Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Każdy z byle kim

Mateusz Flak z Nowego Jorku Amerykanie za Bushem







 

 




  
Każdy z byle kim

Sojusz Lewicy Demokratycznej chce zawierać w samorządach koalicje z Samoobroną. Platforma Obywatelska (a w Krakowie także Unia Wolności pod zmienionym szyldem) nie wykluczają układów z Ligą Polskich Rodzin. Argumenty mają być dwa. Pierwszy to, oczywiście, dobro mieszkańców: chodzić ma o to, by nie sparaliżować pracy nowo wybranych ciał samorządowych oraz prezydentów, burmistrzów i wójtów. Pojawia się tu też – nagle – idea ponadpartyjności samorządu i postulat ochronienia go od politycznych sporów na poziomie centralnym. Argument drugi to możliwość ucywilizowania się radnych ze skrajnych ugrupowań – a w perspektywie porzucanie przez nich macierzystych formacji i przechodzenie do partii bliższych centrum.
Tyle że, ad.1, aby nie dopuścić do samorządowego klinczu, nie trzeba wcale od razu wchodzić w tak ryzykowne alianse. Nawet pozostając w opozycji – i głosując zgodnie z programem oraz wyborczymi deklaracjami – można wywierać wpływ na podejmowane w samorządzie decyzje. Więcej: tylko taka polityka pozwala zachować przejrzystość życia publicznego i nie jest kpiną z własnego elektoratu, który zapewne nie spodziewał się, że jego wybrańcy zawrą równie egzotyczne sojusze. 
Nie mówiąc już, i to jest ad.2, że ani Samoobrona, ani LPR jakoś nie porzuciły swej retoryki i metod działania na scenie publicznej nawet wtedy, gdy dostały możliwość decydowania o losach państwa poprzez udział w pracach parlamentu (dowodem choćby ostatnie ekscesy z blokowaniem obrad Sejmu). Czemu więc miałyby przejść taką rewolucję na szczeblu lokalnym?
W dyskusji o ewentualnych samorządowych koalicjach cieszy jedno: że choć tak SLD, jak Platforma mają już podobne wpadki na koncie, to pomysły aliansów ugrupowań centrowych z politycznymi skrajnościami wciąż budzą w opinii publicznej pewne zdziwienie. I może nie wynika ono jedynie z politycznej naiwności.
 

Krzysztof Burnetko






Amerykanie za Bushem

To był dobry tydzień dla George’a W. Busha. Najpierw Republikanie – mimo że partia urzędującego prezydenta przegrywa zwykle wybory – zebrali większość w Kongresie i przejęli, przynajmniej na papierze, kontrolę nad najważniejszymi organami władzy w państwie. Kilka dni później Rada Bezpieczeństwa ONZ jednomyślnie zaakceptowała surową rezolucję w sprawie Iraku (a prasa już ujawniła dokładny plan ataku wojsk USA i Wielkiej Brytanii). 
„Nigdy tak naprawdę nie określiliśmy jasno naszego stanowiska wobec stanu gospodarki, nie powiedzieliśmy, co zrobilibyśmy inaczej. W tym roku nie mieliśmy do zakomunikowania nic oprócz tego, że my to nie Bush” – Dick Hart-
pootlian, przewodniczący Demokratów w Południowej Karolinie, chyba najlepiej oddał przyczyny dotkliwej porażki swojej partii. Partii pozbawionej charyzmatycznego przywódcy, nie umiejącej przedstawić swoich poglądów i projektów, opierającej całą kampanię na negowaniu polityki prezydenta. 
Zwycięstwo w pierwszych po 11 września wyborach w USA jest osobistym triumfem Busha juniora. Mimo stawianych mu zarzutów (agresywna polityka zagraniczna, utrzymywanie kraju w stanie „permanentnej wojny”, wykorzystywanie niepokojów po 9/11 do gry politycznej i wreszcie, co może najważniejsze, brak reakcji na zastój w gospodarce), okazało się, że dla Amerykanów najważniejsza jest dzisiaj rozprawa z terroryzmem i silne, zdecydowane rządy, które zapewnią im bezpieczeństwo. Wygrana, która nakłada na Republikanów ogromną odpowiedzialność, ma jednak swoją cenę: Waszyngton będzie musiał się w końcu zająć gospodarką, długiem publicznym, ekologią, opieką zdrowotną, przepaścią między najbogatszymi a resztą społeczeństwa. Współpraca z Kongresem też wcale nie musi być najłatwiejsza – wystarczy przypomnieć kłopoty, jakie miał z „demokratycznym” Kongresem Bill Clinton w 1994 r. przy okazji ustawy o opiece zdrowotnej. Z kolei w kluczowych dla przyszłych wyborów prezydenckich stanach – Pennsylwanii, Illinois i Michigan, gubernatorami zostali Demokraci i to oni będą przygotowywać grunt pod następny wyścig do Białego Domu. Jeżeli zaś operacja w Iraku zacznie się niebezpiecznie przedłużać, następna kadencja Busha juniora nie jest wcale taka pewna, jak się to dziś wydaje. 
     

Mateusz Flak z Nowego Jorku









 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl