Co wynika dla demokracji i dla nas, obywateli, z wyborów samorządowych?


Samo-rządowcy

Jarosław Flis



Zakończone w niedzielę wybory samorządowe można oceniać jak zwykle – jako kolejną próbę sił klasy politycznej. Jednak tym razem wydarzyło się coś ciekawszego: lokalni politycy musieli zmierzyć się nie tylko między sobą, lecz także z nowymi mechanizmami władzy, które ufundował im Sejm – po części jako wyraz szczerej troski o jakość demokracji, po części zaś jako element „pozycyjnego ataku” na interesy politycznych konkurentów. Okazało się, że nowy system przyniósł nie tylko nowe rozdanie, ale zmienił także wzorce zachowań.


Gdy w 1997 r. Jarosław Kaczyński rzucił słynne hasło, że największą frakcją w ówczesnej AWS jest „Teraz, k..., my!”, wielu wydawało się, że tak właśnie wygląda dno polityki. Po pięciu latach widać, jak się mylili. Dziś bowiem dominującą frakcją we wszystkich ugrupowaniach jest już „TKJ”: „Teraz, k..., ja!”. Hasło „TKM” zakładało przynajmniej solidarność grupową, która pozwoliła garstce desperatów przepchnąć kilka nie cierpiących zwłoki decyzji, dotyczących reform w państwie. „My” miało wtedy trwać wiecznie, stąd nie brakowało zainteresowania dla działań długofalowych. Zaczęła się pojawiać tak potrzebna polskiej polityce cierpliwość. 

„TKJ” – nic mniej, nic więcej!

Tegoroczne lato było świadkiem gorączki, w którą wpadły wszystkie ugrupowania przy wyłanianiu list i kandydatów na liderów. Stan, dla którego słowo „amok” jest łagodnym określeniem, wyrażał się w przekonaniu, że żadne zbiorowe sukcesy nie mają znaczenia, o ile nie przekładają się na wysokie prawdopodobieństwo zdobycia mandatu przez zainteresowanego. Sukces zeszłorocznych gambitów PO i PiS-u stał się zachętą do między- i śródpartyjnych przetasowań. Kandydaci o jako tako wyrobionym nazwisku otwierali licytację; np. jedna z takich osób złożyła ofertę kandydowania do małopolskiego sejmiku jednocześnie Lidze Polskich Rodzin, Wspólnocie Małopolskiej (pozostałości po AWS i UW) i koalicji PO-PiS. Wszystkie ugrupowania ją rozważały, oferując mniej lub bardziej odległe miejsca na liście. Ostateczny wybór zainteresowanego wynikał, jak się zdaje, tylko z tego kryterium. 
Polskie ugrupowania jeszcze nigdy tak wyraźnie nie ujawniły swego oblicza „spółdzielni funkcjonariuszy publicznych”. Więcej: stały się powoli spółkami akcyjnymi, grupującymi jednorazowo swe aktywa wyłącznie pod kątem udziałów w przyszłych zyskach. Proces ten, który w minionej kadencji zniszczył historyczne więzy lojalności tzw. obozu posierpniowego, nie ominął i postkomunistów: doświadczenie wspólnych zagrożeń i sukcesów nie wystarcza już, aby zapanować nad ambicjami i apetytem na „konfitury” publicznych stanowisk.
Jednocześnie widać gwałtowny spadek zainteresowania odgrywaniem roli „zająca” – nie mającego szans na mandat kandydata z dalszego miejsca, który ma jednak przyciągnąć dla listy głosy swego środowiska. Na listach poważnych partii zaczęły pojawiać się luki, prawie nikomu z „ogonów” nie chciało się już wydawać pieniędzy na kampanię. Nie było sprawy, dla której warto by się tak poświęcać – skoro ugrupowania są nietrwałe, nie ma co w nie inwestować. Brak jakiegokolwiek pomysłu – poza tym na zdobycie władzy – stanowi też barierę na drodze międzypartyjnych porozumień. Gdy handluje się wyłącznie krótkoterminowymi kontraktami na stołki, pole manewru w negocjacjach znacznie się zawęża.

Dwuturowe „podchody”

To nie sama idea bezpośredniego wyboru wójta, burmistrza czy prezydenta wprowadziła tak wiele zamieszania do lokalnej polityki. Istotne okazały się tu rozwiązania szczegółowe i poboczne, wprowadzone niejako przy okazji. 
Wybory w dwóch turach traktowane były przez opozycję jako remedium na organizacyjną przewagę SLD. Okazało się, że efekt jest odwrotny, że nikt nie odrobił lekcji francuskich wyborów prezydenckich, i że dwie tury uruchamiają szczególnie paskudną grę, która może prowadzić do totalnego zamieszania na scenie politycznej. Każda ze stron (we Francji przede wszystkim lewa, u nas – prawa) dzieli się na 2-3 ugrupowania, z których każde wystawia swojego kandydata. Każdy z nich liczy, że to on będzie tym, który przejdzie do drugiej tury. A wtedy już jego konkurenci, nie mówiąc o elektoracie, i tak będą go musieli poprzeć, aby nie zwyciężył kandydat przeciwnego obozu. Pierwsza tura może być traktowana przez kandydatów instrumentalnie, wbrew logice demokracji. Jest wtedy silnym impulsem do dezintegracji sceny politycznej. Powstają animozje, odbijające się potem czkawką i utrudniające sprawne rządzenie. A kombinacje i nieczytelne układy prowadzą do relatywnego sukcesu kandydatów skrajnych.
Dodatkowo, skądinąd słuszny postulat ograniczenia liczby radnych, został zrealizowany zdecydowanie przesadnie. Przedwyborcza panika dotychczasowych zarządów i radnych, wynikająca z nieuchronnego zmarginalizowania („wypadnięcia z obiegu”) ich znaczącej części, wydawać się może kosztem wartym odżałowania. Jednak fakt, że w kameralnych radach wolta pojedynczego człowieka może wywrócić rządzące układy, nie wpłynie pozytywnie na stabilność władzy w trakcie kadencji. Na pewno zwiększy też prawdopodobieństwo „lobby’ingu bezpośredniego”, czyli korupcji. Gdy przewaga kilku miejsc w radzie wydaje się nieosiągalną większością, pierwszym punktem każdego posiedzenia każdej rady będzie studiowanie listy obecnych. Dwa przypadki grypy mogą zmusić rządzącą większość do odsuwania głosowań nad kluczowymi projektami. 

Nadzieje i wpadki

Na szczęście tendencje dezintegracyjne znalazły lekkie zrównoważenie w kolejnym (niezamierzonym) efekcie niecnie motywowanych zabiegów. Oto SLD przeforsował w wyborach do sejmików wojewódzkich zachowanie tzw. systemu d’Hondta, który preferuje większe ugrupowania. Chciał tym samym zdyskontować swoją przewagę nad podzielonymi konkurentami. Rozwiązanie takie pobudziło PiS i PO do współpracy, która może zaowocować stworzeniem realnej alternatywy dla lewicy w wyborach parlamentarnych 2005. Na dziś jednak kluczową pozycję w sejmikach zajęły Samoobrona i LPR. To po części efekt sejmowego zamieszania, które zmobilizowało sfrustrowanych i zniechęciło do polityki umiarkowanych – po części jednak także skutek ordynacyjnych pułapek: wielkości okręgów, absurdalnie niskich limitów wydatków na kampanię i złożonej gry interesów, jaką uruchamia ordynacja proporcjonalna „ze wskazaniem”. 
W ordynacji tej każdy z kandydatów walczy na dwa fronty – nie tylko przeciw innym partiom. Jest także zmuszony do jednoczesnej konkurencji z pozostałymi kandydatami ze swojej listy. By zachować proporcjonalny podział mandatów między poszczególne partie, konieczne są wielkie okręgi. To powoduje, że kandydaci zajmujący pierwsze miejsca na listach poważnych ugrupowań nie muszą się prawie wcale przykładać do kampanii. Każda duża partia dostaje zawsze choć jeden mandat, a spora grupa wyborców głosuje z zasady na pierwszego na liście. Z kolei kandydaci z dalszych miejsc potrzebują tylko wykroić sobie jakąś niewielką niszę – w przypadku 500 tys. krakowskich wyborców do zostania radnym województwa nie było potrzebnych nawet 5 tys. głosów. Gdy jeszcze dodać, że kandydat do sejmiku mógł w Krakowie wydać tylko... jeden grosz na dotarcie do jednego wyborcy, nie dziwi, że wybory do sejmików zostały skrzętnie ukryte przed większością głosujących. 
Z kolei media zostały zdominowane przez wybory prezydenckie. Lokalny dodatek „Gazety Wyborczej” w Krakowie nie poświęcił wyborom do sejmiku ani jednej notatki w ostatnim tygodniu przed głosowaniem. Przy nieczytelnych układach ugrupowań dodatkowy bonus otrzymywali zatem ci, którzy mieli przebicie do ogólnopolskich mediów, i którzy mieli jeden szyld tak na poziomie lokalnym, jak i regionalnym.
Żałośnie skończył się wyścig polityków z pierwszych stron gazet do wielkomiejskich ratuszy. Poza Lechem Kaczyńskim klęskę ponieśli wszyscy, którym wydawało się, że wyrobiona w stołecznych potyczkach twarz wystarcza do onieśmielenia lokalnej społeczności. Ich żenujące wyniki można odczytać jako niechęć wyborców do instrumentalnego ich traktowania: owszem, władza lokalna może być trampoliną, ale to nie talk-show przyblakłych gwiazd. 
Poza wielkimi miastami wyniki wyborów tworzą znacznie klarowniejszy obraz. W Małopolsce ponad 100 z prawie 180 stanowisk wójtów i burmistrzów zostało obsadzonych już w pierwszej turze. W większości były to udane weryfikacje urzędujących liderów, często wybranych na czwartą już kadencję. Nie brakło też wielkich come-backów, jak choćby w miasteczku Dobczyce, gdzie po czterech latach przerwy znów będzie rządzić Marcin Pawlak – z poparciem ponad 80 proc. wyborców. Jednak są też wójtowie i burmistrzowie, którym wyborcy powiedzieli „panom już dziękujemy”, nie dając im nawet miejsca w drugiej turze.

Obywatelskie złudzenia

We wszystkich niemal większych miastach, podobnie jak w wyborach powiatowych i wojewódzkich, klęskę poniosły inicjatywy pozapartyjne. Pozapartyjne – tzn. takie, za którymi nie stała żadna licząca się siła ogólnopolska, i które musiały walczyć przeciw wszystkim partiom. Szereg spektakularnych sukcesów odniosły natomiast centroprawicowe ugrupowania półpartyjne: formalnie niezależne, ale cieszące się poparciem ogólnopolskich partii. Sukcesy te były tym większe, im silniejsze osobowości stały na czele takich ugrupowań, i im więcej ogólnopolskich partii udało się zjednoczyć za takim „niezależnym” szyldem. Poparcie dla tego rodzaju inicjatyw było zdecydowanie większe od czysto partyjnych koalicji PO-PiS. 
Jednak porozumienia półpartyjne udało się zorganizować tylko w niewielkiej części kraju. Prawie wszędzie natomiast liczne grona aktywnych obywateli podjęły próby uzyskania wpływu na bieg spraw publicznych. Jednak tam, gdzie nie doszło do ich cichego porozumienia z naturalnym sojusznikiem – partiami centrum i umiarkowanej prawicy – skutek był odwrotny do zamierzonego. Rozproszenie działań aktywnych obywateli zwiększało wagę każdego głosu oddanego przez zdyscyplinowany elektorat SLD i LPR oraz tych sfrustrowanych, którzy poparli Samoobronę. Stąd wszelkie uogólnienia mogą być mylące. Trudno uśrednić, na przykład, przypadki Katowic i Krakowa. W pierwszym z miast centroprawicowy, pół-partyjny kandydat został prezydentem już w pierwszej turze, a jego lista zdobyła ponad połowę mandatów. W drugim szereg szlachetnie motywowanych obywatelskich inicjatyw, połączonych z brakiem porozumienia partii centroprawicowych, wykluczyło te ostatnie z rywalizacji w drugiej turze, a w radzie miasta prawie połowa mandatów przypadła SLD i LPR.
W obliczu takich sukcesów, jak gdyńskie 77 proc. dla półpartyjnego kandydata Wojciecha Szczurka, ugrupowania skrajne zostały całkowicie zmarginalizowane. Dlatego jest nadzieja: są w Polsce osoby, które potrafią zjednoczyć wokół siebie grono ludzi wystarczające do prowadzenia lokalnej polityki, która nie będzie instrumentem lub cieniem rywalizacji ogólnopolskiej. Nie ma co jednak liczyć, że taką politykę da się prowadzić w oderwaniu od podziałów ogólnopolskich. Poszczególne sceny polityczne muszą się uzupełniać. Na razie jednak przypadki takie nie nadają, niestety, tonu całości, gdyż przyjęte rozwiązania raczej utrudniają niż ułatwiają porozumienia przedwyborcze.
 
Idee, interesy, zachęty

Zamieszanie wywołane zmianami systemu politycznego nie świadczy bynajmniej, że zmian takich nie warto robić. Tyle że powinno się zerwać z praktyką, gdy kształt mechanizmów władzy jest wypadkową publicystycznych mitów i doraźnych interesów partii. Potrzebna jest nam poważna dyskusja, w trakcie której mechanizmy te zostaną ustawione tak, by podtrzymywać delikatną równowagę idei i interesów. Równowagę, która bierze pod uwagę ludzkie słabości i zostawia miejsce dla śmiałego przywództwa. 
Tak właśnie wykluwały się największe osiągnięcia demokracji. Przykładem niech będą tu amerykańscy ojcowie-założyciele: chcąc uchronić swój kraj przed rządami bądź to dworskich koterii, bądź stołecznego motłochu nie dopuścili oni, aby stolicę państwa umieścić w jednym z dużych i zasłużonych dla niepodległości miast. Powstała stolica nowa, którą celowo ulokowano na bagnach, aby niezdrowy klimat zachęcał polityków do jak najszybszego powrotu do swych okręgów wyborczych, do utrzymywania więzi z mieszkańcami i unikania kuluarowych koterii. 
Bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów są tylko elementem „układanki”. W długofalowym interesie wszystkich uczestników gry politycznej jest, aby rozwiązanie to uzupełnić o dwie zachęty. Po pierwsze: do stałego opierania się liderów lokalnych na aktywnych obywatelach. Po drugie: do sensownego ustawienia relacji z partiami ogólnopolskimi. 

Dr Jarosław Flis – socjolog, pracownik naukowy UJ, specjalizuje się w badaniach mechanizmów władzy oraz funkcjonowania ugrupowań politycznych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl