Rozmowy z diabłem





23 października świętowaliśmy 75. urodziny Leszka Kołakowskiego (por. „TP” nr 44). Podczas spotkania w krakowskiej restauracji „Soplicowo” o filozoficznych sporach z szatanem, jakie od lat wiedzie autor „Czy diabeł może być zbawiony”, ale też o dzisiejszej kondycji złego ducha rozmawiali filozof – prof. Barbara Skarga, duszpasterz – Jan Andrzej Kłoczowski OP oraz pisarze – Michał Komar i Czesław Miłosz. Punktem wyjścia dyskusji było „Wielkie kazanie księdza Bernarda”, przewrotny diabelski monolog, jedna z „Rozmów z diabłem” Kołakowskiego.





Równanie

Czesław Miłosz


Zebraliśmy się tutaj zmartwieni zagrożeniem społecznej pozycji Diabła. Jego status nie jest dzisiaj dobry, mimo zakończonego niedawno wieku XX, którego wydarzenia wydawały się świadczyć o diabelskiej potędze. Ktoś powiedział w tamtym właśnie stuleciu: „Trudno wierzyć w Boga, ale jeszcze trudniej nie wierzyć w Diabła”. A przecież jesteśmy świadkami obniżenia jego statusu i wielki temat literatury, m.in. pism Leszka Kołakowskiego, zdaje się zanikać.
Na ogół, kiedy myślimy o Diable, mówimy o jego złej woli i poruszamy się w sferze ludzkiej albo diablej wolności. Tymczasem jego istnienie wydaje się być zagrożone przez coś innego – przez prawa tego świata, matematyczną konieczność. Kiedy myślimy o takich zdarzeniach, jak Oświęcim czy Kołyma, jesteśmy skłonni dostrzegać w nich demoniczną wolę dyktatorów i tyranów. Dzisiaj jednak ukazują się oni jako nędzne istoty, zdeterminowane przez rozmaite czynniki rozwoju historii i społeczeństw. Nawet ich wola, zdawałoby się wszechmocna, była ograniczona w czynieniu zła; nie mówiąc już o całej biurokratycznej machinie, o rzeszy rozmaitych Eichmannów, którzy tylko wykonywali rozkazy.
Pozycja diabła w Biblii jest zawsze podrzędna: jest to wicedyrektor Hotelu Eden, jak u Kołakowskiego, albo oskarżyciel z urzędu, jak w „Księdze Hioba” – czyli osobnik poddany wyższej woli. Ale współczesność zdaje się odmawiać mu nawet tej roli. Pomyślmy, co się stało w XIX wieku. Dla „człowieka z podziemia” Dostojewskiego zło świata to „dwa razy dwa równa się cztery”. Także Wielki Inkwizytor widzi matematyczną konieczność, determinizm świata i woli pogodzić się z nim, niż zawierzyć Chrystusowi, wobec tych praw bezsilnemu, który nie chciał wszak zmienić kamieni w chleb.
W XX wieku nastąpiło coś dziwnego, mianowicie uświadomienie sobie niesłychanej problematyczności granicy, która ma oddzielać człowieka od reszty istot żywych. Jest to wielkie teologiczne zagadnienie, dlatego że dotychczas człowiek tylko był tym, któremu dano panowanie nad światem, był obdarzony duszą nieśmiertelną, natomiast reszta stworzenia była mu poddana. Dzisiaj ta granica jest zatarta i myślimy w kategoriach determinizmu, obowiązującego wszelkie istoty żywe, zarówno cały świat przyrody, jak i człowieka.
Myślę, że jeżeli Diabeł jest tak potężny, jak pisze Leszek Kołakowski, tutaj pojawia się coś naprawdę diabelskiego: w naszej świadomości, w naszym traktowaniu świata czynnik woli, tak ważny dla koncepcji grzechu pierworodnego – został zredukowany.
Oczywiście przyznaję się, że w tym co mówię, jestem pod wpływem niektórych pisarzy, jak Lew Szestow, który uważał, że cała filozofia robi dobrą minę do złej gry i zaleca poddanie się konieczności, przeciwko której nic nie da rady, bo przeciwko „dwa razy dwa równa się cztery” nie można się buntować. Ale dla Szestowa Bóg był ponad i nie obowiązywało Go to ograniczenie. Jestem też pod wpływem Simone Weil, dla której wszystko w życiu człowieka i przyrody było poddane determinizmowi, a wyjątek stanowiło drobne ziarno gorczyczne łaski, pozwalające wydobyć się z tej konieczności. Dla Weil Oświęcim byłby wynikiem praw tego świata, a nie kaprysem Boga albo Diabła.
Jest mi przykro, że nie mogę bronić dawnego manicheizmu w czystej formie, gdzie były dwa bieguny: Boga i Diabła. Powodem jest właśnie matematyczna konieczność, która sprawia, że jesteśmy świadkami nieskończonego cierpienia natury żywej, będącej natura devorans et devorata. To wszystko chyba można nazwać dziedziną Diabła, który, jak twierdził Luter, jest Księciem Tego Świata. Obawiam się przecież, że w potwornościach natury i historii nie umiem już dostrzec działania siły osobowej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl