W Polsce jest coraz więcej „dzieci ulicy”: z rodzin biednych i niewydolnych
społecznie; tych, które wypadły z „systemu”. Czy muszą zostać w „gettach”,
czy muszą powielać schemat, w jakim żyją ich rodzice?
Ogniska „Dziadka” Lisieckiego
Tomasz Potkaj
Są w Warszawie ulice, od dawna mające złą sławę. Ulice, w które lepiej nie zapuszczać się po zmierzchu: Wileńska, Stalowa, Środkowa, serce starej Pragi, nazywane Trójkątem Bermudzkim. Stare, zniszczone kamienice, ciemne bramy, jeszcze ciemniejsze podwórka.
Dom przy Środkowej ma sto lat. Jest drewniany, a że na starej Pradze od dawna nie ma drewnianych domów, łatwo tu trafić. Tutaj mieści się ognisko wychowawcze Towarzystwa Przyjaciół Dzieci im. Kazimierza Lisieckiego „Dziadka”. Najstarsze z dziewięciu istniejących w Warszawie. Do tego domu codziennie na kilka godzin przychodzi sześćdziesięcioro dzieci: odrabiają lekcje, zjedzą ciepłą kolację, potem wracają do domu. A te, które z różnych przyczyn wracać do rodziców nie powinny, mogą przenocować w hoteliku na poddaszu. W ognisku pracuje czterech wychowawców, wśród nich psycholog i animator uliczny (patrz rozmowa obok). Za opiekę nad dziećmi rodzice powinni płacić 200 zł miesięcznie. Ale płaci niewielu.
Pierwsze takie ogniska powstały w latach 20., do 1939 r. było ich pięć. Ich twórca, Kazimierz Lisiecki, zwany „Dziadkiem” (1902-76) tworzył je z myślą o dzieciach z rodzin biednych, społecznie niewydolnych. Od 15 lat istnieje Krajowy Komitet Wychowania Resocjalizującego im. K. Lisieckiego, który w całej Polsce uruchomił dotąd dwieście środowiskowych ognisk wychowawczych. W plebiscycie na „Warszawiaka Stulecia”, ogłoszonym przez stołeczną „Gazetę Wyborczą” i Warszawski Ośrodek Telewizyjny w 2000 r., Kazimierz Lisiecki zajął piąte miejsce.
|