Przed szczytem NATO w Pradze


Odważ się myśleć, polski strategu!

Roman Kuźniar



Główną słabością polskiego uczestnictwa w NATO jest nie tyle trudność w osiągnięciu tzw. zdolności wojskowych, ile brak samodzielnego myślenia i dzielenia się jego rezultatami z sojusznikami. Zamiast dyskusji i analizy wolimy błyskawicznie popierać stanowisko, które zajmuje mocarstwo przewodzące Sojuszowi. 


Zbliża się szczyt NATO w Pradze, pierwszy w historii w kraju dawnego Układu Warszawskiego. Do Sojuszu zostanie zapewne zaproszonych siedem państw – to rekord, jeśli chodzi o jego jednorazowe rozszerzenie. Delegaci odniosą się też do nowych zagrożeń, w tym do międzynarodowego terroryzmu. Sojusz staje się globalny, co podnosi jego rangę i wymusza nową jakość jego myśli strategicznej, bo dotychczasowe problemy strategii NATO w obronie były nieporównanie prostsze (co nie znaczy łatwe).
Od końca lat 90. sojusz i jego członkowie weszli w nową fazę rozwoju, którą charakteryzują przede wszystkim różnorakie wyzwania i zagrożenia spoza obszaru traktatowego NATO. Radykalnemu rozszerzeniu uległo definiowanie bezpieczeństwa, które wybiega dziś daleko poza zagrożenia militarne i sięga aż po ochronę praw człowieka czy ubóstwo. Formułowanie ogólnej strategii bezpieczeństwa, opracowywanie koncepcji czy myślenie strategiczne w odniesieniu do spraw bardziej skomplikowanych jest trudniejsze niż w czasach zimnej wojny. Przypadki związane z artykułem 5. (agresja zewnętrzna) były w sensie strategicznym o wiele prostsze, wręcz czarno-białe: jeśli atak, to obrona („jeden za wszystkich, wszyscy...”).
Dziś każda sytuacja, której dotyczy koncepcja strategiczna NATO, łączy się z trudnymi dylematami politycznymi, prawnymi, operacyjnymi, nie wspominając o moralnych. Spójrzmy tylko na kilka przykładów.
Począwszy od bombardowania Jugosławii w związku z konfliktem w Kosowie, Sojusz włączył w swój mandat interwencję humanitarną. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że interwencja z 1999 r. była pierwszą i zarazem ostatnią interwencją humanitarną NATO ze względu na cały szereg wątpliwości, jakie wzbudziła. Zainicjowana wtedy debata nie przyniosła jednoznacznych odpowiedzi na podstawowe pytania: kto, kiedy, z czyjego upoważnienia i w jaki sposób ma prawo podejmować takie działania.
Kolejny problem: operacje spoza art. 5 (i 6), czyli poza obszarem traktatowym NATO. Tu właśnie pojawia się idea „globalnego Sojuszu”, a wraz z nią kolejna seria pytań bez jednoznacznej odpowiedzi. Czy każdy członek NATO ma globalne interesy bezpieczeństwa? Może tylko niektórzy sygnatariusze Paktu? Czy Sojusz, podejmując zadania globalne, zamierza zneutralizować albo wręcz zastąpić system Narodów Zjednoczonych? Na szczycie w Pradze ma powołać siły szybkiego reagowania. Jasne, że NATO powinno dysponować takimi oddziałami. Ale jak powinna zapadać decyzja o ich użyciu? Jak te siły powinny być zbudowane? Jeśli składające się na nie wyspecjalizowane jednostki zachowają charakter narodowy, to może się zdarzyć, że sprzeciw jednego państwa (vide stosunek Niemiec do interwencji w Iraku) zablokuje całą operację. W dyskusji o siłach szybkiego reagowania pojawia się czasem porównanie do budowli z klocków lego – ale mało kto zastanawia się nad sytuacją, gdy jakiś kraj nie zechce dołożyć klocka. Może zatem oddziały te powinny stanowić „Legię Cudzoziemską” NATO, bo wtedy ich użycie nie byłoby w takim stopniu uzależnione od zaangażowania jego członków?
Wątpliwości budzi też NMD, amerykański system antyrakietowy. Projekt ten jest przejawem dążenia USA do zapewnienia sobie bezpieczeństwa absolutnego, ale także sygnałem odejścia od zasady równowagi, która przez stulecia uchodziła za fundament stabilności międzynarodowej. Dlatego też budowa systemu będzie mieć konsekwencje dla państw Sojuszu. Niektórzy uważają nawet, że pragnienie absolutnego bezpieczeństwa jest szkodliwą iluzją, ponieważ będzie m.in. stymulować rozwój zagrożeń asymetrycznych, do których należy przede wszystkim terroryzm („broń słabych”). 
Wciąż nie wiadomo, jak wobec ewolucji Sojuszu powinna wyglądać europejska polityka bezpieczeństwa i obrony – ESDP. Czy warto w nią inwestować kapitał polityczny i militarny, czy może lepiej oprzeć się wyłącznie na NATO? Jaką odpowiedź na te pytania powinna udzielić Polska jako członek Sojuszu i przyszły członek Unii? 
Polityka bezpieczeństwa Sojuszu, a przede wszystkim narodowe polityki bezpieczeństwa jego członków stają się coraz bardziej złożonymi i wymagającymi wyzwaniami. Nie tylko pod względem zdolności wojskowych, ile przede wszystkim pod względem koncepcji, czyli myśli strategicznej, która ma te zdolności kreować i nimi się posługiwać. Musi być zarazem jasne, że to Sojusz służy interesom bezpieczeństwa krajów członkowskich, a nie odwrotnie. Tymczasem usłyszeć można czasem dziwny zwrot „bezpieczeństwo Sojuszu ” (o które mieliby dbać jego członkowie!).
Wobec tych nowych i trudnych problemów Polska musi być wiarygodnym członkiem NATO. Wiarygodność ta zależeć będzie w ogromnej mierze od stopnia naszej podmiotowości jako członka NATO, ta z kolei wymaga umiejętności i odwagi do wypowiadania własnego zdania – także wtedy, gdy będzie ono odmienne od stanowiska głównych mocarstw Sojuszu. To zaś wymaga solidnej podstawy merytorycznej: rzetelnej informacji, precyzyjnej analizy, pogłębionej oceny i prognozy. Tak przygotowana musi być polska klasa polityczna, zarówno rządząca, jak i działająca w opozycji, a opinia publiczna powinna być świadoma problemów i wyzwań, które stoją przed Sojuszem. Jednak warunkiem wyjściowym jest suwerenność myślenia – środowisk analitycznych i politycznych.
Tymczasem główną słabością naszego uczestnictwa w Sojuszu jest nie tyle trudność w osiągnięciu tzw. zdolności wojskowych, ile brak samodzielnego myślenia i dzielenia się jego rezultatami z sojusznikami. W środowiskach eksperckich i analitycznych nie widać nawet śladu dyskusji wokół natowskich dylematów. Mamy natomiast do czynienia z wyraźną tendencją do błyskawicznego przyłączania się do stanowiska zajmowanego przez mocarstwo przewodzące Sojuszowi. W sprawach tak ważnych i wzbudzających w innych krajach Sojuszu kontrowersje, jak NMD, globalne funkcje Sojuszu, wojna z Irakiem, trudno byłoby zauważyć wśród naszych analityków, strategów i komentatorów jakieś głębokie różnice zdań. Wolimy w pośpiechu przytakiwać oficjalnym oświadczeniom Waszyngtonu. Pod tym względem wyraźnie odstajemy od innych państw europejskich. A przecież rzecz nie w tym, aby różnić się czy kłócić się z Amerykanami, ale w tym, że jeśli ich popieramy, to powinniśmy tak czynić na podstawie naszej analizy, kalkulacji i po wewnętrznej dyskusji.
Ten brak odwagi i suwerenności w myśleniu dał się zauważyć w niepokojący sposób w dyskusji (a raczej jej braku) na temat ewentualnego uderzenia na Irak. Tylko w Polsce każdy chciał być Donaldem Rumsfeldem, Dickiem Cheneyem, Condoleezzą Rice czy Paulem Wolfowitzem, protagonistami jednostronnego (bez mandatu ONZ) rzekomo wyprzedzającego uderzenia. Żaden strateg, ekspert czy komentator nie chciał się wcielić w Jamesa Bakera, Richarda Holbrooka, Ala Gora, Brenta Scowcrofta, Zbigniewa Brzezińskiego, gen. Johna Shalikashvili i wielu innych, którzy ostrzegali przed jednostronną interwencją zbrojną. Podczas gdy gen. Wesley Clark roztacza czarny scenariusz po zwycięskiej interwencji w Iraku (ogromne straty ludzkie i chaos), nasi eksperci wojskowi piszą o tej wojnie jak o czymś tak oczywistym, jak manewry na poligonie w Drawsku albo w ogródku jordanowskim dla dorosłych. 
Podobnie rzecz się ma, gdy chodzi o nową strategię bezpieczeństwa USA, o której wybitny komentator William Pfaff napisał, że dotychczas tylko Związek Sowiecki w takim stopniu kontestował podstawy i zasady porządku międzynarodowego. U nas – bezpieczna cisza. Można jedynie zazdrościć Amerykanom poziomu i temperatury debaty oraz głębi występujących w niej różnic, które przecież wcale nie zagrażają polityce bezpieczeństwa USA. Nie inaczej jest we Francji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. 
Polski strategu i analityku, odważ się myśleć! Przypomnij sobie dewizę medalu, który król Stanisław August Poniatowski wręczył twórcy Collegium Nobilium Stanisławowi Konarskiemu – sapere auso! Tylko wtedy zasłużymy na szacunek naszych sojuszników (a jeszcze ważniejszy tu jest szacunek dla samego siebie). Im zależy, także Amerykanom, na wiarygodnych i zdolnych do samodzielnego myślenia partnerach. Procesy globalizacji i integracji wiążą się wprawdzie z ograniczaniem zakresu suwerenności państw, lecz w żadnej mierze – jak można by sądzić po polskim przykładzie – nie ograniczają suwerenności myślenia o podstawowych zagadnieniach bezpieczeństwa narodowego i międzynarodowego.
W lipcu b.r. Zbigniew Brzeziński – na marginesie uroczystości otwarcia katedry jego imienia w waszyngtońskim Center for Strategic and International Studies – powiedział: „Polska nie powinna się ograniczać do popierania we wszystkim Stanów Zjednoczonych. Powinna być poważnym i niezależnym państwem, które ma własną perspektywę geostrategiczną. Polska nie stoi przed wyborem: Europa czy Ameryka. Skądinąd Europa i Ameryka powinny być dla siebie partnerami, którzy powinni pozostawać ze sobą w stanie równowagi”.


Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl