Akademia Nauki i Religii

Ks. Michał Heller



W 1492 r. król Ferdynand Katolicki, wraz ze swoją żoną Izabelą, wypędził Arabów z Hiszpanii. Gdy dotychczasowy władca Granady, Boabdil opuszczał, płacząc, swoje ukochane miasto, jego matka miała powiedzieć: „Płacz jak niewiasta nad tym, czego nie potrafiłeś obronić jako mąż”. Do dziś pokazuje się miejsce, w którym – jak chce tradycja – to wydarzenie miało miejsce. Nosi ono nazwę El Suspiro del Moro (Westchnienie Maura). Było nad czym płakać. Już Rzymianie, podbiwszy Hiszpanię, zrobili z Granady ważny ośrodek polityczny i religijny – świadczą o tym liczne wykopaliska. Potem nastąpił długi okres panowania Wizygotów. Forum Romanum zastąpił obronny zamek, miasto stało się fortecą. Ale dopiero panowanie Arabów przyniosło Granadzie okres świetności. Wzrost bogactwa i mądra polityka spowodowały rozwój sztuk i nauk. Żądni wiedzy scholarzy przybywali do Granady z wszystkich stron ówczesnego świata, by zgłębiać tajniki medycyny, matematyki, astronomii. W atmosferze dużej, jak na owe czasy, tolerancji rozwijały się kultury muzułmańska, żydowska i chrześcijańska.
Na niewielkim lotnisku w Granadzie czekamy przy taśmociągu na odbiór bagażu. John Polkinghorne, który przewodniczył wstępnej fazie organizowania się The International Society for Science and Religion (ISSR), przyznaje, że jest pierwszy raz w Hiszpanii i cieszy się z tego. Pytam, czy właśnie dlatego Granada została wybrana na miejsce założycielskiego zjazdu? John śmieje się i wyjaśnia, że także dlatego, iż Granada jest naturalnym środkiem ciężkości: zarówno pod względem historycznym – trzy wielkie religie Abrahamowe (judaizm, chrześcijaństwo i islam) wycisnęły na tej ziemi swoje piętno, jak i pod względem geograficznym – Europa, ale „na brzegu”, z Afryki tylko skok przez Gibraltar, a i obie Ameryki mają tu „bliżej” niż do innych miejsc w Europie. Uczestnicy Zjazdu z Japonii, Korei i Hong Kongu przylecieli innymi liniami, zapewne dlatego „wypadli” z uzasadnienia. A swoją droga przyznanie przez Anglika, że „środek ciężkości” leży poza Anglią, jest niewątpliwie oznaką myślowej niezależności.

Czy trzeba jechać do Gibraltaru?

Idea ISSR dojrzewała powoli. Jakiś czas temu, powiedzmy, w latach 70. ubiegłego stulecia, byłoby nie do pomyślenia, żeby czynnie pracujący naukowcy odważyli się na zorganizowanie publicznego spotkania z filozofami i teologami, by wspólnie dyskutować relacje pomiędzy nauką a teologią. Myślenie w stylu pozytywistycznym nie tylko szczelnie otaczało wszelką naukową działalność, ale wciskało się również do każdej szczeliny w rygorach naukowej metody. Religijność została zepchnięta do sfery prywatności, a ujawnianie swoich filozoficznych przekonań poza kawiarnią i towarzyskim wieczorkiem (i to z oporami) byłoby uznane za nietakt. W ciągu następnych dwudziestu lat sytuacja uległa dość radykalnej zmianie. Nie tu miejsce na omawianie i analizę czynników, które do tego doprowadziły, ale wszystko wskazuje na to, że nastąpiła reakcja przeciwko ciasnemu gorsetowi pozytywistycznych ograniczeń. Po stosunkowo krótkim okresie wzajemnej neutralności, i przypatrywania się sobie z pewnej odległości, obie strony zaczęły wykazywać coraz większe zainteresowanie swoim dotychczasowym „przeciwnikiem”. Mnożyły się spotkania, dyskusje, grupy robocze i wspólne publikacje. Z czasem temat religia-nauka stał się „medialny”, co pociągnęło za sobą jego „komercjalizację” i obniżenie ogólnego poziomu dyskusji. Ponieważ przeczytawszy dwie książki popularno-naukowe, można napisać trzecią, a w sprawach teologicznych każdy jest specjalistą, niekiedy u bardziej wymagających rodziła się tęsknota za starymi „dobrymi czasami”, kiedy to do tematu „nauka a religia” sięgali tylko najodważniejsi. W międzyczasie jednak dokonał się ważny postęp w tej dziedzinie: podjęto solidne badania historyczne, opracowano wiele problemów metodologicznych, przeanalizowano szereg konkretnych zagadnień, wprowadzono tę problematykę do szeregu kursów uniwersyteckich i – nade wszystko – wyłoniło się grono dobrych specjalistów, którzy w sprawie wzajemnych stosunków pomiędzy nauką a religią mają coś do powiedzenia. Jasnym się stało, że trzeba było podjąć jakieś kroki, aby te osiągnięcia nie rozcieńczyły się w morzu przeciętności i pseudonaukowości. W ten sposób zrodziła się idea Międzynarodowej Akademii Nauki i Religii. Pomysł zaczął przybierać realne kształty, gdy Sir John Templeton zapewnił środki finansowe na „rozruch”, a Sir John Polkinghorne, duchowny anglikański i znany uczony, podjął się przewodniczenia pracom organizacyjnym.
Tego rodzaju naukowa organizacja musi mieć „prawne umocowanie” w jakimś konkretnym państwie. Obaj Sir Johnowie są Anglikami, więc naturalnym wyborem była Wielka Brytania. W Cambridge powstał tymczasowy sekretariat, angielscy prawnicy zajęli się przygotowaniem projektu statutów nowego stowarzyszenia. Jak wiadomo, rolę Akademii Nauk w Wielkiej Brytanii spełnia słynne Royal Society (była to de facto pierwsza na świecie Akademia Nauk), stąd oficjalna nazwa nowej Akademii: The International Society for Science and Religion. Wstępne prace organizacyjne trwały ok. trzy lata. Dziś w Granadzie odbywa się zjazd założycielski.
Ale... czy zjazd jest legalny? Ktoś sobie przypomniał, że według prawa brytyjskiego tego rodzaju zjazdy muszą się odbywać na terenie Zjednoczonego Królestwa. Telefon do biura prawniczego w Londynie rozstrzygnął wątpliwości: zaleca się, by doroczne zjazdy (także zjazd założycielski) tego rodzaju Towarzystw odbywały się na terenie Wielkiej Brytanii, ale nie jest to prawo wiążące. Ostatnia przeszkoda została usunięta. Nie było potrzeby – jak ktoś półżartem sugerował – wynajęcia autobusów i udania się do niezbyt odległego Gibraltaru, który do dziś pozostaje brytyjskim terytorium. Legalnie przegłosowaliśmy założenie ISSR.

Skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy?

W swoim inauguracyjnym wystąpieniu John Polkinghorne przypomniał, że pomiędzy religią a nauką istnieją rzucające się w oczy różnice: nauka ma ambicję intersubiektywności, religia odwołuje się do osobistego doświadczenia; podstawową częścią metody naukowej jest dający się powtórzyć eksperyment, w religii istotną rolę odgrywają niepowtarzalne wydarzenia historyczne; nauka opiera się na sprawdzaniu (testing), religia na zaufaniu (trusting). Jednakże pomimo tych różnic zarówno naukę, jak i religię łączy przekonanie – podważane dziś przez postmodernistyczną krytykę – że istnieje prawda, do której, przynajmniej pod pewnym względem, można się zbliżyć poprzez badanie naukowe lub racjonalnie umotywowaną wiarę religijną. I właśnie dlatego dialog pomiędzy nauką a religią jest nie tylko możliwy, lecz również konieczny.
Dialog taki ma głęboki wymiar ekumeniczny. Dziś partnerami nauki w dialogu są przede wszystkim trzy wielkie religie Abrahamowe. Zjazd w Granadzie uświadomił mi to wyraziście. Gdy w naszym zakątku świata mówimy o dialogu religii z nauką, myślimy o „sprawie Galileusza” i „sprawie Darwina”, które rozgrywały się w typowo chrześcijańskim środowisku, ale gdy siedzi się podczas posiłku przy jednym stole z profesorem Uniwersytetu Sharif w Teheranie i uczonym z Żydowskiego Uniwersytetu Yeshiva z Nowego Jorku i rozprawia się z nimi o różnych aspektach Big Bangu czy o moralnych aspektach klonowania, niemal doświadczalnie odczuwa się, jak horyzont problematyki rozszerza się i wymaga bardziej radykalnych przemyśleń. Nie chodzi o to, by rozmywać różnice między trzema wielkimi monoteizmami, ale w dobie rozczłonkowywania i podziałów dostrzeżenie wspólnego mianownika, jaki stanowi stosunek do naukowych odkryć, nie jest czynnikiem bez znaczenia.
Sprawa Galileusza i sprawa Darwina były ważnymi etapami w kształtowaniu się stosunków pomiędzy nauką a religią, ale obecnie środek ciężkości toczonych dyskusji przesunął się na inne zagadnienia. Jeżeli nadal interesujemy się sprawą Galileusza, to nie tyle, by roztrząsać pytanie, w jakim sensie Kościół się pomylił, lecz dlatego, że doskonale zdajemy sobie sprawę, jak doniosłe są osiągnięcia kosmologii dla formowania się ogólnego obrazu świata, bez którego teologia obejść się nie może. Jeżeli przypadek Darwina nadal przyciąga naszą uwagę, to nie w tym celu, by rozważać, czy teoria ewolucji jest sprzeczna z nauką Kościoła, czy nie, lecz raczej, by lepiej zrozumieć, jakie znaczenie ewolucjonizm ma dla teologii, np. jakiej reinterpretacji wymagają niektóre prawdy teologiczne w świetle tej teorii. 
W dyskusjach ostatnich lat często powracał również temat poznawalności i sensu Wszechświata. Jak mawiał Einstein, najbardziej niezrozumiałą rzeczą jest to, że Wszechświat jest zrozumiały, że można go badać i rozumieć przy pomocy racjonalnych metod. Refleksja filozoficzna na tym stwierdzeniu się zatrzymuje, teologia natomiast pozwala pójść dalej: badając przyrodę, badamy przecież dzieło rozumnego Stwórcy. Teologia pomaga więc nauce zrozumieć swoje własne podstawy. Nie w tym sensie jakoby uzupełniała naukowe teorie nowymi elementami, lecz umieszczając naukę – bez naruszania jej autonomii – w szerszym obszarze racjonalności. A jeżeli w rozumnym planie Stwórcy człowiek ma zagwarantowane swoje miejsce, to jego istnienie może być częścią Tajemnicy, ale nigdy bezsensu. Bez pomocy religii poczucie „kosmicznej pustki” byłoby trudne do przezwyciężenia. W tę problematykę spójnie wpisuje się także inne zagadnienie, często obecnie powracające w dyskusjach, a mianowicie, jak w świecie rządzonym prawami nauki wyobrażać sobie działanie Boga, bez którego jakakolwiek religia byłaby nie do pomyślenia.
Tematom tym w ostatnich latach poświęcono wiele tomów rozpraw, artykułów i polemik. A czego spodziewać się w nowym stuleciu? John Polkinghorne w swoim wystąpieniu zwrócił uwagę na następujące tematy, które – jego zdaniem – już zaczynają dominować w dialogu pomiędzy religią a nauką: problem głębszego zrozumienia mechanizmów powstawania i rozwoju złożonych układów we Wszechświecie, problemy – zarówno merytoryczne, jak i etyczne – jakie niesie ze sobą szybki rozwój nauk biologicznych i tzw. nauk kognitywnych. W gruncie rzeczy we wszystkich tych zagadnieniach chodzi o to samo: prawa przyrody są takie, że zezwalają na wzrost złożoności, a etapami w tym procesie było powstanie życia i powstanie świadomości. Nauka w tych sprawach ma coraz więcej do powiedzenia, a często są to sprawy, które wręcz dotykają podstaw życia i moralności. Nic dziwnego, że coraz więcej uczonych szuka pomocy u teologów. Ale teolog, który nie zdecydowałby się wyjść poza bastiony swojego dotychczasowego wykształcenia w stronę współczesnych naukowych osiągnięć, na pewno nie stanie się wartościowym partnerem dialogu. 
Nie należy się oczywiście spodziewać, że ISSR będzie mówić jednym głosem jako swojego rodzaju przedstawiciel wszystkich wielkich religii w ich dialogu z nauką. Nie jest to ani możliwe, ani nawet potrzebne. ISSR jest rodzajem Akademii, w której każdy członek mówi w swoim własnym imieniu, odwołując się do swoich własnych przemyśleń. A są to przemyślenia różne, wypływające z rozmaitych sytuacji politycznych, społeczno-kulturalnych i gospodarczych, z odmiennych tradycji religijnych i z uprawiania różnych specjalności naukowych.

Alhambra w nocy

Nad Granadą wznosi się system zamków. Kiedyś było ich siedem. Dziś pozostały dwa arabskie i trzeci, niedokończony przez chrześcijańskiego króla Carlosa. Mierzył siły na zamiary – zabrakło pieniędzy. Słynna Alhambra. Dziś jeszcze króluje nad miastem, jakby potrzebowało sułtańskiej opieki.
W Hiszpanii dzień zaczyna się późno i późno się kończy: o ósmej rano jest jeszcze szaro, a o dziewiątej wieczorem całkiem jasno. Jest to wynikiem polityki Unii Europejskiej, która chce na całym swoim terytorium utrzymać jeden czas (wyłamała się tylko Wielka Brytania, do której jadąc trzeba przesunąć zegarek o godzinę). A że życie w Hiszpanii i tak zaczyna się o dziewiątej wieczorem, wszystko pozostaje w największym porządku. Abyśmy mogli zwiedzić Alhambrę, przewodnicy zostali zamówieni na godzinę 22.
Wchodziliśmy przez potężne bramy jak nieśmiali posłowie z odległej krainy, niepewni decyzji wielkiego sułtana. Przed nami wyłonił się świat sprzed kilku stuleci. A właściwie jego cień, rysowany na murach nieodwracalnym biegiem historii. Muzułmańskie oratoria przerobione na chrześcijańskie kaplice, ale przeszłość przebija spod kolejnych przeróbek. Dzieje zapisane w kamieniu. Subtelne koronki arabskich symboli, które dostarczają nam dziś już tylko estetycznych przeżyć. Przewodnik, wyjaśnia, że powtarzający się na ścianach napis znaczy „Nie ma większego władcy nad Allacha” – rodowe zawołanie sułtanów Granady. A tuż obok niedokończony pałac Carlosa – władcy, któremu zabrakło pieniędzy, by przyćmić dzieło swoich poprzedników – swoimi pustymi krużgankami świadczy o kruchości ludzkich zamierzeń.
Zaczarowane ogrody w świetle obojętnego na wszystko księżyca. Szum fontann i odwrócona replika portalu, odbijającego się w nieruchomej sadzawce. Wydaje się, że gdyby wsłuchać się jeszcze intensywniej, można by usłyszeć szelest szat zakwefionych kobiet sułtańskiego haremu.
Mój hotel także nazywa się „Alhambra”, jego wystrój pozuje na arabską sztukę, ale powrót do niego jest niemal bolesny. „Poproszę klucz do pokoju 410, per favor”. Jestem we współczesności. Idę spać, bo jest późno.
Alhambra jest dziś monumentalnym zabytkiem. Przewijają się przez nią tłumy turystów – i w dzień, i w nocy. Błyskają flesze, zgrzytają automaty z coca-colą. Na przeszłości można robić niezły interes. Ażeby religia nie stała się tylko obiektem do zwiedzania, musi wchodzić w swoiste sprzężenie zwrotne z każdą współczesnością: czerpać z niej to, co najwartościowsze, przemieniać ją od wewnątrz.

Ks. Michał Heller jest profesorem PAT w Krakowie, rektorem Instytutu Teologicznego w Tarnowie, członkiem Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Zajmuje się kosmologią, filozofią, historią nauki i relacji między nauką a teologią. Ostatnio opublikował m.in. książkę „Sens życia i sens Wszechświata” (wyd. Biblos, Tarnów 2002). Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl