Razem jesteśmy wezwani


Dokument „Święty obowiązek. Przemyśleć na nowo relację wiary chrześcijańskiej do żydów i judaizmu” [drukowaliśmy go w „TP” nr 40/2002; dotyczył go tekst Violetty Reder (nr 40/2002) oraz spór Piotra Sikory z ks. Michałem Czajkowskim i Johnem T. Pawlikowskim OSM (nr 43 i 45/2002) – przyp. red.] odebrałem jako kolejną zachętę do głębszego spojrzenia chrześcijan na żydów i judaizm. Polemika pana Sikory, odpowiedź księży Czajkowskiego i Pawlikowskiego pokazuje, że temat, dotykający sedna naszej tożsamości, jest niełatwy i budzący niepokój. Pamiętam prognozę jednego z sygnatariuszy „Dabru emet – mówcie prawdę” – żydowskiej deklaracji na temat chrześcijan i chrześcijaństwa ogłoszonego wiosną 2001 r. [dokument wraz z komentarzem opublikowaliśmy w „TP” nr 21/2001 – przyp. red.], że dialog chrześcijańsko-żydowski powoli zmierza do pytań zasadniczych, do teologii. Ufam, że rozpoczęta na łamach „TP” dyskusja pozwoli nam raz jeszcze przyjrzeć się związkom Kościoła i Synagogi. I pozwoli pytać: odważnie, szczerze, z nadzieją. 
Papież Pius XI mówił przed wojną do katolików belgijskich, że antysemityzmu nie można pogodzić z nauką Kościoła, ponieważ chrześcijanie duchowo są Semitami. Papież płakał, gdy mówił, że przez Chrystusa i w Chrystusie jesteśmy duchowym potomstwem Abrahama! Tak żydzi, jak chrześcijanie są Bożym Izraelem – żydami, wybranymi po imieniu i wezwanymi do tego, by w ich życiu objawiła się moc Pana, który jest Jeden. W tym sensie trzeba chyba rozumieć słowa Jana Pawła II, że judaizm nie jest czymś zewnętrznym wobec chrześcijaństwa. Stanowimy wspólnotę wybranych nieodwołalnie i umiłowanych do końca dzieci Boga. Ten Izrael, jesteśmy tego pewni, będzie zbawiony. Chrześcijanie winni nie tylko wspominać wspólne dziedzictwo Prawa i Proroków – duchowe skarby, których świadomość nie zawsze w nas istnieje. Są też wezwani do tego, by z radością w sercu patrzeć na judaizm dziś. Szczere zapatrzenie w judaizm, pragnienie poznania jego bogactwa, pomoże nam dojść do Jezusa, rozpalić w nas pragnienie gorącej z Nim zażyłości i poznania Ojca, który jest w niebie. Odkryjemy w ten sposób, że Słowo Boga skierowane jest do żydów i nie-żydów. Każdy według Bożej woli ma dostęp do jego łaski, darów i obietnicy.
Prozelityzm i nieszczery dialog szkodzą osiąganiu komunii i czerpaniu z życiodajnego dziedzictwa Prawa i Proroków. Chrześcijanie przyjmują, że żydzi pozostając pod jarzmem Tory (i nie przyjmując jarzma Ewangelii) będą zbawieni za mesjańskim pośrednictwem Jezusa z Nazaretu. Za św. Pawłem przyjmujemy, że misteria Kościoła i Izraela przenikają się i stanowią tajemnicę, wobec której rozum musi ustąpić. Nie istnieją jednak dwie drogi do zbawienia: judaizm dla żydów i chrześcijaństwo dla pogan (gojów). Taka perspektywa byłaby może i wygodna, wyciszyłaby wzajemne obawy (nie tylko żydowskie; judaizm jest atrakcyjny i posiada nie tak mało konwertytów). Nie dajmy się jednak zwieść pozornym profitom. Podwójna ekonomia zbawienia oznaczałaby koniec dialogu chrześcijańsko-żydowskiego.
Jak zatem wytłumaczyć fakt, że dwa tysiące lat po „wydarzeniu Jezusa” Izraelici wciąż oczekują Mesjasza? Co to oznacza dla wiary i tożsamości chrześcijan? Może potrzebujemy czasu, żeby nauczyć się odchodzenia od świata i właściwego odnoszenia do Stworzyciela, jakim jest doświadczenie szabatu, którego piękna chrześcijanie w świętowaniu niedzieli jak gdyby zapomnieli? Może o obnażanie bałwochwalstwa i naszych idoli? Albo o naukę czci dla Słowa i Tradycji, pieczołowicie zachowywanych przez naszych starszych braci w wierze? Te pytania to początek drogi wspólnego religijnego myślenia. Co na ten temat mówi teologia? Jak o tym świadczy codzienne życie Kościoła?
Kilka dni temu przyjaciółka, po powrocie z paryskich Wspólnot Jerozolimskich, pokazała mi ich tygodniowy plan zajęć. Znalazłem tam, m. in.: „piątek wieczór – modlimy się z naszymi braćmi żydami i muzułmanami”. Zwyczajnie, bez napuszonych ozdobników i schlebiania sobie, że taka wspólna modlitwa jest czymś wyjątkowym. Kończy się piątek, przychodzi szabat, więc modlimy się z naszymi braćmi do Boga Jedynego. Jakże kocham mój Kościół! 


KRYSTIAN CHMIELEWSKI
(Warszawa) 


Do tematu wracamy też w tekście ks. Johna T. Pawlikowskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl