Wkrótce ,,próbne obrady” powiększonego
Parlamentu Europejskiego z udziałem Polaków


Nim „Samoobrona” zablokuje Strasburg

Jürgen Wahl ze Strasburga



W cieniu relacji o negocjacjach między Unią a 12 kandydatami, Parlament Europejski przygotowuje pewien test: podczas jego listopadowego posiedzenia w Strasburgu odbędą się „próbne obrady” z udziałem posłów z krajów kandydujących, wyłonionych przez tamtejsze parlamenty. I choć niewinnie mówi się o „spotkaniu informacyjnym”, to w istocie politycy z Polski, Estonii czy Cypru będą musieli podjąć decyzje, które określą ich przyszłą pozycję w Parlamencie Europejskim, a których skutki mogą wpłynąć także na politykę wewnętrzną tych krajów.


Przewodniczący Parlamentu, irlandzki liberał Pat Cox ustalił, że liczba delegatów zaproszonych na próbne posiedzenie (18-21 listopada) z poszczególnych krajów odpowiadać ma liczbie posłów, jaka przypadnie na te kraje po ich wejściu do Unii, co ustalono podczas szczytu w Nicei w grudniu 2000. Przykładowo; Polsce przypada 50 miejsc, Węgrom 20, a Estonii 6. W sumie 197 delegatów z 12 krajów; Turcja, z którą Unia nie prowadzi negocjacji członkowskich, przyśle tylko 5 „symbolicznych” przedstawicieli. 

Kto do Strasburga?
Zaproszenia, które Cox rozesłał do 12 krajów, mają charakter „zbiorowy”, stad wybór konkretnych osób na „listopadowe manewry” pozostaje w gestii parlamentów tych krajów; w Polsce zajmuje się tym Prezydium Sejmu. Sprawa jest delikatna, bo wybierający nie muszą kierować się żadnymi kryteriami i dobór delegatów może (ale nie musi) odpowiadać proporcjonalnie wielkości frakcji sejmowych; wtedy do Strasburga pojechałoby ok. 28 osób z SLD i PSL, 9-10 z partii wrogich Unii; resztę delegowałyby opozycyjne partie „środka”. Ale w grupie tej znaleźć mogliby się też przedstawiciele partii, które nie przekroczyły bariery 5 proc. w wyborach (AWS i UW). W Brukseli przeważa jednak opinia, że partie obecne w Sejmie będą starały się obdzielić miejscami tylko „swoich”. 
Z pewnym napięciem oczekuje się też na skład polskiej delegacji. Bruksela pilnie odnotowała, jaki zespół Polska wysłała wiosną tego roku na Konwent Unii, który dyskutuje nad reformą struktur europejskich. Znaleźli się w nim jedynie politycy proeuropejscy: Józef Oleksy jako przewodniczący, minister Danuta Hübner, Marta Fogler (z Platformy Obywatelskiej), senator Genowefa Grabowska (SLD) i b. minister Edmund Wittbrodt (bliski PO), zabrakło natomiast przeciwników Unii. Czy taki model może być dziś wzorem? Raczej nie.
Delegując swych przedstawicieli, partie będą musiały także zdecydować, do której z frakcji w Parlamencie dołączą oni podczas listopadowych „manewrów”, a decyzja ta będzie mieć skutki długofalowe.

„Rodziny” wielkie...
Największą partyjną „rodzinę” w Unii tworzą chrześcijańscy demokraci, od 1976 r. złączeni w ponadnarodowej Europejskiej Partii Obywatelskiej (EPO). Wspólnie z brytyjskimi konserwatystami, nie należącymi do EPO, tworzą w Parlamencie Europejskim największą, liczącą 233 posłów frakcję, pod nazwą: „Frakcja Europejskiej Partii Obywatelskiej (chadeków) i Europejskich Demokratów” (EPO-ED). W minionych 20 latach przystąpiło do niej wielu liberałów, wśród nich b. prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing, a także portugalscy socjalliberałowie i centrowa „Forza Italia”, która przygarnęła wielu włoskich chadeków. W ostatnich latach do frakcji tej przystąpili też francuscy „zreformowani gaulliści” (Jacquesa Chiraca), podczas gdy eurosceptyczni „starzy gaulliści” dołączyli do wyraźnie konserwatywnej frakcji „Unia na rzecz Europy Ojczyzn”. 
Politycy z partii należących do „rodziny” EPO-ED rządzą w ponad połowie krajów Unii, gdzie zastępowali w ostatnich latach rządy lewicowe; trend ten przyhamował brytyjskich konserwatystów, którzy rozważali opuszczenie EPO-ED i przystąpienie (na powrót) do frakcji wyraźnie konserwatywnej: Brytyjczycy uświadomili sobie jednak, że optymalny wpływ na prace Parlamentu mogą mieć we frakcji centrowej, jaką jest EPO-ED, a nie w prawicowej.
Po przełomie 1989 r. przedstawiciele EPO zwracali się do różnych partii centrowych w Europie Środkowej i Wschodniej, oferując im współpracę w swych ponadnarodowych gremiach w Brukseli. Co to znaczy: „polityczne centrum”? Od partii członkowskich EPO wymaga jasnego „tak” dla UE, dla społecznej gospodarki rynkowej i klarownego odżegnania się od socjalistycznych bądź socjaldemokratycznych modeli regulacji gospodarczo-społecznej. Większość partnerów EPO w Europie Środkowej i Wschodniej akceptuje też, że nie jest to partia konfesyjna, ale szeroko rozumiane ugrupowanie obywatelskie, w którym pracować mogą i chrześcijanie, i nie-chrześcijanie.
Drugą frakcję (179 posłów) w Parlamencie tworzy Socjaldemokratyczna Partia Europy (SPE), która przez długie lata wydawała się najbardziej jednolita. Przyglądając się jej jednak bliżej, można dostrzec spore różnice między „starymi socjalistami” a „reformatorskimi socjaldemokratami”; rozbieżności w SPE dotyczą też nastawienia do Unii: obok proeuropejskiej większości istnieją tu środowiska wyraźnie eurosceptyczne. Na mniejszą niż kiedyś liczebność tej frakcji wpływ miały porażki wyborcze lewicy w wielu krajach Unii. Wprawdzie SPE spodziewa się napływu „świeżej krwi” z Europy Środkowej i Wschodniej po wyborach do Parlamentu w 2004 r. – w których uczestniczyć będą już obywatele nowych krajów członkowskich – ale fakt, że wielu nowych kolegów to postkomuniści, wywołuje w SPE mieszane odczucia. 
Kolejna duża frakcja to liberałowie (53 miejsca). Ponieważ jest ona bardzo zróżnicowana pod względem narodowym, spore wpływy mają w niej politycy z małych krajów Unii. Z niej wywodzi się obecny przewodniczący Parlamentu. Wybór Coxa w styczniu 2002 stał się możliwy po tym, jak EPO-ED zerwała z wieloletnią praktyką, wedle której urząd przewodniczącego przypadał na zmianę co 2,5 roku [kadencja Parlamentu trwa 5 lat – red.] chadekom i socjaldemokratom.

...i „rodziny” mniejsze 

Wiele partii z krajów kandydujących podjęło już decyzję o przyłączeniu się do którejś z frakcji Parlamentu. Trzeba zaznaczyć, że akces do frakcji zgłosić może jedynie pojedynczy poseł i także posłowie z nowych państw Unii, wybrani w 2004 r., będą musieli podjąć taką decyzję osobiście; przyjęcie do danej frakcji całej grupy z jakiegoś kraju i partii jest niemożliwe. W Parlamencie z napięciem oczekuje się więc na decyzje zwłaszcza tych spośród 197 delegatów, którzy nie należą jeszcze do żadnej „rodziny”. Jeśli nie zdecydują się na żadną frakcję, otrzymają status „niezrzeszonych”. Tylko że wpływ „niezrzeszonych” na to, co dzieje się w Parlamencie, jest niemal zerowy. 
Co zatem uczynią, przykładowo, politycy prawicowo-konserwatywni, chłopscy eurosceptycy czy przeciwnicy Unii, albo też zieloni podczas listopadowego „testu”? Ci ostatni mogą dołączyć albo do proeuropejskiej frakcji Verts/ALE (45 miejsc) albo do eurosceptycznej GUE/NGL (44 miejsca). Konserwatywni eurosceptycy trafić mogą do wspomnianej frakcji UEN (Unia na rzecz Europy Ojczyzn; 22 miejsca). Kieruje nią stary gaullista Charles Pasqua. Nie wiadomo jednak, jak długo frakcja ta przetrwa, bo nie tylko należący dziś do niej narodowi konserwatyści włoskiego wicepremiera Gianfranco Finiego ciążą ku frakcjom bardziej proeuropejskim. Jest też eurokrytyczna frakcja EDD (18 miejsc), grupująca różne postacie, od narodowych liberałów po prawicowych regionalistów; szerzej znany jest jedynie jej szef, Duńczyk Jens-Peter Bonde.
Wreszcie, latem 2002 w Parlamencie zasiadało 32 „niezrzeszonych”, gdy na początku kadencji posłów takich było tylko ośmiu. Większość to przeciwnicy Unii albo osoby, których żadna frakcja nie chce przyjąć – np. pięciu Austriaków z FPÖ Jörga Haidera. W czasie każdej kadencji odnotowuje się również nieznaczny „przepływ” między frakcjami posłów, którzy np. popadli w konflikt z własnymi partiami w krajach, z których się wywodzą.

Lepper w Strasburgu?
Listopadowe „spotkanie informacyjne” odbywać się będzie równolegle ze zwykłymi obradami Parlamentu: Cox uznał, że sensowniejsze od organizowania osobnego posiedzenia dla „nowicjuszy” jest wprowadzenie ich od razu w „strasburskie klimaty”, czyli udział w posiedzeniu Parlamentu obecnych posłów oraz delegatów (na prawach obserwatorów), poprzedzony osobnymi posiedzeniami wszystkich frakcji, także z udziałem „nowych”. 
Sala posiedzeń będzie więc wypełniona po brzegi: 626 „starych” plus 202 „nowych” (w tym pięciu Turków). Kiedyś, po sfinalizowaniu rozszerzenia Unii o kraje dziś kandydujące, Parlament będzie liczyć 732 miejsca. Wprawdzie sami politycy ze Strasburga naciskali, by liczbę posłów ograniczyć do 700, ale rządy państw członkowskich nie mogły się porozumieć co do dalszej redukcji i stanęło na 732. Goście – mający, być może, ambicje zasiąść w tych ławach po wyborach w 2004 r. – dowiedzą się też, że wewnątrz frakcji posłowie zajmują miejsca w porządku alfabetycznym, a nie grupami narodowymi. Co podkreśla, że frakcje, zwłaszcza duże, kładą nacisk na pracę na płaszczyźnie europejskiej, a nie na reprezentowanie partykularnych interesów poszczególnych krajów.
Listopadowe posiedzenie będzie pierwszym, ale nie ostatnim: w 2003 r. Parlament przyjmie ze wszystkich krajów kandydujących tzw. stałych obserwatorów (taki model przerabiano w 1990 r. przed zjednoczeniem Niemiec). Obserwatorzy nie będą mieć prawa głosu na plenum; będą mieć za to dostęp do wszelkich informacji w Strasburgu i Brukseli oraz prawo głosu na posiedzeniach frakcji. Wielkie frakcje już przygotowują się na przyjęcie „nowych”: od stycznia 2003 chcą zatrudniać urzędników wywodzących się z przyszłych krajów członkowskich. Ci często młodzi ludzie z Rygi albo Warszawy, którzy w minionych latach odbywali praktyki w Brukseli i Strasburgu, będą także pomagać w przygotowaniu wyborów europejskich w czerwcu 2004.
Co jeszcze dla Polski oznacza ten „test”? Także i to, że – po wybraniu 50 delegatów przez Sejm i Senat – będą oni musieli, jeśli chcą mieć dobrą pozycję, wstąpić do którejś frakcji. Spośród sejmowych partii wiadomo, że delegaci SLD i UP przystąpią do SPE, a PO i PiS – do EPO-ED. Podobno LPR chce zapukać do strasburskich konserwatystów bądź eurosceptyków; wiadomo skądinąd, że w niektórych krajach Unii są próby wzmocnienia antyeuropejskiej radykalnej prawicy. Z partii będących poza Sejmem, Unia Wolności – dziś członek EPO – zamierza przenieść się do liberałów (taką zmianę faworyzował już Bronisław Geremek); czy AWS przystąpi do wyborów europejskich, nie wiadomo.
Jasna jest sytuacja „Samoobrony”: nawet jeśli wprowadzi w 2004 r. posłów do Parlamentu Europejskiego, nie przyjmie ich żadna frakcja. Jako „niezrzeszeni” nie będą mieć żadnego wpływu. Nawet gdyby przyszło im do głowy zablokować strasburską mównicę.

Przełożył Wojciech Pięciak

 

Jürgen Wahl (ur. 1929) jest niemieckim publicystą, specjalizuje się w problematyce integracji europejskiej; jest doradcą Fundacji im. Roberta Schumana. Do 1995 r. był redaktorem tygodnika „Rhenischer Merkur”. W 1999 r. ukazał się polski przekład jego książki, poświęconej Europejskiej Partii Obywatelskiej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl