W Polsce jest coraz więcej „dzieci ulicy”: z rodzin biednych i niewydolnych społecznie; tych, które wypadły z „systemu”. Czy muszą zostać w „gettach”, czy muszą powielać schemat, w jakim żyją ich rodzice?


„A ja będę jak tatuś”

Rafał Kruk



Są stałym elementem krajobrazu także na prowincji. Ale tutaj, w odróżnieniu od dużych miast, instytucje państwowe i społeczne częściej są bezradne: nie potrafią wyrwać dzieci z ich patologicznego środowiska. To nawet nie kwestia pieniędzy – choć te również są ważne – ale regulacji prawnych i otoczenia społecznego.


Myszków, 30-tysięczne miasto powiatowe koło Częstochowy, główna ulica Kościuszki. Grupka dzieci zaczepia przechodniów, prosi o pieniądze. „Nic dzisiaj nie jadłem” – malec w poplamionym czerwonym swetrze łapie za rękę wychodzącą ze sklepu, obładowaną zakupami kobietę. Dołączają się koledzy, też w zniszczonych ubraniach. Kobieta wyciąga bułkę. Ale dzieci odbiegają, rozczarowane. Kobieta z bułką przyspiesza za dziećmi. „Czego baba od nas chce? – dziwi się ten w swetrze, przypalając papierosa. – Na co nam, k..., bułka? Głupia krowa. Spadamy!”. Grupa siedmio-, może dziesięciolatków znika w głębi ulicy.
Następnego dnia parę przecznic dalej słychać znowu chłopca w czerwonym swetrze: „W mordę mu! Niech się gnój nogami zakryje!”. W kilkunastu biją rówieśnika. Może dla zabawy, w końcu jest taki, jak one, może dla pieniędzy. 
Zaniedbane, wychudzone – takimi widzi je aspirant Zbigniew Berski z myszkowskiej komendy. Żebrzą, czasem kradną, bywają agresywne wobec przechodniów. „Najlepiej zejść im z drogi – mówi Berski. – Taką radę dałbym”. Tak robi większość i trudno się temu dziwić: „Tym, którzy z dobrej woli chcą pomóc, nie zawsze wychodzi to na dobre. One chcą pieniędzy, jak ktoś daje chleb, dzieci potrafią go zwyzywać, wyrzucić jedzenie. Nie są głodne”. 
„Wedle statystyk dzieci wychowujących się na ulicy jest w Polsce 300 tysięcy – mówi (anonimowo) pracownica miejskiego ośrodka pomocy społecznej. – Mają rodziny, ale żyją na ulicy”. 
W Myszkowie dzieci ulicy pojawiły się na Kościuszki po decyzji rady miasta, kiedy radni postanowili zebrać w jednym miejscu eksmitowane rodziny. Wybrano dwie podupadłe kamienice w centrum i zameldowano w nich kilkanaście rodzin. Niektóre trafiły tu nie z własnej winy: bezrobocie, choroba. O innych w języku opieki społecznej mówi się: patologia. 
„Wśród kilkunastu rozpaczliwie potrzebujących pomocy rodzin znalazły się też czarne owce” – przyznaje pracownica z opieki. To rodziny zwykle wielodzietne, patologiczne. Rodzice są alkoholikami, często w konflikcie z prawem. Nie pracują, źródłem utrzymania są dla nich dzieci. Niemal całe wsparcie, które dostają z opieki społecznej, przeznaczone jest na te dzieci: zarówno zapomogi finansowe, jak i pomoc rzeczowa, w postaci ubrań, paczek na święta, opłacania rachunków za media, dopłacania do obiadów w szkołach. 
Dla nich dom jest głównie noclegownią – gdy śpią, nie przeszkadzają dorosłym w libacji. 
„A że rodzą się nowe? – powtarza pytanie pracownica MOPS-u. – Gdzie wódka, tam i łatwy seks. No i każde kolejne dziecko to większa pomoc od instytucji charytatywnych. Nie mówię tego od siebie, słyszę to od nich. Zwłaszcza po głębszym. Kiedy mówię, że mogliby pracować, słyszę o bezrobociu. Fakt, w mieście zamknięto większe zakłady, hutę, papiernię. Ale częściej pytają: »Po co pracować?«. Mają po 6, 8, 10, 12 dzieci, niech państwo płaci. Przecież dzieci nie mogą umrzeć z głodu. Jednak, choć pracuję tu od dawna, ciągle szokuje mnie, że zdeprawowani rodzice żerują na nich. Że tak przedmiotowo traktują własne dzieci”. 
Czy dzieci mają szansę uciec przed takim losem? Pytam o to ich rodziców.
„Nie twoja sprawa – rzuca rozczochrana kobieta przez uchylone drzwi. – Masz coś dla nas? Z opieki jesteś?”. „Kogo tam przyniosło?” – z głębi mieszkania dobiega męski głos. „O dzieci jakiś pyta”. „Ma co dla nas? Jak nie, niech sp...”. Matka waha się: „Dzieci wszystkie w domu, dobrze się nimi opiekujemy”. Zamyka drzwi. Przed kamienicą kilkunastoosobowa grupa dzieci pastwi się nad kotem. 
„MOPS ma rozdzielać pomoc socjalną na całe miasto. A komu daje? Tym, którzy się zgłoszą” – wdaje się w rozmowę kobieta z drugiej strony Kościuszki, tam, gdzie stoją domki jednorodzinne. Stoi w progu, oburza się: „Czy człowiek uczciwy, choćby potrzebujący, pójdzie po pomoc? Tacy raczej wstydzą się swojej sytuacji”.
Pracownica MOPS-u potwierdza: „Część potrzebujących, przymuszona, czasem przychodzi prosić o pomoc. Ale rzadko”.
„A wielodzietne rodziny stamtąd wcale nie proszą – dodaje sąsiadka z ironią. – Oni żądają pomocy i ją dostają. Opieka wszystko im opłaca. Ale i tak wciąż narzekają, że mało. A ile nachodzą się po parafiach!”.
Kiedyś parafia św. Stanisława zorganizowała świetlicę dla dzieci: miały w niej odrabiać lekcje. Dzieci przychodziły, ale szybko dokonały takich zniszczeń, że świetlicę zamknięto.
„Tak samo stało się ze stołówką dla potrzebujących, prowadzoną przez kilka parafii – wspomina ks. Jerzy Wachowski. – Pracownicy stołówki mieli dość nieustających awantur o drobiazgi”. Ksiądz opowiada, jak podczas corocznie organizowanej wigilii dla dzieci z najbiedniejszych rodzin w parafii były rozdawane paczki, głównie z owocami. Przestano je organizować, gdy wyszło na jaw, że spora część podarków lądowała w koszu.
„Nie było nawet komu zwrócić uwagi, bo w czasie kolędy księża często są tam wulgarnie obrażani albo w ogóle nie wpuszczani, bo w środku trwa alkoholowa uczta – dodaje ks. Wachowski. – Żal tych dzieci, bo marzną wtedy na dworze. Teraz zamiast organizować spotkania wigilijne, wolimy przeznaczyć pieniądze na dożywianie w szkołach. Tyle możemy”.
Oprócz MOPS i Kościoła dziećmi zajmuje się miejska komisja ds. zagrożenia alkoholizmem. Przedstawiciel komisji raz w miesiącu płaci za jedzenie, wybrane w sklepie spożywczym przez rodziny patologiczne. Poza tym komisja dotuje tzw. świetlice środowiskowe i kolonie wakacyjne. „Podczas kolonii pokazujemy dzieciom inne życie niż to, które widzą w swoich domach i na ulicy – mówi Małgorzata Gałuszka z komisji. – Ale czego można nauczyć w parę tygodni?”.
Jest też w mieście poradnia psychologiczna. Mogłaby pomagać dzieciom i rodzicom, ale nie robi tego. „Mamy związane ręce – mówi jej kierownik Robert Pawlik. – Dziecko może być skierowane do nas tylko za zgodą rodziców. Oni tego nie zrobią, bo ich środowisko powiedziałoby, że jak dzieci idą do psychologa, to są »nienormalne«. A rodzice też musieliby uczestniczyć w spotkaniach. Żeby choć szkoła miała takie uprawnienia” – wzdycha Pawlik.
Ale szkoła nie może wydawać skierowań. Nie może nawet porządnie uczyć. „Nie chcą chodzić na lekcje – mówi (anonimowo) nauczycielka nauczania początkowego. – Najczęściej to słabi uczniowie, którzy swym zachowaniem sprawiają wiele kłopotów wychowawcom. Są przepychane na siłę, czasem do piątej klasy, bo wyrzucić ich nie można. Dopiero wtedy można je przepisać do szkoły specjalnej. Czują się więc bezkarne”.
„Na razie dokonują drobnych kradzieży, wymuszeń na rówieśnikach. I co im można zrobić? – pyta aspirant Berski z komendy policji.
„Żadnych wzorców osobowych – dodaje Robert Pawlik. – Najgorsze, że wiele pójdzie w ślady rodziców, powtarzając ten sam wzór życia”.
Mimo bezrobocia w miejscowym urzędzie pracy marzą, aby można było połączyć opiekę socjalną z pracami społecznymi. „Żeby pomoc socjalną choć część tych ludzi mogła odpracować przy pracach interwencyjnych – proponuje Włodzimierz Miklas, kierownik urzędu. – Dziś to niemożliwe, bo nie ma odpowiednich postanowień prawnych”.
„Kim chcecie być jak dorośniecie?” – pytam chłopców, bawiących się starą oponą.
„Ja to chciałbym wygrać w totolotka” – zamyśla się chłopczyk w czerwonej czapeczce.
„A ja... będę jak... jak mój tatuś” – odpowiada po namyśle inny, zezując na kolegów.
„A co robi twój tata?” – pytam. 
„Tata? Nic nie robi”.
„Przez cały czas?”
„Tak... A ma pan drobne?”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl