroksyzmem wyboru.
Czasami rozmawiam z tym lub tamtym o przeszłości. Nie muszę właściwie o nic pytać, bo przeszłość sama się zjawia w ich słowach. Nawet gdy mówią o tym, co jest, mówią o przeszłości, ponieważ wiedzą, że ich czas już się skończył. A w każdym razie przestał płynąć w ten dawny, niezauważalny sposób.
Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Nie pamiętam pierwszych znaków. Nie wiem, czy najpierw zniknęły zwierzęta czy traktory. Ale pamiętam ten nagły i dziwny ruch w całej okolicy. Ludzie przekazywali sobie z ust do ust wieści, że to tu, to tam można dostać tanio różne rzeczy. Na pol-nych, leśnych drogach spotykało się dziwne kawalkady nadpsutych, zdezelowanych, pordzewiałych maszyn. Na przyczepach jechały jakieś rozmontowane konstrukcje, fragmenty większych całości, jakieś znękane mechanizmy, żelastwo pamiętające lepsze czasy. Jednocześnie we wsiach, w obejściach, na podwórkach przybywało rzeczy, pojazdów ze złomu, przechodzonych ciężarówek, gdzieś kiedyś widziałem samochodowy dźwig. Wspólne i niczyje na starość odnajdywało swoich panów. Niektórzy z nich potrafili tchnąć nowe życie w dogorywające mechanizmy. Klepali, rozkręcali, smarowali, dorabiali, zmuszali do posłuchu i wysiłku w nowym, sprywatyzowanym świecie.
Tymczasem tutaj rządził zanik, odpływ, powolny rozpad, coś w rodzaju spokojnego samounicestwienia. Robiło się coraz puściej i coraz ciszej, chociaż ludzi wcale nie ubyło. Po prostu nie mieli dokąd pójść, więc pozostawali na swoich miejscach, w swoich domach, wpatrzeni w okna i w ekrany telewizorów. Za oknami nic się nie zmieniało, natomiast na ekranach ukazywały się rzeczy, których istnienia nawet nie podejrzewali. Świat pękł w jakimś miejscu i wirtualne pomieszało się z rzeczywistym. To było trochę tak, jakby ciemność zmieszała się ze światłem i zaczął się nieustanny zmierzch, a ludzie utracili wyrazistość, kontury ich ciał przepadły i snuli się jak cienie.
Ale gdy już raz się jest na tym świecie, zniknięcie nie przychodzi tak od razu. Pamiętam, jak któregoś dnia zobaczyłem kilku facetów wysiadających z autobusu. Była jesień, listopad, wczesny zmierzch, a oni mieli jeszcze dwa kilometry do domu. Droga wiodła wśród szarych pól, w burym powietrzu snuła się siwa mgła, a oni szli, omijając błotniste kałuże. Byli kolorowi jak rajskie ptaki, jak papugi, jak koguty. Żółć i czerwień, błękit i seledyn, połysk czarnych plastikowych skór i blask żółtych blaszek i łańcuszków przy noskach i obcasach spiczastych butów. New York University, Chicago Bulls, Paris..., London... W uszach kolczyki, spray i żel. Byli jak zjawa wyrazistości w tym zanikającym świecie, jak fatamorgana MTV w grząskim pejzażu listopada, jak postmodernistyczny fantom zbłąkany w krainę wiecznych Zaduszek.
Nic tu nie dotarło, poza śmieciem i fikcją, poza resztkami zużytych ubrań i strzępami elektronicznych obrazów, które po drodze utraciły cały sens, jeśli w ogóle go kiedykolwiek posiadały. To się snuje w powietrzu jak środek do zwalczania czasu, wisi jak DDT, jak pestycyd uśmiercający minuty, godziny, dni i lata, jak narkoza, która w końcu zatrze granicę między życiem a śmiercią. Tego na świecie jest pod dostatkiem: obrazów, które mają wypełnić czas, i starych ubrań, podobnych do tych oglądanych w telewizorze.
Od tygodnia pada zimny deszcz. Czasami wyjeżdżam na przełęcz i patrzę, jak szary pejzaż próbuje uporać się z szarymi domami. Wydaje się, że z roku na rok idzie mu to coraz lepiej. Lśniąca wstążka szosy urywa się przy budynku z czerwonej cegły. Dalej nie ma już nic, tylko pustka dziczejących łąk. No tak, zapomniałem o tej szosie — to jest dość nowa rzecz. Wybudowano ją dwa albo trzy lata temu. Być może jako ostatni znak, że czas najwyższy stąd uciekać, że wkrótce pejzaż zsunie się po pochyłości wzgórz i wejdzie między domy, osty i trawy rozsadzą fundamenty, w kuchniach i pokojach wyrosną drzewa, które przebiją dach i pięćdziesięcioletnia historia dobiegnie końca. Nikt się nie będzie bronił, nikt nie będzie miał sił ani ochoty, ponieważ to wszystko — tak jak pięćdziesiąt lat temu — jest niczyje.
Czasami zaglądam do sklepu, w którym piętnaście lat temu stałem długie godziny w kolejce. Teraz jest tu pusto. Nikt na nic nie czeka z wyjątkiem sprzedawcy, który wygląda klientów. Zamiast tłoczących się ludzi stoją towary na półkach. Rozmaitość jest tak wielka, że po latach nie będę w stanie przypomnieć sobie nawet niewielkiej ich części. Sprzedawca wygląda na drogę przez zakratowane okno. Czasami przychodzi dziecko z kartką. Sprzedawca kładzie na ladzie parę rzeczy i zapisuje w zeszycie dług. Jest pusto i cicho. Z kominów snuje się niebieski dym. Nikt nie wychodzi, ponieważ pada deszcz, ponieważ nie ma dokąd pójść, ponieważ nie ma żadnych spraw, ponieważ nikomu nie są już potrzebni, ponieważ nikt nie powiedział, co powinni, ponieważ nikt niczego od nich nie chce, ponieważ nikt nie zjawia się, jak niegdyś, by powiedzieć, co zrobić z nadchodzącym dniem, ponieważ życie, pozbawione raptem formy, odzyskało swój najpierwotniejszy kształt i teraz trzeba je tylko spędzić.
Z kominów snuje się niebieski dym, stara utopia zdycha, ale tutaj ma wyjątkowo długą i męczącą śmierć. Weszła w materię, w ściany domów, w cegłę i drewno, w krew i sen, i teraz rozkłada się i zatruwa rzeczywistość, i dopiero gdy ją rozłoży, przetrawi, przeżre niczym kwas, umrze razem z nią. Zostanie goła ziemia i będzie tak, jak przed pięćdziesięciu laty — pusty skrawek na skraju świata, gdzie zamiast równości będzie wolność. Prawdopodobnie do ostatniego tchu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl