Votum separatum

Osobno

JÓZEFA HENNELOWA



Przez mapę mediów w Polsce biegną we wszystkich kierunkach linie podziałów i rozgraniczeń. Zasada „nigdy razem” ma sto wcieleń. Najoczywistsze – nie zapomnieć o konkurencji. Jakże prezentować rywala, bodaj w przeglądzie prasy? Jakże podjąć temat rozpoczęty przez kogoś spoza klanu, tytułu, rodziny ideologicznej? Albo zaprezentować cudzy pomysł, cudze dokonanie z pochlebną opinią, kiedy to przeciwnik jako persona albo tytuł prasowy? 
Magia podziałów jest tak czytelna, że można z zupełną pewnością zakładać się, w którym programie albo w którym tytule pewne nazwiska, twarze, osoby nigdy nie zagoszczą na zasadzie partnerskiej, albo o czym (temat, hasło, nazwisko, tytuł) dany autor na pewno wypowie się bez aprobaty (do wyboru: ironicznie, sarkastycznie, pogardliwie, z oburzeniem itp., itd.). Można również zestawiać bardzo precyzyjnie zespoły „swoich” – tych, o których nigdy inaczej niż z aprobatą. A wreszcie puste miejsca (tematy, fakty, nazwiska) skrzętnie omijane, bo zbyt niewygodne, niejednoznaczne albo rozbijające obowiązkowy schemat podziałów.
Czy są wyjątki? Ależ są, oczywiście, tylko zbyt mało widoczne. Dlatego między innymi, że nawet zauważenie tych wyjątków i ucieszenie się nimi – byłoby dla dziennikarskiego warsztatu zlekceważeniem jednej z zasad podziału: rywalizacji. Tym – a nie niechęcią „ideologiczną” – wolę np. tłumaczyć fakt, że w mediach katolickich, tych bardziej popularnych, wyjątkowo rzadko w przeglądach prasy goszczą miesięczniki – z reguły mądre, ważne, ciekawe i o wiele mniej, albo i wcale nie biorące udziału w sporach i walkach.
Oto jeden tylko cytat z malutkiego tekstu s. Małgorzaty Borkowskiej OSB w październikowym numerze „Więzi”. Dedykuję go nam, dziennikarzom: „Już w czasach apostolskich była pokusa, (...) żeby występnego wyłączyć, wykluczyć, nawet nie pozdrawiać, (...). Ten problem, niestety, z biegiem wieków wcale nie słabnie, a czasem ma się wrażenie, że nawet narasta. Iluż to wierzących katolików marnuje czas i energię na potępianie dzisiejszych celników i grzeszników, na udowadnianie, jak bardzo złe mają intencje, na dzielenie społeczeństwa, zamiast je łączyć. Budują gruby mur, i po tej stronie są oni, dobrzy, a po tamtej – sami paskudni. I to paskudni bez żadnych jaśniejszych stron, paskudni do szpiku kości”.
Dlatego też postanowiłam sobie przy najbliższej okazji położyć w gablotce prasowej pobliskiego kościoła „Wołanie z Wołynia”, skromną gazetkę parafialną zza wschodniej granicy. O ile bardziej przyjazną bliźnim niż niektóre nasze parafialne gazetki, nie wiadomo po co zajmujące się polityką, a nawet kryjące w sobie – niedawno – normalne ulotki przedwyborcze.












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl