Rysunki Andrzeja Rosołka


Przygody duszy

Bogusław Deptuła 



„Tracąc bezpowrotnie biel” – napisał w odautorskim komentarzu do wystawy „Animula” Andrzej Rosołek. To zdanie dobrze opisuje dylemat artysty, rysownika stającego, zasiadającego, pochylającego się nad białą kartką papieru, na moment przed rozpoczęciem pracy. 


To chwila niezwykła i często rozstrzygająca; wiele zależy od tych pierwszych sekund kontaktu idei z materią. Z rozmysłem używam słowa „idea”, bo rysunki Rosołka rozprawiają o sprawach najważniejszych, o dylematach sztuki, duchowości i egzystencji, także w jej aspekcie fizycznym, który dla autora, choć właściwie pogardzany, ma chwilami decydujący wymiar. 

*

Andrzej Rosołek, absolwent malarstwa warszawskiej ASP w pracowni Stefana Gierowskiego, niemal natychmiast po studiach porzucił malarstwo sztalugowe. Wybrał rysunek, którego uczył go Tomasz Ciecierski. Pewnie to świadomy wybór medium w jakimś sensie bardziej intelektualnego. Wszak w naszym kręgu cywilizacyjnym to cierpliwy papier przechowuje najważniejsze treści intelektualne. Mówiąc przewrotnie, papier jest mądrzejszy od płótna. 
Rysunek jest u Rosołka dziełem skończonym, niezależnym od malarstwa i niezmiernie bogatym znaczeniowo. Maria Poprzęcka pisała o złudzeniu szkicu, ale właśnie kompozycje Rosołka od szkicowości całkowicie odstępują. I choć nierzadko więcej tu zamazanego niż widocznego, więcej enigmatów niż oczywistości, więcej sztuki niż natury, prace te mają pełną artystyczną i intelektualną samodzielność. Często zanurzone są głęboko w prywatnej symbolice, dlatego nie zawsze zdołamy rozszyfrować je do końca, pozostaniemy na krawędzi rozpoznawalnego, ograniczając się do przyswojenia tego, co widoczne, bez możliwości przeniknięcia w głąb. Bez wskazówek od autora nasz odbiór może pozostać powierzchowny. 
Wystawa w warszawskiej Galerii Schody jest pierwszą wystawą indywidualną artysty po jedenastu latach przerwy. Poprzednia, zatytułowana „Nie zabłądziłeś, już dawno temu zabiłem Ciebie”, miała miejsce w Małym Salonie warszawskiej Zachęty. Także skupiała się na duszy i jej skomplikowanych relacjach z ciałem i miłością. W tym bermudzkim trójkącie ludzkiej egzystencji pojawia się i znika cała twórczość Andrzeja Rosołka. 
Czasami mam wrażenie, że jego ideałem artystycznym pozostaje ostatni film Dereka Jarmana „Blue”: błękitny ekran świeci, nie widać już nic, tylko głos wiedzie nas w skomplikowany świat czyjegoś doświadczenia. Na rysunkach Rosołka kształty z trudem wydobywają się na powierzchnię papieru, walcząc z niechęcią autora do ich ujawnienia. Częstym nośnikiem treści jego prac jest mgła, grafitowa albo sangwinowa, spowijająca i odsłaniająca dramatis personae, bo jednak najczęściej chodzi tu o ludzkie postaci. Mogą być uskrzydlone, choć właściwie waham się nazwać je aniołami. To nie są, jak chce filologia, posłańcy. Miewają kanciaste, matematyczne czy krystaliczne skrzydła i służą do bardzo ważnych misji. Autor, choć sam na pewno nadaje tytuły dziełom, nam ich nie odsłania, jawnie chcąc skomplikować kwestię rozumienia.
Niekiedy można rozpoznać w tych rysunkach konkretne inspiracje; głowa jednorożca zaczerpnięta została z francuskiej tapiserii z około 1500 roku, eksponowanej w paryskim Musée Cluny. Historia „Damy z jednorożcem” to przypowieść o zmysłach, bogactwie wewnętrznym i nędzy pozorów. W innym rysunku pojawia się kamienna ławeczka z sycylijskiej Willi Palagonia – element bardzo konkretny i rozpoznawalny, ale przez nielicznych. Chodzi bowiem o dzieła erudycyjne, uwikłane w gęstwinę skojarzeń, cytatów, interpretacji. Rosołek, zanurzony w kulturze, w niej znajduje właściwe dla siebie podglebie twórcze. Jest zaprzeczeniem Anteusza, kontakt z ziemią zdaje mu się bardzo mało potrzebny. 

*

Wracając do tytułu wystawy – zaczerpnięty on został z wiersza, którego autorstwo przypisywane jest cesarzowi Hadrianowi. Sławny początkowy wers tego utworu w łacińskim oryginale brzmi: „Animula vagula blandula”, co w tłumaczeniu daje: „Duszyczko ulotna miła..” i dalej idzie jak następuje: „gościu, druhu mego ciała, dokąd się wybierasz teraz, blada, smutna, zagubiona, bez swej dawnej wesołości?”. 
Przytoczyłem wiersz w całości, jako że doskonale oddaje nastrój wystawy Andrzeja Rosołka. Autor użył też łacińskich słów strofy Hadriana do opisania ludzkiego szkieletu i najważniejszych na nim punktów. Z tego podpisywania powstała niecodzienna, poetycko-rysunkowa mapa. To bardzo typowe dla Rosołka powiązanie: w całość stopiono elementy, zdawałoby się, przeciwstawne czy wręcz wykluczające: poezję i ossuarystykę, metafizykę i gastrologię, jakby w gęstwie trzewi nie zła chemia się kryła, a niezbędny napęd dla ducha i ciała. Rysownik pamięta, że jesteśmy cieleśni, by niemal natychmiast o tym zapomnieć i przedstawiać splot kiszek jako swoisty ornament zdobiący nasze wnętrze. Może skrywa on coś znacznie ważniejszego, może właśnie w jakimś zapomnianym kącie naszego przewodu pokarmowego ukryła się owa Animula, która od tylu lat nie daje spokoju Andrzejowi Rosołkowi? Choć według mapy przezeń wytyczonej siedzibą Animuli jest lewe oko. 
Kiedyś Maria Janion, zachwycona pracami Rosołka, nazwała go „wielkim artystą śmierci”. Nie zawsze rozprawia on wyłącznie o śmierci, wiele tam innych problematów. Jego rysunki jawią się jako swoiste rebusy, które rozwiążemy, jeśli zdołamy posiąść podobny bagaż doświadczeń i podobną wrażliwość. Z góry wiadomo, że to niemożliwe, ale szalenie kuszące.

„Animula”. Andrzej Rosołek – rysunki. Galeria Schody, ul. Nowy Świat 39, październik–listopad 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl