Teatr


Łabędzia cień

Piotr Gruszczyński



Paweł Szkotak swoją „Sonatą Belzebuba” świetnie wpisał się w bardzo ważną dyskusję o zmianie naszej kultury. Szkoda tylko, że ten wątek utonął w przegadanym spektaklu.


Czy istnieje styl Witkacowski w teatrze? Mógłby istnieć, bo niewielu dramatopisarzy tak bardzo poświęciło się rozważaniom na temat formy teatralnej. A jednak sławna Czysta Forma jest tylko założeniem teoretycznym i nie doczekała się teatralnego wcielenia. Niestety, bo myślę że dałaby widzom niezapomniane metafizyczne przeżycie teatralne. W zamian w teatrach pokutuje „mózg wariata na scenie”, który jest domniemaniem w sprawie wzorcowej poetyki teatru Witkacego. Najczęściej ta poetyka daje rezultaty opłakane, manieryczne i pretensjonalne, pseudoawangardowe.
Skoro powiedziano już, że wszystko dozwolone, najśmielsze nawet rozwiązania formalne nikogo nie zaskoczą ani nie zaciekawią. Wygra ten, kto znajdzie język przybliżający teksty Witkacego współczesnemu widzowi. Może na przykład język zwykły, rzeczowo realistyczny? Wtedy groteskę Witkacego natychmiast wypełni współczesna rzeczowość, a poważne, filozoficzne traktaty wpisane w teksty dramatów zabrzmią klarownie i przekonująco. Ten trop wydaje się prawie oczywisty, bo sprawy, o których pisał Witkacy, dotyczące mechanizacji i zbydlęcenia, w naszych nowych, cudownych czasach brzmią nadal zabójczo aktualnie.

W potokach słów

Paweł Szkotak, sięgając po „Sonatę Belzebuba” – jedną z ostatnich sztuk Witkacego – świetnie wyczuł aktualność tego dramatu, stanowiącego w istocie traktat na temat obowiązków i możliwości artysty w czasach Kryzysu Kulturalnego. Wątek faustyczny zyskuje aktualność zawsze, kiedy sztuka zdradza swoje główne powołanie i wyrzeka się pracy na rzecz ducha, a zaczyna schlebiać powierzchownej cielesności. Cielesność żąda rozrywki, a sztukę wysysa jak wampir, pogardzając całą jej istotą. Artyści poszukują coraz mocniejszych środków wyrazu. Artyści, ale i nieudacznicy, królowie miernoty i pretensjonalności. „Sonata Belzebuba” jednak pokonała Pawła Szkotaka, przede wszystkim dlatego, że reżyser zbytnio uwierzył w teatralną siłę filozoficznych dialogów Witkacego. Nie udało mu się znaleźć żadnego mocnego scenicznego wsparcia, które uczyniłoby wypowiadane kwestie precyzyjnymi i zajmującymi. W rezultacie aktorzy strasznie dużo gadają, gubiąc sensy w potokach słów.
Od samego początku jest dziwnie. I od samego początku spektakl dryfuje w złym kierunku. Jesteśmy w Mordowarze, w domu zblazowanych arystokratów, celebrujących swoje mordowarskie wieczory. Co mamy na scenie? Oranżerię, gdzie zamiast na stołach i krzesłach życie toczy się na mniejszych i większych donicach. Jest też i łabędź symbolizujący zły gust, spełniający rolę dekoracji i konewki. Babcia Julia (Marlena Milwiw), zajmująca się kabałą, buduje na scenie (oczywiście na jednej z doniczek) wielki domek z kart. Babka stoi na drabinie, a Istvan (Eryk Lubos), pełzając po podłodze w artystycznym niespełnieniu, gorączkowo wypisuje nuty kredą. Rzecz jasna już na pierwszy rzut oka widać, że Istvan jest nadwrażliwcem.
Cała ta dziwność narzucona od pierwszej sceny działa przeciwnie do zamiarów reżysera. Miast intrygować alienuje i zniechęca do uczestnictwa w mordowarskim wieczorku. Poza tym ogranicza możliwość działania dziwnością w scenach piekielnego kabaretu, gdzie głównym elementem wystroju jest wielka pomnikowa głowa Baleastadara, umieszczona na czarnym cokole, który w końcowej scenie przeistoczy się w wielką lokomotywę rewolucji, rozjeżdżającą wszystko, co stanie na jej drodze. Poszukiwanie dziwności nie ma końca. Pokazywanie piekła na scenie w dużej mierze je uprawomocnia, ale kto wie, czy nie ciekawiej byłoby wszystko to, co dziwne, znaleźć w tym, co zwykłe.

Ogrodowy krasnal

Witkacy zaczyna swój dramat niewinnie i łagodnie, śmiesznie! Dialogi zblazowanych arystokratów genialnie pochwytują pustkę ich życia i bawią specyficznym językiem. Groza w tym dramacie musi wyniknąć z wielkiego śmiechu, a nie dręczyć widzów i aktorów od początku. Tymczasem spektakl Pawła Szkotaka na śmiech jest całkowicie, jak powiedziałby Witkacy, immunizowany. To drugi poważny błąd reżysera. Brak komiczności powoduje, że postać głównego bohatera – nieszczęsnego kompozytora Istvana, traci całą swą substancję. Miękki i beksowaty, snuje się po scenie, szarpiąc co chwila rośliny w oranżerii, które aż do czasu zjawienia się Baleastadara wydają z siebie muzyczne akordy.
Trudno powiedzieć, czy reżyser wierzy w genialną potencję Istvana, czy też pokazuje na scenie improduktywa niezdolnego do żadnego artystycznego czynu. To decyzja szalenie istotna, kluczowa dla interpretacji dramatu. Dla Szkotaka główną osią dramatycznego konfliktu jest napięcie pomiędzy sztuką wysoką (kulturą) i banalną rozrywką (kultura masowa). Kiczowaty łabędź zakradł się nawet do oranżerii babci Julii. Podrzucony tam przez złowróżbnych lokajów ogrodowy krasnal zostanie szybko usunięty, ale pewnie nie na długo. Spoza oranżerii dobiegają co chwila dźwięki jakiejś muzycznej libacji. Słychać okropnie pospolite granie. Pracownicy Baleastadara, zmieniający dekoracje, wchodzą na scenę z wielkim boomboxem, z którego ryczy upiornie zaaranżowane „Dla Elizy”. To, co niskie pożera wysokie, niezauważenie, tak by tak zwani konsumenci kultury nie zorientowali się, że podmieniono towar, że nie ma już szlachetnej i mądrej kultury, jest tylko podła papka kultury masowej. Ten proces powszechnie praktykowany dziś przez telewizję, nawet, a może zwłaszcza, publiczną, wart jest teatralnego traktatu. Tu Szkotak świetnie wpisał się w bardzo ważny dyskurs o zmianie naszych zachowań kulturowych. Szkoda tylko, że ten wątek rozpłynął się w konwersacyjnym spektaklu.
W „Sonacie Belzebuba” zawsze ciekawe jest, jak zabrzmi sama tytułowa „Sonata”, przeklęty utwór komponowany przez Istvana pod wpływem mocy nieczystych. We wrocławskim spektaklu wypełniają go potworne ryki, zwierzęce wycie. Nie wiem, czy to najlepszy sposób muzycznego ilustrowania piekielnych inspiracji, ale wiem, że Istvan nie boi się tej muzyki, co trochę jednak dziwi. Brnie w tę potworność założoną, a właściwie zadeklarowaną. Deklaratywność jest wielkim kłopotem spektaklu Szkotaka. Deklaratywnie brzmi tekst i deklaracjami raczej niż czynami są działania aktorów, a nawet zamierzenia scenografa i reżysera.

*

A w programie są takie ładne zdjęcia! Widać na nich bohaterów spektaklu Pawła Szkotaka w kostiumach ze spektaklu, w różnych miejscach wrocławskiego dworca kolejowego. W bufecie przy tandetnych stolikach z giętych metalowych rurek, na peronie, w wielkim holu dworca, w sklepach z butami sportowymi i ubraniami w nowym guście pani Fajtcacy. Dworzec wygląda jak idealna scenografia do sztuki Witkacego. Geometryczne dekoracje ścian współgrają z rytmem luksferów i posadzki. Świat wystudzony, obcy, odpychający, kontrastujący ze stylizowanymi kostiumami teatralnymi.
Gdyby tak zacząć „Sonatę Belzebuba”, z całą pewnością dialogi zakotwiczone w rzeczywistości nabrałyby innego wymiaru, stałyby się współczesne i aktualne, a nie dziwne i pokraczne, rozpięte na przełęczach absurdu, gdzie łatwo spaść w otchłań maniery pseudowitkacowskiego stylu. I każdy wiedziałby, po co to wszystko, a cień łabędzia odsłoniłby prawdziwy żywioł teatru Szkotaka, który karmi się absurdem odnalezionym w rzeczywistości, a nie w przerafinowanych wymysłach. Mogło być naprawdę dużo lepiej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Sonata Belzebuba”, reż.: Paweł Szkotak, scenogr.: Izabela Kolka, muz.: Ryszard Bazarnik, Teatr Współczesny we Wrocławiu, premiera 26 X br.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl