Czy partia komunistyczna zmodernizuje Chiny?


Mao, Konfucjusz i Bill Gates

Z Jean-Yves Chevrierem, dyrektorem Centrum Chin paryskiej Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, rozmawia Maria Kruczkowska



MARIA KRUCZKOWSKA: – PZPR w Polsce dotrwała do X zjazdu, Komunistyczna Partia Chin właśnie obraduje podczas XVI Kongresu, który nie będzie ostatnim. Jak wytłumaczyć zdumiewającą żywotność chińskiego komunizmu? 
Jean-Yves Chevrier: – W ZSRR Gorbaczowa zabrakło elementu, który zdecydował o sukcesie chińskich reform w latach 80. – chłopstwa. Maoizm nie zniszczył, ani nie zurbanizował wsi, która stała się kluczem do sukcesu reform. Wystarczyło przeprowadzić dekolektywizację, by po latach zastoju gospodarka ruszyła na nowo. Poza tym, Gorbaczow był człowiekiem zafascynowanym nowoczesnością, techniką, zarządzaniem, natomiast reformatorzy chińscy to starzy towarzysze, pamiętający Wielki Marsz z lat 1934-35 [przegrupowanie 100 tys. ludzi chińskiej Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej z południa kraju na północny wschód (12 tys. km), w czasie którego trwały walki z wojskami rządowymi – przyp. red.] i spory o kolektywizację z lat 50. Chen Yun [odsunięty od władzy w czasie rewolucji kulturalnej w drugiej połowie lat 60., później wicepremier i wiceprzewodniczący KC KPCh – przyp. red.], z początku sojusznik Deng Xiaopinga [(1904–1997) – od 1978 r. czołowy polityk ChRL, animator reform gospodarczych i otwarcia kraju na świat, podjął decyzję o stłumieniu demokratycznego ruchu studentów w czerwcu 1989 r.; po ustąpieniu z funkcji partyjno-państwowych zachował decydujący wpływ na sprawy państwa – przyp. red.], kłócił się swego czasu z Mao Zedongiem [(1893–1976) – brał udział w obalaniu cesarstwa w 1912 r., w czasie Wielkiego Marszu objął przywództwo w partii komunistycznej; inicjator gospodarczego Wielkiego Skoku z 1958 r. i rewolucji kulturalnej – przyp. red.] o komuny ludowe, twierdząc, że zniszczą wieś. Kiedy w 1988 r. Gorbaczow zrehabilitował Nikołaja Bucharina [ekonomista i rosyjski komunista, przeciwnik kolektywizacji; w 1938 r. skazany w procesie 21, tzw. bloku prawicowo-trockistowskiego – przyp. red.], chińscy intelektualiści mówili mi w Szanghaju – „To znak, że Gorbaczow zabierze się naprawdę za reformy. My to już robimy od pewnego czasu”.
– A gdyby zaczęli reformę od miast? 
– To byłaby gotowa recepta na klęskę. Robotnicy i urzędnicy, czyli większość mieszkańców chińskich miast, broniliby zdobyczy socjalizmu: bezpieczeństwa zatrudnienia, mieszkań zakładowych, opieki lekarskiej. Komuniści chińscy podzielili reformę na etapy i w pierwszym z nich ominęli miasta. W ten sposób do połowy lat 90. chińscy robotnicy zachowali zdobycze socjalne, a w 1989 r. nie przyszli z pomocą buntującym się intelektualistom i studentom. Nawet jeśli w tym burzliwym roku robotnicy wychodzili na ulice, to nie w sprawie wolności, ale inflacji, bo reforma rynkowa zaczęła bić ich po kieszeni. 
W drugiej połowie lat 80. gospodarka była przegrzana. W 1988 r. Li Peng, ówczesny premier, który kierował później represjami wobec opozycji demokratycznej, zaczął ją schładzać. Efektem była recesja trwająca do początku lat 90., gdy rząd zrozumiał, że z robotnikami nie ma żartów. Odblokował ogromne kredyty i, choć produkcja nie wzrosła, przekupił robotników rozdawnictwem pieniędzy. 
– O co pokłócili się Deng i Chen?
– Chen Yun chciał zrezygnować z planowania w przemyśle lekkim i usługach, ale upierał się, że nie można od niego odstąpić w przemyśle ciężkim. Natomiast Deng Xiaoping zamierzał zrezygnować całkowicie z centralnego planowania w dawnej formie. Podziały zaczęły się z chwilą, gdy reforma weszła do miast. Chen Yun pokłócił się z Dengiem i w 1982 r. stanął na czele konserwatywnego skrzydła partii. Spór między nimi dotyczył też kwestii stopniowego otwierania Chin – drugiej reformy Denga. Chcąc ściągnąć kapitał z Tajwanu i Hongkongu, Deng stworzył specjalne strefy ekonomiczne. Konserwatyści obawiali się, że dając strefom prawie wolną rękę w kontaktach z zagranicą ogranicza się władzę centrum – Pekinu. 
Kapitały zaczęły płynąć do Chin dopiero po masakrze studentów na placu Tiananmen i to mimo bojkotu Chin przez państwa zachodnie. Dlaczego?
– Atutem Chin jest olbrzymia diaspora. W 1989 r., w środku represji wobec ruchu demokratycznego, do Chin napłynęły miliardy dolarów od Chińczyków z zagranicy, również z Tajwanu. W latach 80. mówiono o otwarciu, ale inwestowano mało. Najwięcej wnosił Hongkong, instalujący montownie w sąsiedniej prowincji kantońskiej. Nie było tego jednak wiele. Eksplozja przypadła na lata 1989-91, gdy reżim odwołał się do uczuć nacjonalistycznych członków diaspory. Chińscy kapitaliści zainwestowali w chiński komunizm. Rozwijano przed nimi czerwone dywany, schlebiano im, dawano tytuły honorowe. Dali się przekonać, że Chiny są stabilne politycznie. Na dodatek inwestycje okazały się rentowne. 
– Nacjonalizm był kolejnym kluczem do sukcesu Chin?
– Już w latach 80. nacjonalizm zaczął wypierać marksizm. Symbolem sukcesu lat 90. stał się natomiast Szanghaj – najważniejszy atut na szachownicy chińskich reform. Tu narodziła się partia komunistyczna, stąd startowała rewolucja kulturalna. Reformy lat 80. omijały jednak miasto. W 1988 r. był tam tylko jeden wieżowiec – hotel Hilton. Dziś miasto jest witryną reform. Podobno dlatego, że władzę w Pekinie sprawuje tzw. szang-hajska klika (z prezydentem Jiang Zeminem na czele). Komuniści zrozumieli, że Szanghaj jest kluczem do równowagi geopolitycznej wewnątrz Chin. 
– Czy jedność kraju była zagrożona?
– Na początku lat 90. Chiny nękały wspomnienia panów wojny z lat 20., którzy podzielili kraj. Przypominano odśrodkowe tendencje południa i fakt, że Kanton dryfuje w stronę Hongkongu. Ponieważ po przyłączeniu do Chin ta kolonia brytyjska mogła stworzyć z Kantonem zbyt silny przeciwbiegun dla Pekinu, do 1997 r. sprawami Hongkongu zajmował się bezpośrednio Pekin, a nie Kanton. Pekin umyślnie prowokował konflikty z ostatnim w Hongkongu brytyjskim gubernatorem Chrisem Pattenem, by pokazać, kto tu jest panem, i podsycać chiński nacjonalizm. 
– Czym były lata 90. dla chińskich reform?
– Wtedy objęto nimi sektor państwowy. Podobnie jak w Polsce miał on ważne funkcje socjalne, był ogniwem systemu opieki społecznej, służby zdrowia itd. Reformatorzy chcieli zamienić zakład socjalistyczny w samodzielny podmiot ekonomiczny gospodarki rynkowej – konkurencyjny wobec rynku światowego, z którym Chiny zaczęły się integrować. Prawie nie mówiono o prywatyzacji: transformacja polegała na zamianie przedsiębiorstwa państwowego w publiczną spółkę akcyjną, przy czym posiadaczami akcji stawało się miasto, prowincja czy ministerstwo. 
Przywódcy chińscy nie zamierzają utrwalać pozycji kraju, budującego gospodarkę na bazie taniej siły roboczej. Modernizują przemysł państwowy, bo chcą, by ich kraj znalazł się w światowej czołówce gospodarczej również pod względem technologicznym. Na początku lat 90. zaczęto wyposażać przemysł ciężki, górnictwo, przemysł naftowy, transport w zaawansowaną technologię światową. Potrzebny był ogromny kapitał i zachodni specjaliści od zarządzania. Kiedy w 1992 r. rząd to zrozumiał, zdecydował się po raz kolejny otworzyć na zachodni kapitał. Inwestorzy zachodni rzucili się na Chiny, które stały się największym, wśród krajów rozwijających się, światowym odbiorcą bezpośrednich inwestycji zagranicznych. 
Koniec lat 90. to czasy premiera Zhu Rongji, głównego reformatora w rządzie chińskim. 
– To inteligentny człowiek, który nie powtórzył błędów Li Penga: wprowadził regulatory makroekonomiczne, zacieśnił kontrolę nad przepływami finansowymi i wykorzystał takie instrumenty, jak stopy procentowe czy masa monetarna. W latach 90. udało się utrzymać wzrost gospodarczy bez inflacji i rozpocząć redystrybucję owoców reformy z prowincji nadbrzeżnych w stronę biedniejszych Chin zachodnich.
– W partii coraz mniej mówi się o socjalizmie, coraz więcej o Chinach.
– Dyskurs ideologiczny budowany jest wokół modernizacji gospodarczej i budowy potęgi Chin. W latach 80. w obozie reformatorskim silny był nurt neoautorytaryzmu. Partyjni reformatorzy byli wpatrzeni w Tajwan, gdzie dzięki technokratom z rządzącego Kuomintangu dokonywał się cud gospodarczy. W latach 90. neoautorytaryzm ewoluował w stronę neokonserwatyzmu. Uznano, że potrzebna jest silna władza, lecz nie typu technokratycznego, raczej oparta na uniwersalnym modelu zachodnim i odwołująca się do chińskiej tradycji autokratycznej.
Odwracając się od maoizmu, Chińczycy zaczęli wracać do historii sprzed 1949 r. Otwarto świątynie, odtworzono klanowe genealogie, zaczęto przypominać obyczaje. Powstał stop starego i nowego. Partia wie, że komunizm nie zajmuje już całej sceny, więc przedstawia siebie jako reprezentantkę dziedzictwa przeszłości, z buddyzmem i taoizmem włącznie, które są dobre, bo chińskie. Przyjmuje też, jako swoją, chińską przeszłość rewolucyjną – od Sun Jat Sena [przywódca powstania antycesarskiego w 1912 r. i jeden z twórców nowoczesnych Chin – przyp. red.] po Mao Zedonga. Wreszcie jest wcieleniem nowoczesnych Chin i ich otwarcia na świat. Komuniści nie prezentują się już jako partia Mao, bo oznaczałoby to zawężenie się do fragmentu historii Chin, ale reprezentują całą historię kraju. 
Do najstarszych chińskich znaków należy Wang – król. Symbol składa się z trzech poziomych kresek oznaczających: ziemię, społeczeństwo i władcę, którego reprezentuje kreska pionowa, łącząca pozostałe. Partia, łącząc stare tradycje, jeszcze feudalne, którym rewolucja nadała nowy sens, odnalazła nową legitymację. W syntezie można znaleźć uzasadnienie powrotu do kapitalizmu i własności prywatnej, odwrotu od ideologii, ale i odmowy wprowadzenia demokracji, nie należącej do chińskiej tradycji. Tylko partia, powołując się na Konfucjusza, Mao i Billa Gatesa, może wprowadzić Chińczyków w nowe czasy. 
– Jacy ludzie są u władzy w Chinach?
– Nie są to orientalni despoci. Potrafią dostosowywać się do świata. Reprezentują komunizm, który wyszedł ze swych ram i stał się narzędziem autorytarnej modernizacji. Kierują się, świadomie lub nie, zasadą wyłożoną już w „Lamparcie” Lampedusy – „Wszystko musi się zmienić, by wszystko mogło pozostać po staremu”. Przewidzieli skutki rozpadu ZSRR, wzrost integryzmu muzułmańskiego w przygranicznym Xinjiangu oraz tendencje odśrodkowe. O demokracji nie ma jednak co z nimi rozmawiać.
Czy Chiny – politycznie konserwatywne, ale gospodarczo dynamiczne – są nadal komunistyczne?
– Pod wieloma względami już nie. Socjalizm nie gwarantuje zatrudnienia. Choć rzeczywistość zadaje im kłam, w świadomości społecznej mocno tkwią takie wartości jak egalitaryzm i sprawiedliwość społeczna. Pozostała też partia komunistyczna. Jej członkowie kierują spółkami kapitalistycznymi, ale ona sama zachowała strukturę właściwą partiom komunistycznym, z centralizmem demokratycznym, komórkami partyjnymi, kontrolami, komisarzami włącznie. 
Chiny nie stały się państwem autorytarnym. W takim państwie partia u władzy nie dubluje struktur życia społecznego. W Chinach organizacje partyjne nie znikają nawet po prywatyzacji przedsiębiorstw, a właściciel, jeśli nie jest członkiem partii, wstępuje do niej. To ruch w obydwie strony: kapitaliści wstępują do partii, partia wchodzi do firm.
Wbrew obiegowym sądom, w Chinach toczy się wiele ożywionych dyskusji, ale pod ścisłą kontrolą partii. Życie intelektualne dzielą przegródki – dyskusja nie może wyjść poza wyznaczone przez partię ramy, np. na wydziale historii może toczyć się dyskusja o historii demokracji w Europie. Można usłyszeć, że w Chinach nie ma demokracji. Partia nie dopuści jednak do podobnej dyskusji na forum międzywydziałowym.
Ludność kontroluje jednostka produkcyjna danwei i system paszportów wewnętrznych hukou. Istnieje wiele powodów, by je zlikwidować, ale władza nie zgadza się. Choć Chiny nie są już państwem totalitarnym, kontrola policyjna nie zmieniła się od czasów Mao. 
Kraj pozostał komunistyczny nie tylko dlatego, że na jego czele stoi partia o takiej nazwie. Partia jest źródłem władzy i norm, które opóźniają modernizację. Zwolennicy modernizacji kraju (niekoniecznie demokraci), którzy chcą przemienić Chiny w państwo autorytarne o silnej, ale nowoczesnej władzy, zrezygnować z dublowania przez partię władzy państwa, ograniczyć biurokratyzację i korupcję, powoli (przez najbliższe pół wieku), ale jednak budować demokrację, są w partii mniejszością. Większość woli strukturę partii kontrolującej wszystko. 
– Chińska partia komunistyczna jest połączeniem technokratów z autokratami. 
– To uproszczenie. Partia chce być arbitrem, nie stroną konfliktów społecznych. Władze lokalne interweniują w razie poważnych sporów pracowniczych. Kiedy grozi wybuch społeczny, przybywają na miejsce z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi. To jednak tylko jeden ze sposobów likwidacji sektora państwowego. Ważniejsze pytanie brzmi, co zrobić z nowym, powstającym społeczeństwem. Już teraz dokooptowano do partii nowe elity – klasę średnią.
Pojawiły się projekty przemyślenia relacji wieś–miasto, zastąpienia danwei – jednostki produkcji i opieki socjalnej jakąś nową formą organizacji oraz wypracowania sposobu regulowania konfliktów społecznych. To już nie tyle komunizm, co socjaldemokracja. A w każdym razie jakaś wizja państwa socjalnego. Wśród doradców rządu kiełkuje pomysł, by partia stała się arbitrem dialogu społecznego. Pozwalając kapitalistom zarobić, partia tworzy nowe ustawodawstwo socjalne.
Doradcy chińscy dużo jeżdżą po świecie. We Francji interesowali się układem między związkami zawodowymi a konfederacją pracodawców, rolą państwa. Partia widzi swą rolę nie tylko w tworzeniu warunków rozwoju rynku, ale i struktur nowego społeczeństwa. 
Na czym polega dialog pracowników z pracodawcami, jeśli za przynależność do niezależnych związków zawodowych trafia się w Chinach do obozu?
– Chińczycy są niezwykle sprytni, ale przeszkody w postaci braku społeczeństwa obywatelskiego nie przeskoczą. Nie zastąpią go chińscy intelektualiści, którym pozwala się na ograniczoną swobodę wypowiedzi. Robotnicy, w zależności od tego czy pracują w sektorze państwowym, czy prywatnym, mają tak różny status, że nie wystąpią solidarnie. Chłopi mają jeszcze mniej poczucia wspólnych interesów. W Chinach brakuje spoiwa, jakim w komunistycznej Polsce była religia. Są kulty, ale nie ma zorganizowanej religii. To dziedzictwo cesarskich Chin, które nie zezwoliły żadnej religii na stworzenie osobnej struktury. Zorganizowana religia jest podstawą autonomicznego społeczeństwa, tymczasem społeczeństwu chińskiemu kształt nadaje komunistyczne państwo. 
– Czy możliwa jest odgórna modernizacja Chin bez udziału społeczeństwa?
– Tak, np. poluzowuje się lejce specjalistom, doradcom, intelektualistom pracującym dla władzy. Nie ma to jednak nic wspólnego z demokracją. Nie wierzę, że można dalej modernizować kraj, nie stwarzając w nim autonomii politycznej. Chińskie elity też chyba zdają sobie z tego sprawę.
Chińska praktyka rządzenia kojarzy nam się przede wszystkim z represjami. Jednak ci, którzy byli w Chinach, odnoszą wrażenie niskiej skuteczności władzy, odbierają Chiny jako kraj na skraju anarchii.
– To kraj niezwykły. Podobnie jak we Francji, gdzie nie da się już działać zakazami i nakazami: „chcę”, „zabraniam”, w Chinach prowadzi się nieustanne negocjacje. Są jednak chwile, gdy władza przestaje negocjować i strzela. Przedmiotem okrutnych represji padł Falun Gong [sekta religijna zdelegalizowana w lipcu 1999 r., opozycyjna wobec reżimu – przyp. red.], ale na tle ogromu tego kraju to wyjątki. 
Jednym ze sposobów rozszerzenia pola negocjacji jest organizowanie wyborów wiejskich (nie są powszechne) na coraz wyższe szczeble władzy. Nie chodzi w nich o demokrację, tylko o wzmocnienie władzy centralnej przez wymianę skorumpowanych kadr lokalnych. Partia dała chłopom sygnał: jeśli jesteście niezadowoleni z lokalnych kadr, wymieńcie je. Kiedy wybory są przeprowadzane zgodnie z prawem, ludzie przypisują zasługę partii. Obecnie toczy się wielka dyskusja o bezpośrednich wyborach na szczeblu powiatu i mniejszych miast.
Wielu intelektualistów chińskich obawia się, że gdyby w Chinach wprowadzono dzisiaj demokrację, byłaby to fasadowa pseudodemokracja manipulowana przez notabli. Podobna do ustroju istniejącego w Indiach. 
„Partia dokonała zdumiewającej redefinicji własnej roli z partii rewolucyjnej w postrewolucyjną” – napisał Pan w eseju opublikowanym pod koniec 2001 r. w „Le Débat”.
– W konkluzji próbowałem przewidzieć dalszą ewolucję Chin: „Niewykluczone, że chiński komunizm okaże się akuszerem nowoczesnego państwa chińskiego, które próbowano tworzyć po upadku cesarstwa w 1912 r. Komunizm uniemożliwia jednak przejście do państwa prawa, którego podstawą jest emancypacja prawna i obywatelska jednostki. Dzisiejsze państwo chińskie nie dusi już społeczeństwa w takim stopniu jak dawniej. Czy jednak nie torpeduje własnego projektu modernizacyjnego, odrzucając perspektywę wolnego społeczeństwa obywatelskiego?”. 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl