Film


Święty Edi z Bałut

Andrzej Franaszek



„Edi” Piotra Trzaskalskiego to jeden z najlepszych polskich filmów po roku 1989. Gdy zastanawiam się, kiedy wychodząc z kina byłem równie silnie poruszony i przekonany, że reżyser ma coś ważnego do powiedzenia nam, polskim widzom, a jednocześnie po prostu umie to zrobić – przychodzi mi na myśl jedynie znakomity „Dług” Krzysztofa Krauzego.


Podobieństwa między tymi filmami nie są – wbrew pozorom – duże. Oba portretują naszą rzeczywistość bez upiększeń, wskazując obecne w niej zło. „Dług” jednak to przede wszystkim realistyczna, drapieżna obserwacja. „Edi” – nie lekceważąc prawdopodobieństwa zdarzeń i psychologii postaci – zmierza w kierunku opowieści baśniowej, wykraczając poza społeczny i doraźny kontekst.

Zbieracze złomu

Tytułowy bohater filmu Trzaskalskiego (w tej roli Henryk Gołębiewski, który mojemu pokoleniu wrył się w pamięć jako bohater „Podróży za jeden uśmiech” i „Stawiam na Tolka Banana”) jest bezdomnym alkoholikiem. Razem z przyjacielem, Jureczkiem (Jacek Braciak) utrzymują się ze sprzedaży złomu; w jego poszukiwaniu, zaopatrzeni w dwukołowy wózek, przemierzają łódzkie ulice. Codzienny zarobek starcza im na coś do jedzenia i porcję bełtu.
Nie są oczywiście jedyni i pierwszą rzucającą się w oczy zaletą filmu jest realizm przedstawienia tego środowiska, oddanego zresztą zarówno przez aktorów zawodowych, jak tzw. „naturszczyków”. Nie ma tu upiększania, ale brak też epatowania brzydotą czy nędzą. Widz ma poczucie prawdziwości, które trudno było odnaleźć choćby w – skądinąd zupełnie niezłym – „Żółtym szaliku” Janusza Morgensterna. Trzaskalski nie idealizuje, ale pozwala swoim bohaterom zachować godność: są nadal ludźmi, a nie obrzmiałymi kukłami, o ich ułomnościach mówi się tu z dyskrecją.
Dzielnicą rządzą Bracia – dwaj gangsterzy handlujący wódką, których największą troską jest ustrzeżenie chodzącej do technikum siostry (zwanej Księżniczką) przed ciążą. Jeśli siostra zdobędzie maturę, będą mogli zarejestrować na nią knajpę – osiągając wreszcie legalną przykrywkę dla czarnorynkowych dochodów. Księżniczka kocha jednak Cygana i owocem tej miłości stanie się wkrótce syn. By ratować kochanka przed zemstą braci, dziewczyna oskarży o gwałt Ediego. Bracia okaleczą go, darując jednak życie – ktoś musi przecież zaopiekować się dzieckiem. Dwaj bezdomni wyruszają więc na wieś, do rodziny Ediego – by stworzyć dziecku dom.
Oglądając ten świat pijaczków i podrzędnych gangsterów, widz ma poczucie dbałości tyleż o realizm, co umiar. Dialogi, choć naszpikowane przekleństwami, nie starają się bulwersować wulgarnością, ani nie próbują rozśmieszyć widza za wszelką cenę (skądinąd proporcje śmieszności i powagi są w filmie bardzo dobrze dobrane). Powściągliwy umiar, budząca podziw delikatność i dyskrecja, brak chęci epatowania czymkolwiek jest jedną z wielkich zalet „Ediego” – widać ją też w sposobie ukazywania przemocy czy seksualności. Znamienne jest choćby, iż o tym, że raną zadaną Ediemu była kastracja dowiemy się z całą pewnością dopiero pod koniec filmu, z dyskretnej, pełnej milczenia rozmowy między dwoma bohaterami. Iluż innych polskich reżyserów pozwoliłoby sobie tu na obsceniczność czy tani żart...
Dzięki dziełu Trzaskalskiego jeszcze jeden wycinek polskiej współczesności znalazł swoje miejsce w kinie. „Edi” to jednak znacznie więcej niż trafne podpatrzenie rzeczywistości, czy – powiedzmy – współczujące pochylenie się nad losem skrzywdzonych i poniżonych.

Rys świętości

W filmie łatwo odnaleźć elementy, które narrację sytuują w miejscu bliskim baśni, moralitetu, paraboli; doraźne miesza się tu z ponadczasowym, jak romans nastolatki i cwaniaczka, będący zarazem miłością Księżniczki i Cygana, któremu patronuje „Romeo i Julia”. Autorzy scenariusza, Trzaskalski i Wojciech Lepianka, o swoim zamiarze mówią zresztą wprost: „Szukając literackiego punktu odniesienia natrafiliśmy nieoczekiwanie na XII-wieczną, zenistyczną przypowieść. Tekst dał nam nie tylko prostą, nośną dramaturgicznie historię, lecz również w sposób jasny zwerbalizował nasze rzeczywiste autorskie intuicje, co do tego, jakie przesłanie ma nieść »Edi«. W centrum naszej uwagi zaistniał problem czynu bezinteresownego, czynu dokonanego w najgłębszej pokorze, czynu o znamionach świętości, w świecie pełnym brudu i biedy. To właśnie pragnęliśmy przejąć z XII-wiecznego oryginału”.
I rzeczywiście: głównym tematem filmu, etycznym problemem, który stoi u jego podstaw jest zdolność do poświęcenia się, bezinteresownej ofiary, miłości. Miłość właśnie ratuje bohaterów, wyzwala choć na chwilę ze świata przemocy i poniżenia.
To drobne gesty czułości i troski, które okazują sobie bezdomni. To poświęcenie dziewczyny, która ratując ukochanego zgodzi się, by ten zerwał z nią, przekonany, iż oddała się innemu. To wreszcie – i przede wszystkim – zachowanie tytułowego bohatera, w którego postaci dostrzegalny jest – używam tego określenia świadomie i bez wahania – rys świętości.
Edi bowiem jest zdolny do ofiary, w trakcie filmu wznosząc się na coraz wyższy stopień poświęcenia. Sprzeda ukochane książki, by kupić sierocie wymarzoną zabawkę. Pilnowanej przez siebie dziewczynie pozwoli wymknąć się na wymarzoną schadzkę, choć wie, że może spotkać go za to kara, a później przystanie na okaleczenie: by uchronić Cygana, nie będzie dowodził własnej niewinności. Przebaczy bratu, który wiele lat temu odebrał mu narzeczoną i gospodarstwo. A wreszcie – w kulminacyjnej i niezwykle przejmującej scenie filmu – odda to, co ma najcenniejszego, przybranego syna, matce i prawdziwemu ojcu.



Henryk Gołębiewski 
jako tytułowy 
bohater filmu 
„Edi” Piotra Trzaskalskiego



Te wspaniałomyślne gesty przemieniają ludzi, którzy stykają się z Edim. Jureczek zrozumie, iż w życiu jest coś ważniejszego niż niedostępny symbol bogactwa, mityczny telewizor. Brat Ediego odzyska wewnętrzny spokój i radość. Księżniczka dojrzeje do pokory i wdzięczności.
Na warstwie fabularnej nadbudowane są symboliczne sensy, rozpięte między dwiema scenami. Pierwsza to znak niewiary, rozpaczy. Na pogrzebie pijaka zabitego przez Braci wdowa przeklina zmarłego za to, że ją zostawił samą, stojąc przy nagrobnym krzyżu złorzeczy – pisał o tym Tadeusz Sobolewski – jakby samemu Bogu, który porzucił ten świat zła i cierpienia.
Druga to wypowiadane dwukrotnie słowa o Wigilii, która jest wtedy, gdy sami jej chcemy. Wigilia to czas pojednania, rodzinnej wspólnoty, wybaczania sobie. I oczywiście więcej: symbol nadziei, narodzin, zwycięstwa życia nad śmiercią. Owocem ofiary Ediego jest przecież także przyjście na świat Dziecka, którego kruchość i piękno wyzwala w dorosłych lepszą cząstkę ich znieprawionych czy zagubionych dusz.

*

Nietrudno zauważyć, iż nakręcenie takiego filmu wymagało dużej odwagi. Groził mu wszak kicz, sentymentalizm, banał. Zwycięstwo twórców „Ediego” nie polega na tym, że sięgnęli po temat religijny, czy – mówiąc ostrożniej – duchowy, ale na tym, że zdołali unieść go bez jednego bodaj zgrzytu, cienia łatwizny, ani na chwilę nie tracąc zaufania widza.
Można powiedzieć, że „Edi” to po prostu wspaniały triumf sztuki filmowej, na który składa się dopracowanie wszystkich istotnych elementów. Dobrze wyważony scenariusz, unikający natrętnego moralizowania. Wspaniała, niosąca film muzyka Wojciecha Lemańskiego. Wizyjne zdjęcia Krzysztofa Ptaka: ciasne sceny łódzkie – kadry ciemne, jak z malarstwa hiszpańskiego czy Caravaggia i kontrastująca z nimi wieś, zachłyśnięcie otwartą przestrzenią, szerokimi plenerami, powietrzem. Bardzo dobra gra aktorów.
I wreszcie rzecz spoza repertuaru technicznych środków. To zniszczona twarz Henryka Gołębiewskiego, który wnosi w ten film nieodpartą prawdziwość, własny przejmujący życiorys. Na długo pozostanie w mojej pamięci piękna scena, w której po tej przeoranej twarzy wędrują drobne dłonie dziecka.


„Edi”, reż.: Piotr Trzaskalski, scen.: Piotr Trzaskalski i Wojciech Lepianka, zdj.: Krzysztof Ptak, muz.: Wojciech Lemański, wyst.: Henryk Gołębiewski, Jacek Braciak, Jacek Lenartowicz, Grzegorz Stelmaszewski, Aleksandra Kisio.
Na XXVII Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni film otrzymał nagrodę specjalną jury, nagrody za zdjęcia, scenografię i drugoplanową rolę (Jacek Braciak) oraz nagrodę dziennikarzy, a następnie został zgłoszony przez Ministra Kultury jako polski film w konkursie Amerykańskiej Akademii Filmowej do OSCARA 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl