Kard. Lubomyr Huzar





Słabość potrzebuje modlitwy


Z kard. Lubomyrem Huzarem, zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, rozmawia Jan Strzałka


JAN STRZAŁKA: – Eminencjo, obserwując zeszłoroczną pielgrzymkę papieską na Ukrainę, trudno się było oprzeć wrażeniu, że Kościoły grecki i łaciński żyją na Ukrainie obok siebie, zachowując dystans, pod którym kryją się być może uprzedzenia. Nawet w kwestii organizacji wizyty Jana Pawła II nie udało się zyskać jedności: działały dwa komitety organizacyjne... Czy pielgrzymka przyczyniła się do zbliżenia ukraińskich katolików?
KARD. LUBOMYR HUZAR: – W niewielkim niestety stopniu. Nie brakuje nam chęci do rozmowy o problemach trapiących nasze Kościoły. Zgadzamy się, że spotkanie wszystkich biskupów katolickich jest konieczne, ale nie udaje nam się go sfinalizować. Nie tracę nadziei, że w niedalekiej przyszłości się ono odbędzie. 
Owszem, pielgrzymkę organizowały dwa komitety, ale działał też wspólny, złożony z biskupów łacińskich i greckokatolickich. Współpraca między naszymi Kościołami nie jest idealna. Wspólnego działania wymaga przede wszystkim praca na rzecz pokonywania problemów socjalnych, obrony życia rodzinnego, rozwiązywania napięć między Kościołami, w tych ostatnich istnieje bolesny brak jasnych norm. Więcej: to sfera, w jakiej rodzi się sporo nadużyć. Grekokatolicy nie skrywają niepokoju, Kościół łaciński zaś nie rozumie naszych obaw. 
Podam przykład. Zgodnie z prawem, w małżeństwach mieszanych greckokatolicki małżonek winien pozostać w Cerkwi, czyli w obrządku wschodnim. „Małżeństwo powinno być zawierane przed proboszczem narzeczonego, chyba że prawo partykularne co innego postanawia lub wymaga tego słuszna przyczyna.” Kapłani łacińscy łamią tę regułę, prosząc odpowiedniego biskupa łacińskiego, by ślubu udzielono w Kościele rzymskokatolickim. To niesie poważne konsekwencje – jeśli ktoś zawiera ślub w obrządku łacińskim, zazwyczaj na zawsze pozostanie w Kościele rzymskim. Przyczyną napięć wydaje się również brak szacunku wobec naszego Kościoła ze strony łacińskich współbraci. 
Na Ukrainie żyje 880 tys. rzymskich katolików. Działa około 50 zgromadzeń żeńskich, kandydatki do zgromadzeń na formację wyjeżdżają zazwyczaj do Polski, a trudno uwierzyć, by wszystkie były obrządku łacińskiego. Kiedy wyrażamy niepokój, słyszymy: one nie są grekokatoliczkami! Może to niekiedy prawda, ale czy przełożeni zadali sobie trud, by zachęcić ewentualne kandydatki do odkrywania swych korzeni? Grekokatolicy byli prześladowani w czasach komunizmu, dzisiaj nie każdy wie, skąd się wywodzi. Katolicy nie mogą ze sobą konkurować, zdobywać wiernych wykorzystując ich wykorzenienie! 
Kościół greckokatolicki dopiero organizuje struktury, budzi się do życia. Księża w Polsce mieli warunki do zdobywania formacji teologicznej, duchowej, duszpasterskiej, socjologicznej. My dopiero organizujemy seminaria z odpowiednim programem formacyjno-intelektualnym.
Jeden z watykańskich urzędników mówił kiedyś do nas: Kościół łaciński jest znacznie lepiej zorganizowany od greckokatolickiego... Prawda, odpowiadam, ale co w tym dziwnego? 

Polski czy ukraiński?

Innym źródłem napięć bywa chwiejność Kościoła rzymskiego. Nie może on rozstrzygnąć, czy pragnie być Kościołem ukraińskim obrządku łacińskiego czy Kościołem polskim. W jego łonie istnieją obie tendencje: jedni – zwłaszcza w Galicji – opowiadają się za Kościołem polskim, na wschodzie i w centrum – gdzie dominuje język ukraiński – przeważa opcja Kościoła łacińskiego, ale zarazem ukraińskiego. To wewnętrzny problem łacinników, wymaga on jednak rozwiązania, na które grekokatolicy oczekują z niecierpliwością. 
– Ale nawet w katedrze we Lwowie odprawia się Mszę po ukraińsku... 
– Głównie po polsku.
W rzymskim seminarium w Gródku językiem wykładowym jest ukraiński i klerykom wpaja się świadomość, że należą do Kościoła ukraińskiego. 
– Ale Gródek to Ukraina centralna, jej mieszkańcy raczej nie znają polskiego. Kiedy przybywają do nas księża rzymskokatoliccy z Polski – powinni mieć świadomość, że w kilka lat po odzyskaniu niepodległości, w trakcie przemian ustrojowych i jeszcze przez wiele kolejnych lat niezmiernie istotna będzie dla nas kwestia tożsamości narodowej. Szczególnie w Galicji, o czym świadczy np. spór o Cmentarz Orląt Lwowskich. Niekiedy daje się słyszeć opinie: zachód należy do grekokatolików, centrum i wschód – do Kościoła rzymskokatolickiego. Takie głosy nie sprzyjają współpracy. Właśnie o tych kwestiach powinniśmy rozmawiać podczas spotkania z hierarchami łacińskimi. 
Metropolia łacińska na Ukrainie jest jedną z wielu na świecie, natomiast nasza Cerkiew ma dom jedynie na tej ziemi. Za Kościołem rzymskokatolickim stoi świat łaciński, za nami – nikt. Każdego roku w adwencie katolicy z Polski zbierają ofiary na pomoc dla braci ze Wschodu, co daje Kościołowi łacińskiemu wsparcie materialne i moralne. Nie zazdroszczę łacinnikom pomocy, też ją otrzymujemy od chrześcijan z Niemiec i innych państw. Ale czujemy się bezbronni, osamotnieni i nierozumiani. Niekiedy zachodniej pomocy towarzyszą zarzuty, że nie współpracujemy z łacinnikami albo że ich prześladujemy. Istotnie, współpraca nie jest satysfakcjonująca, ale nie znaczy to, że kogokolwiek prześladujemy.
Zawsze możemy liczyć na wstawiennictwo i życzliwość Jana Pawła II. To niezmiernie dużo, ale poza Papieżem mało kto ofiarowuje nam wsparcie moralne. Światowe media informują o wydaleniu z Rosji biskupa Mazura i o trudnościach Kościoła łacińskiego, ale nie wspominają o prawie do istnienia Kościoła greckokatolickiego w Federacji Rosyjskiej, choć jest tam nas więcej niż łacinników. Naszym księżom, którzy chcą prowadzić działalność duszpasterską, władze Rosji odmawiają zezwolenia na dłuższy pobyt. Tak niedawno stało się np. z dwoma zakonnikami.

Dialog z prawosławiem

Ksiądz Kardynał powiedział: „jesteśmy u siebie w domu”. To powinno dawać grekokatolikom siłę. Tymczasem w słowach Eminencji słychać gorycz... 
– Naturalnie, że bycie w domu daje poczucie siły, ale nie stanowimy większości religijnej na Ukrainie, do naszego Kościoła należy co najwyżej 10 procent obywateli. Będąc w domu musimy też borykać się ze spuścizną po komunizmie. Czas postkomunizmu to okres odradzania się, choć nie pełnego rozkwitu naszej Cerkwi, daleko nam do całkowitej wolności religijnej, władza nadal ulega pokusie kontrolowania wszystkich Kościołów. A wreszcie – dom jest wielowyznaniowy, toteż prawosławni twierdzą, że to ich, a nie nasz dom! 
Istnieją trzy Kościoły prawosławne, a wrogość wobec grekokatolików okazuje tylko Cerkiew podporządkowana Patriarchatowi Moskiewskiemu, Patriarchat Kijowski i Cerkiew Autokefaliczna tolerują grekokatolików. Może nawet są skłonne do dialogu.
– Dialog natrafia na trudności, gdyż prawosławni pielęgnują stare uprzedzenia wobec katolików tradycji wschodniej. Watykan zaleca nam utrzymywanie kontaktów jedynie z Cerkwią Patriarchatu Moskiewskiego i z jej zwierzchnikiem Wołodymyrem, ale kiedy pragnę z nim rozmawiać, okazuje się, że spotkanie jest niemożliwe; patriarcha mnie unika.
– A jeśli Eminencja chce spotkać się z patriarchą Filaretem z Cerkwi Kijowskiej? 
– To się spotykam, i to często, podobnie jak z biskupami Cerkwi Autokefalicznej. Grekokatolikom ukraińskim jest trudniej niż łacinnikom. Prawosławni mniej się lękają tych ostatnich, w ich mniemaniu są oni Polakami, a przecież żaden Ukrainiec nie chce być Polakiem. Natomiast grekokatolik jawi się im jako zagrożenie – bo będąc Ukraińcem wybiera katolicyzm. Mamy więc z jednej strony przeciw sobie prawosławnych, z drugiej strony – rządzących, przekonanych, że mogą wywierać na nas wpływ. Postrzegają nas jako prawosławnych, co implikuje pewne żądania. Łacinnicy nie żyją pod taką presją. Pragniemy być lojalnymi obywatelami, bo Ukraina jest naszym suwerennym państwem. Obcy jest nam prawosławny cezaropapizm – ścisła zależność Cerkwi od władzy świeckiej. Naszym ideałem są partnerskie relacje z administracją państwową, co polityków nie zachwyca. Oczekujemy od braci łacinników, że wesprą nas w aspiracjach do niezależności wobec państwa, ale oni nie całkiem rozumieją, w czym problem. 
– W jaki sposób mogliby wesprzeć grekokatolików? 
– Muszą zrozumieć naszą historię i skomplikowaną teraźniejszość. Nie stosujemy zasady kanonicznego terytorium, z której by wynikało, iż Ukraina jest wyłącznie dla grekokatolików, toteż współpraca z innymi Kościołami wymaga od nas i od współbraci taktownego porozumienia. Trzeba dużo dobrej woli i wysiłku w osiągnięciu ekumenii w Kościele katolickim. Wspólnie z łacinnikami stajemy przy ołtarzu, razem celebrujemy, choć należymy do różnych Kościołów „sui iuris”. Z prawosławnymi to niemożliwe, mimo że łączy nas tradycja. 
Gdyby na Ukrainie rozumiano, czym jest katolicyzm, mielibyśmy argument w rozmowach z prawosławiem: katolicyzm nie jest związany z tym czy owym obrządkiem, z tą lub tamtą kulturą, jest ponad nimi! Wspomniałem o potrzebie ekumenizmu wewnątrz Kościoła katolickiego. Jak rozprawiać o miłości z prawosławnymi, kiedy nie miłujemy się jako katolicy? Jak śnić o dialogu z prawosławnymi, kiedy nie znajdujemy języka z najbliższymi współbraćmi? To gorszące.
Zrozumieniu prawdy o katolicyzmie i osiągnięciu katolickiej ekumenii nie sprzyjają tragiczne doświadczenia historyczne: deportacje Ukraińców z Polski, bratobójcze wojny. I nasze, ukraińskie, grzechy wobec Polaków. Jak z ofiarami rozmawiać o katolicyzmie, który kojarzy im się wyłącznie z Polską? Jak przekonać, że katolicyzm jest powszechny? Oczekujemy, że katolicy rzymscy pomogą rozwiązać owe problemy...

Kłopoty z przeszłością

Ale duchowni łacińscy są między młotem a kowadłem. Kiedy odprawiają Mszę po ukraińsku i okazują niechęć do polonizacji Kościoła, są oskarżani przez Polaków o zdradę.
– Nie przeczę. Ale na przykład, dla kogo metropolia lwowska wydaje katalogi duchowieństwa w języku polskim? Nie twierdzę, że zawsze jesteśmy w porządku, a łacinnicy nigdy. Chcę tylko, by Kościół rzymskokatolicki stał się Kościołem także ukraińskim, by w przyszłości ktoś mógł wyznać: jestem Ukraińcem, a zarazem katolikiem rzymskim. Wiem, istnieją już tacy ludzie, wdzięczny jestem duchownym łacińskim, którzy sprzyjają narodzinom owej tożsamości. A jeśli poświęcam temu tyle uwagi, to z przekonania, że kwestia tożsamości narodowej i religijnej będzie nas absorbować przez długie lata.
Naszym wspólnym zadaniem – przypominał o tym Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Ukrainę – jest zbliżenie, wzajemne zrozumienie, wspólna służba dla chrześcijan. Musimy uporać się z przeszłością, zostawić ją Bogu, o co prosił Papież, i spojrzeć w przyszłość. Lecz ani Polacy czy Ukraińcy, grekokatolicy czy łacinnicy, nie są jeszcze całkiem do tego gotowi. Jako przykład niech posłuży sprawa Cmentarza Orląt we Lwowie.
Dlaczego Eminencja ogłosił wiosną br. list w sprawie lwowskiej nekropolii, apelujący do władz Lwowa o rozwiązanie kwestii Cmentarza? Zresztą wspólnie z metropolitą łacińskim kard. Jaworskim, z którym 1 listopada wspólnie złożyliście hołd ukraińskim i polskim żołnierzom spoczywającym na Cmentarzu Łyczakowskim.
– To mój obowiązek. Musimy szukać rozwiązania, nie możemy żyć nienawiścią, być zakładnikami przeszłości. Czy skazani jesteśmy na wieczną walkę?
To tragiczne, że Cmentarz wykorzystano do rozdmuchania afery politycznej, ale to typowe, kiedy mamy do czynienia z nieprzezwyciężoną mentalnością sowiecką. Nekropolia jest cmentarzem wojskowym, cywilizowane państwa otaczają takie miejsca szacunkiem. Krzykliwe grupy antypolskie, protestując przeciw napisom na Cmentarzu, szkodzą interesom Ukrainy. Miłość do narodu i gotowość, by umrzeć za jego ideały, jest cnotą uznawaną przez wszystkie narody i błogosławioną przez wszystkie Kościoły. Mogiły Łyczakowa są świątyniami narodów ukraińskiego i polskiego, które każdy ze współczesnych winien szanować i czcić. Mogiły te są pomnikiem ludzkiej chwały, ale i pamiątką ludzkiej niedoskonałości. Świętość bohaterów wywołuje w każdym narodzie usprawiedliwioną dumę, a słabości potrzebują przede wszystkim modlitwy. Na tym polega klucz do zrozumienia naszych obowiązków chrześcijańskich dzisiaj.
W sporach wokół uczczenia pamięci poległych żołnierzy nagromadzono tyle argumentów politycznych, historycznych i psychologicznych, że coraz trudniej dojrzeć za nimi prawdę. W efekcie nad szczątkami pochowanych na Łyczakowie zagęściły się chmury wzajemnych podejrzeń i krzywd, które powoli zatruwają nasze dusze. Każdy chrześcijanin wie, że tej atmosfery nie da się poprawić nowymi, bardziej przekonującymi argumentami. Jedynym lekiem może być tylko wspólna modlitwa. Potrzebują jej polegli, których dusze spoczywają na łonie Abrahama, a jeszcze bardziej potrzebujemy jej my. Gdyż na jednym cmentarzu, tuż obok siebie znajdują się groby młodych Ukraińców walczących o niepodległą Ukrainę, jak również Polaków, którzy walczyli za niepodległą Polskę.
Niech każda parafia z Polski i Ukrainy przyśle na mogiły jednych i drugich grupę wiernych, którzy potrafią kochać i przebaczać. Bowiem obowiązkiem chrześcijan jest zrobić wszystko, żeby nasze serca otworzyły się na działanie Ducha Świętego i napełniły pokojem i miłością. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl