„Mityczna przestrzeń naszych uczuć” Ryszarda Przybylskiego


„Elitarne nauczanie przez analogię”

Tomasz Cieślak-Sokołowski



Dwie książki Ryszarda Przybylskiego, „Baśń zimowa. Esej o starości” oraz wydana w tym roku „Mityczna przestrzeń naszych uczuć”, kończą się niemal identycznie: „Wiedział, że tylko zapisane słowo wygra z Wędkarzem [w „Baśni zimowej”: „z materią” – TCS]. Układał więc nadal słowa w zdania. I pisał.

O smętny, o kochany
Nie będziesz oszukany”.

Wędkarz jest postacią z poematu Różewicza „Złowiony”, tajemniczą siłą trzymającą człowieka w swej mocy i próbującą wyciągnąć go z rzeki życia, czasu. Przesunięcie w sensie zakończenia obu esejów wydaje się więc zasadnicze: z ziemskiej przestrzeni zmagań człowieka z materią, dziedziną jego zaistnienia, przenosimy się ku temu, co ponad (losowi? zasadzie wszechbytu? Bogu?). Co spowodowało owo poszerzenie pola oglądu?

W mitycznej przestrzeni

Podobnie jak w „Baśni zimowej”, tak i w najnowszym eseju Ryszard Przybylski czyta poezję, wspierając lekturę licznymi głosami skądinąd. Cytaty z dzieł filozofów, psychologów, filologów, poetów stają się z jednej strony świadectwem ogromnej erudycji autora, o której nikogo dziś już chyba nie trzeba przekonywać (mimo to zadziwia liczba i różnorodność odwołań – vide na końcu lista „Książek cytowanych”), z drugiej zaś wspomagają czy potwierdzają intuicje interpretacyjne. Próżno jednak na kartach „Mitycznej przestrzeni...” szukać zdań takich jak to, które kończyło jeden z rozdziałów „Eseju o starości”: „Niedopoznanie nad niedopoznaniem i wszystko niedopoznanie”. Dlaczego?
Przybylski wsłuchuje się bowiem na kartach swej najnowszej książki w głosy poetów, którzy swe doświadczenie wtopili w wieczną przestrzeń mitu. Podejmuje na oczach czytelnika lekturę cyklu Anny Achmatowej „Kwitnący głóg” (rozdział „Gość ze Świata, los i Księżniczka”), wierszy Osipa Mandelsztama „Weź ku radości...” i „Za grzech, żem poniechał twych rąk...” („Miłość, kobieta, świat i przeznaczenie”). Następnie odczytuje „Uranię”, ostatni wiersz Jarosława Iwaszkiewicza („Cierpienia osobności”), utwór Josifa Brodskiego „Do Lykomeda na Skyros” („Krzywda”) oraz poemat Tadeusza Różewicza „Acheron w samo południe” („Ciężar czasu”). Dlaczego jednak Przybylski wybiera utwory poetów oglądających swe przeżycia w świetle mitu?
Pierwsza odpowiedź odwołuje się do postrzegania roli twórcy i jego wyborów. Przede wszystkim czyni tak dlatego, że – jak sam pisze: „Jest tak jak u Hezjoda. Poetę tworzy Muza. Rozsadzając sprawy ludzkie, dzięki niej znajduje on »nieomylne słowo«. Mówi prawdę”. Po drugie dlatego, że o niezbywalnej wartości mitu najlepiej świadczą właśnie twórcy słowa: „Mógłbym oczywiście długo przekonywać Czytelnika (...), ale przecież lepiej ode mnie przekona go poeta”. Interpretator wkracza w dziedzinę mitu także dlatego, że „tego, co było na początku, nie sposób ośmieszyć czy spostponować”.
Ponadto, to przekonanie drugie, Przybylski uważa, że „dopiero w przestrzeni mitycznej nasze uczucia znajdują swój pełny wymiar, swoją chwałę”. Dlatego pewnie wybiera „głosy z głębin epoki bohaterów”, a nie „przeraźliwą kipiel uczonych abstrakcji”. Podobnie jak Mircea Eliade, tak oto definiuje funkcję mitu: „złowić materię doświadczenia ludzkiego w swoją sieć i rozpocząć elitarne nauczanie przez analogię”. 
Dlaczego jednak „elitarne”? Przybylski czyni tu zasadnicze zastrzeżenie, formułuje swoisty warunek wejścia w przestrzeń mityczną. Na początku swych rozważań pisze: „Opowieści mityczne nie przemówią do człowieka rozczulonego własnym nieszczęściem. Adoracja żalu dość szybko przekształca się w rozpacz, która zabija trzeźwe myślenie. (...) Mądrość mitu jest dla ludzi nagich, którzy nie znają wstydu zagubienia”.
Mądrość mitu jest więc dla Achmatowej, która swe nieszczęście odnalazła w losach Dydony urzeczonej przybyszem-Eneaszem... i przebaczyła; jest dla Mandelsztama, dla którego pszczoły Persefony stały się nauką „cierpliwego czekania na przeznaczenie”; jest także dla Iwaszkiewicza rozmawiającego z Uranią, dla Brodskiego zapatrzonego w tragiczny los Tezeusza i dla Różewicza przemieniającego gliwicką Kłodnicę w Acheron, rzekę czasu i cierpienia. To im bowiem w świetle mitów udało się zobaczyć odwieczną zasadę ścierania się wiecznego życia (zoé) z życiem osobniczym, skończonym, śmiertelnym (bios). Wszyscy oni nie poddali się rozpaczy i odebrali nagrodę: uczucia rodzące się w trudnych, bolesnych przeżyciach przemienili w swoją chwałę.

Przestrzeń eseju

Według Ryszarda Przybylskiego esej mógł się w ogóle narodzić dzięki okresowi retorycznemu, rozbudowanemu, wewnętrznie zhierarchizowanemu zdaniu złożonemu. Ów zabieg stanowił o sile wyrazu „Baśni zimowej”, o sile uderzeń stukotu cierpienia, jaki rozlegał się na kartach „Eseju o starości”. Wielokrotnego, gorączkowego przeglądania myśli w coraz to nowych słowach, zdaniach wydaje się brakować na kartach „Mitycznej przestrzeni...”. Styl Przybylskiego zdaje się zwalniać, przechylać w stronę harmonii, spokoju. Narracja staje się plastyczna, obrazowa. Taki wpływ wywiera na interpretatora przebywanie w przestrzeni mitycznych głosów.
Owa przestrzeń otwiera także przed eseistą bramy sensu. W „Nocie” do rozdziału „Ciężar czasu” czytamy bowiem: „»Odczytałem« te rękopisy [teksty Różewicza związane z poematem „Acheron w samo południe” – TCS] dopiero po trzydziestu kilku latach, ale w końcu »odczytywać« poetów należy dopiero wówczas, kiedy zjawia się iskra zrozumienia”. Taką „iskrę” zapewnia zaś „bezlitosne światło mitu”, „głosy z głębin epoki bohaterów”.
Wkroczenie w przestrzeń eseju wiąże się jednak, według Przybylskiego, z pewnym zadaniem. „Obowiązkiem starego człowieka (jak sam siebie nazywa) jest przypominanie”, przypominanie „odwiecznych »przeklętych problemów«”. Esej to także „nieodzowne literackie dopełnienie niepokojów epoki”. Jakiż jednak niepokojący problem może tym razem wydobywać na jaw Przybylski?
W czasach, kiedy tak łatwo o rozpacz, gdy tak wielu popada w zwątpienie, eseista próbuje przywrócić człowiekowi godność, chwałę, próbuje go zahartować przeciw wyrokom złego losu. Jedynym lekarstwem zaś staje się odczuwanie ludzkich spraw w wiecznej przestrzeni mitu. Choćby nawet rozpoznanie okazało się nader bolesne, to jednak życie nabierze w końcu sensu. 
Owo odzyskanie utraconego sensu egzystencji wydaje się najwyższą stawką walki człowieka z przeznaczeniem. Przekonuje o tym przykład bohaterów pierwszej części eseju „Kobieta i mężczyzna. Mężczyzna i kobieta” (Achmatowej i Mandelsztama), którzy zgodzili się na cień drugiej osoby (eidolon), jednocześnie przebaczając (także sobie samemu). Również poeci z drugiej części książki Przybylskiego, „Odmętu uczuć” (Iwaszkiewicz, Brodski i Różewicz) zachowali nadzieję, mimo że rozpoznali swój los istnień śmiertelnych (bios) wobec wiecznego życia (zoé).
Książka Przybylskiego jest więc kolejnym wezwaniem kierowanym ku współczesnemu człowiekowi, wołaniem o powrót do myślenia w kategoriach analogii. Taki sposób odczuwania stał się udziałem poetów, którzy swój los ujrzeli w świetle mitów grecko-rzymskich. O taki sposób życia apelował także swego czasu Czesław Miłosz w „Ziemi Ulro”, domagając się powrotu do „alchemii, czyli archetypów i prawa analogii”. Tylko bowiem ów powrót może stać się wybawieniem, znakiem niezgody na pustkę Ulro.

Ryszard Przybylski, „Mityczna przestrzeń naszych uczuć”. Warszawa 2002, Wydawnictwo Sic!, seria: „Stanowiska / Interpretacje”, t. 17. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl