Serbskie spory o historię najnowszą i jej skutki


Pamiętać, ale jak?

Wojciech Stanisławski z Belgradu



W Serbii politycy przestają się interesować przeszłością: w niedawnej kampanii prezydenckiej nikt prócz radykalnych nacjonalistów nie odwoływał się do dziejów ostatniej dekady. Historia najnowsza i doszukiwanie się sprawiedliwości stają się za to przedmiotem coraz ciekawszych polemik między ludźmi, którzy niedawno jeszcze razem walczyli o demokrację i zgadzają się, że w latach 90. Serbowie popełniali liczne zbrodnie.


Na pierwszy rzut oka polemiki te zdają się częścią szerszego zjawiska: obserwowanego od kilku lat w naszej części Europy „odmrożenia pamięci”. Nie jest to jedak analogia do końca prawdziwa. Tylko najbardziej niezależnie myślące jednostki w Belgradzie dojrzały, aby rozważać zbrodnie lub międzypaństwowe spory minionego półwiecza, jak dzieje się to w Czechach czy Polsce. Póki co silniejszym bodźcem dla serbskich dyskusji są wydarzenia ostatnich lat – i haski proces Miloševicia. Analogię z debatami w Europie Środkowej dostrzec można natomiast w czymś innym: w coraz ostrzejszym podziale na „moralizatorów” i „real-polityków”; na tych, którzy mają ambicje „wychowywania społeczeństwa” i tych, którzy chcą ukazać mu prawdziwy obraz przeszłości bez popadania w samooskarżenia. Oczywiście zostaje jeszcze trzecia i najliczniejsza strona: wszyscy niechętni kwestionowaniu niedawnej przeszłości. Nie trzeba dodawać, że konflikty „moralistów” i „realistów” umacniają ich pozycje. 
Tendencje te widać było szczególnie podczas dwóch niedawnych wydarzeń: objazdowej wystawy zdjęć amerykańskiego fotoreportera Rona Haviva i toczącej się już trzeci miesiąc na łamach tygodnika „Vreme” polemiki, dla której punktem wyjścia był sposób relacjonowania procesu Miloševicia. Oba przerodziły się w spór, jak przekazywać społeczeństwu prawdę o wydarzeniach (i zbrodniach) ostatnich 12 lat. 

Krew, miód i gaz łzawiący

Z wystawą rzecz jest bardziej jednoznaczna: Haviv, współpracownik m.in. „Newsweeka”, w pierwszej połowie lat 90. starał się dokumentować wojny i zbrodnie w Chorwacji, Sławonii i Bośni. Opublikowany pod koniec lat 90. album „Krew i miód” zrobił – jeśli można tak to ująć – furorę [http://www.photoarts.com/haviv/bloodandhoney/], a zdjęcie przedstawiające wynędzniałych jeńców za drutami obozu koncentracyjnego w Trnopolju obiegło świat. 
Latem tego roku wystawa Haviva na zaproszenie jednej z fundacji dotarła do Serbii – i stało się to, co nietrudno było przewidzieć. W Nowym Sadzie, Czaczku, Kragujevcu, Użicach krótko ostrzyżona i „patriotyczna” młodzież – przy biernej postawie policji i nierzadko przychylnej widzów – protestowała przeciw „antyserbskiej prowokacji”. Możliwe, że protestów nikt nie inspirował, a źródłem powtarzalności obelg, zakładania t-shirtów z portretem Karadżicia [ściganego dziś lidera Serbów w Bośni – red.], skandowania „Tu jest Serbia!” czy wrzucania na wystawę petard z gazem łzawiącym może być po prostu ubóstwo wyobraźni. 
Sprawa wydaje się jednoznaczna – i takich też, jednoznacznych, doczekała się komentarzy. Nie sposób bronić osiłka, policzkującego organizatorkę za jakoby „znieważanie chwały serbskiego oręża”; pomijając już, że na zdjęciach żadnej chwały dostrzec nie sposób. Być może jednak tu pies jest pogrzebany? Haviv dokumentował niemal wyłącznie poczynania (nierzadko zbrodnie) Serbów. Tylko żołnierze serbscy paradują w papachach, tylko oni triumfalnie pociągają rakiję na ulicy zdobytego miasteczka – choć wiadomo, że armia chorwacka abstynencji nie ślubowała. 
Zdjęcia są prawdziwe, co nie wyklucza faktu, że dobrane zostały w sposób mało korzystny dla Serbów. Warto pamiętać o tym kontekście: agresję osiłków i obojętność na nią „serbskiej ulicy” wywołuje nawet nie poruszanie kwestii zbrodni, co uznawania, a prori Serbów za jedynych winowajców. To, naturalnie, przerysowany obraz – ale nie da się podjąć rozmowy o przeszłości bez uwzględnienia tego czułego miejsca w serbskiej świadomości. 

„Wojna o pamięć” 

O tym, jakie rozmiary ono zajmuje, przekonuje jednak dopiero dyskusja na łamach „Vreme”, rozpoczęta w sierpniu i nadal daleka od zakończenia, której protagonistami stali się z jednej strony aktywiści belgradzkiego Komitetu Helsińskiego, z drugiej – redakcja tygodnika i dziennikarze rozgłośni radiowo-telewizyjnej B-92. 
O randze tej dyskusji świadczy nie tylko temat i intensywność, ale osoby protagonistów: większość to ludzie-legendy. Legendarne jest prowadzone przez Verana Maticia i Saszę Mirkovicia radio B-92 – najbardziej wpływowy, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, opozycyjny środek przekazu II połowy lat 90., wówczas zamykany i zagłuszany, a dziś rozrastający się o profesjonalną informacyjną witrynę internetową, wydawnictwo książkowe i lokalną TV. Opozycyjny rodowód ma też tygodnik „Vreme” Dragoljuba Żarkovicia. 
Ale także ich polemiści szczycą się świetnymi nazwiskami: Komitet Helsiński odgrywa do dziś w Jugosławii rolę o wiele istotniejszą niż jego odpowiedniki w szczęśliwszych krajach Europy Środkowej. Jego przewodnicząca Sonja Biserko to jedna z najbardziej zasłużonych weteranek serbskiej opozycji, a liczne wydawnictwa Komitetu należą do najuważniej czytywanych w Belgradzie tytułów. Obie strony sporu to zatem, użyjmy tego słowa, bohaterowie. Co się stało, że wybuchła między nimi „wojna o pamięć”? 
Streszczanie debat prasowych to niewdzięczne zadanie; tym bardziej dotyczy to sporu o „denazyfikację Serbii” lub „dehelsinkizację Biserko”, co proponują sobie nawzajem strony, nie przebierając w epitetach. Trudność stanowi nie tylko objętość debaty (każdy numer tygodnika przynosi kilkanaście listów do redakcji i tekstów; jedna z pierwszych i jeszcze niewinnych złośliwości polemicznych dotyczyła wizji „Vreme” w roku 2084, kiedy to zdaniem humorysty Dejana Nikolicia będzie się on składać wyłącznie z polemik, oświadczeń i kontr-oświadczeń), lecz również jej temperatura i wielowątkowość. 
Tej pierwszej można pozazdrościć: w sporze biorą udział świetne pióra i choć sami autorzy, prywatnie często (do wybuchu sporu) zaprzyjaźnieni wyrażali ubolewanie, że „ulica” nadstawia uszu na kłótnie „w rodzinie”, to w imieniu tejże ulicy można tylko wyrazić uznanie. W imieniu „ulicy” polskiej również: po polskich politycznych fechtunkach na kłonice, belgradzkie złośliwości wydają się zapisem podwieczorka u markizy de Merteuil. 
Gorzej z wielowątkowością: początkowy casus belli – skrytykowanie przez Sonję Biserko trybu relacjonowania przez „Vreme” i B-92 procesu Miloševicia w sposób jakoby „zbyt neutralny”, a więc przychylny oskarżonemu – został porzucony na rzecz debaty o koncepcji „serbskiej winy zbiorowej”, a z czasem – dociekań o motywacji „ludzi Komitetu” i „ludzi mediów”. Swój atak Biserko i Luković podjęli na łamach chorwackiego tygodnika „Feral Tribune”: skrytykowany przez nich „obiektywizm” mediów prowadzić ma do tego, że stosunek nowych serbskich elit do zbrodni Miloševicia pozostaje równie przychylny, jak w przypadku jego pretorian, tyle że dziś ich wybielanie dokonuje się w bardziej subtelny sposób: przez „de-etnizację” ofiar wojen, czyli jakoby zacieranie faktu, że w ich wyniku mamy do czynienia z chorwackimi i bośniackimi ofiarami serbskich zbrodni. 
Zaatakowani dziennikarze zaczęli się bronić: w imieniu „Vreme” zrobił to naczelny Dragoljub Żarković, per analogiam do „de-etnizacji” tworząc kolejny dziwoląg: „dehelsinkizację”, której proponował poddać Komitet. Jego zdaniem „każda próba obwiniania całego narodu za zbrodnie jest w swej istocie rasistowska, jeśli nie totalitarna”, a takiej operacji dokonuje Komitet Helsiński. W obronie Biserko wystąpiła jej współpracowniczka z Komitetu Natasza Kandić, a także (mniej zasłużona dla walki o demokrację, lecz nadrabiająca to skłonnością do prowokacji obyczajowych) Svetlana Slapsztak, pierwsza dama postjugosłowiańskiego feminizmu. Zaczęło się robić groźnie: po „helsińskiej” stronie barykady znalazły się – prócz Srdjana Popovicia, kiedyś współzałożyciela „Vreme”, a dziś („wojny o pamięć” zmieniają bieg okopów) sekundującego Biserko – jedynie damy i wokół ich oponentów zaczął się unosić zapaszek machismo; zabójcza broń w polemice oświeconych, tym bardziej na Bałkanach, gdzie zarzut ten częściej jest zasadny niż pod innymi szerokościami geograficznymi. 
Ale meritum sporu dotyczyło nie kobiet, lecz koncepcji rozliczania przeszłości i motywów, jakimi kierują się jej zwolennicy.

Gdzie są winowajcy? 

Spór o „zakres winy” jest dla przyszłej Serbii tym ważniejszy, że obie strony są zgodne co do meritum: serbscy politycy, wojskowi, policjanci itd. dopuszczali się przestępstw. Niezależnie od dochodzenia sprawiedliwości na drodze prawnej (tu też strony są zgodne), zadaniem dla elit jest uświadomienie społeczeństwu – przez ponad dekadę poddawanemu propagandzie – zasięgu i wagi tych zbrodni. Jak to jednak robić: jak prezentować bałkańską krwawą dekadę? Czy rzeczywiście, jak chce Popović, „Serbia kipi od nieukaranych winowajców”? 
„Co to znaczy – polemizuje felietonista „Vreme” Stojan Cerović – Serbia kipiąca od winowajców? Jak reagować na takie oskarżenie? Czy wszyscy, na których patrzymy na ulicy, to kryminaliści? Może oszczędzimy choć najmłodszych i najstarszych? Oczywiście, że nasze państwo powinno ich ścigać. Oczywiście, że powinniśmy rozmawiać o tym, jak to było możliwe, że w którymś momencie Milošević otrzymał niemal jednomyślne poparcie. Czy jednak musimy to robić w ten sposób?”. 
Warto wrócić tu do wystawy Haviva: kluczem do intensywności sporów o przeszłość wydaje się fakt, że ogromna większość Serbów czuje się „zdemonizowana” przez światową opinię publiczną. Niewiele spotkałem w Belgradzie osób, które negowałyby, że w Bośni i Chorwacji strona serbska dopuściła się zbrodni; niemal równie niewielu wśród nich nie czuło się co najmniej rozgoryczonymi, że „świat wie tylko o Karadżiciu i Srebrenicy”. Naturalnie postawa taka ma dziesiątki odcieni: od sporów, kogo uznać za inicjatora konfliktu, przez przywoływanie „białych plam” na koncie armii bośniackiej i chorwackiej, aż po pragnienie przypomnienia jedynie, że i takie działania się zdarzyły. 
Tym bardziej warto pamiętać, że choć globalizacja nie dokonała się jeszcze na płaszczyźnie politycznej, jest ona faktem, gdy mowa o środkach przekazu. To, jak postrzegani jesteśmy przez „świat” (który z tym rzeczywistym najczęściej wspólną ma jedynie wypukłą kulistość soczewki kamery) i jak zostaniemy przezeń zapamiętani, ma dla współczesnych coraz większe znaczenie. A Serbowie obawiają się, że świat pamięta ich jako naród zbrodniarzy. To wynikająca z obolałości przesada, lecz czytelników, którzy wątpiliby, czy coś jest na rzeczy, zachęcam, by spróbowali sobie przypomnieć, ile procesów toczy się dziś przed Trybunałem ds. zbrodni w b. Jugosławii? Otóż na wokandzie widnieją nazwiska kilkunastu oskarżonych, w tym Bośniaków i Chorwatów; większość z nas pamięta jednak tylko Miloševicia. 

Pułapki dawnych ról

„Ludzie Helsinek” nie mają wątpliwości, co robić: „Priorytetem nowych władz – i nas wszystkich – powinno być przyjęcie odpowiedzialności za przestępstwa, jakich dopuścił się poprzedni reżim” – twierdzi Natasza Kandić. Od takiego przekonania niedaleko do oskarżenia mediów o „diabelskie przymierze” (Kandić) ze zwolennikami Miloševicia czy stwierdzenia, że są one „równie totalitarne jak nacjonalizm, który uruchomił całą wojnę” (Biserko). 
Niewątpliwie, zacietrzewienie zaprowadziło „ludzi Helsinek” za daleko. A jednocześnie można ich zrozumieć: raz przyjąwszy jako zasadę absolutną bezkompromisowość, trudno z niej zrezygnować. Ten mechanizm trafnie opisał Cerović, charakteryzując postawy dawnych przyjaciół z opozycji demokratycznej: „Wszyscy ci, którzy czują się odrzuceni przez społeczeństwo, są tym bardziej przekonani, że to oni mają rację, że trafiają w sedno, że dotknęli tego, co najistotniejsze i że muszą w tym wytrwać. (...) Nigdy nie znuży ich powtarzanie, że uznanie winy i odpowiedzialności zbiorowej za zbrodnie wojenne jest najważniejszym zadaniem, którego trzeba dokonać, by Serbia mogła wrócić do świata”.
Cerović sformułował swą opinię w sposób wolny od demaskatorskiego triumfalizmu. I rzeczywiście, można mówić (ze współczuciem) o skutkach ubocznych zagrożeń, jakim przez lata poddani byli działacze serbskiej opozycji. Czy zresztą ta subtelna pokusa psychologiczna zagraża tylko mieszkańcom Belgradu? W Europie Środkowej jest więcej osób publicznych, które znalazłszy się – w konkretnej sytuacji i za sprawą swej niewątpliwej prawości – w roli „sumienia narodu”, nie potrafią się z nią rozstać, przekonani, że została im przypisana trwale. 
Trudno o postawę, która skuteczniej wyzwalałaby irytację. Belgrad skłócony jest dziś niczym Warszawa przed 10 laty, a najostrzejsze (nieraz też najbardziej trafne) złośliwości w polemice na łamach „Vreme” dotyczą „samozwańczego obsadzania się w roli Autorytetów Etycznych” (Velimir Ćurgus). Znaczna część środowiska wokół Komitetu nie kryje poczucia wyższości moralnej. Konsekwencją tego musi być jednak (by sięgnąć po niemodne słowo) alienacja, a reszta jest już kwestią samospełniającej się prognozy: „Ktoś, kto wkroczy na szlak oskarżania przy każdej okazji społeczeństwa-jako-całości, (...) doczekać się może jedynie potwierdzenia przyjętych na wstępie założeń: Serbia (serbskie elity?) odmawiają przyjęcia odpowiedzialności. (...) To, że Serbia nie akceptuje ich i nie rozumie, uznają za jeszcze jeden dowód patologii społecznej” – pisze Cerović. 

Gdzie dwóch się bije...

Podział w środowisku serbskich elit wywodzących się z opozycji demokratycznej prowokuje, by sięgnąć po szkic Maxa Webera, traktujący o odpowiedzialności polityka – szerzej: osoby publicznej – która różni się od odpowiedzialności moralisty, a przecież istnieje i da się zdefiniować. O podejściu, które – dalekie od luksusu absolutyzowania – uwzględnia możliwy zakres działania i ustępstw. 
Spór między B-92 a Komitetem Helsińskim można postrzegać jako spór tych dwóch rodzajów odpowiedzialności. Nie będzie między nimi zgody: ludzie B-92 nadal będą starali się jak najuczciwiej informować i przypominać o „bałkańskiej dekadzie”, będąc zarazem świadomi serbskich urazów i starając się znaleźć równowagę między „wybielaniem” a „oczernianiem”. Niezmordowana Sonja Biserko i jej środowisko będą zaś nadal, uznając się za „głos sumienia”, przypominać o zbrodniach, przyjmując rolę kamienia, na który trafia kosa. 
Obie postawy mają swą wartość społeczną. Lepiej by jednak było, gdyby rozdzielono je w sposób świadomy. „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta” – chciałoby się przypomnieć Kandić, Biserko i innym uczestnikom „wojen o pamięć”: w wyborach prezydenckich w Serbii radykalny nacjonalista šešzelj, któremu ani w głowie rozważanie „serbskich win”, uzyskał aż 22 procent głosów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl