EWA SZUMAŃSKA

 

Może się mylę

Piszę to w sobotę, 26 października, w kilka godzin po szturmie na Teatr
z uwięzionymi zakładnikami w Moskwie. Przedtem tkwiłam nieruchomo przed ekranem i patrzyłam na komentatorów, na moskiewską ulicę, na trupy czeczeńskich kobiet w krzesłach widowni, na wynoszenie rannych, słuchałam wypowiedzi fachowców od spraw terroru, najnowszych wiadomości i najnowszych plotek. Przed chwilą wyłączyłam telewizor, w pokoju zapanowała błogosławiona cisza i mogę nareszcie zebrać myśli.
Zastanawiam się, czemu służy to, co stało się teraz największą ambicją wszystkich stacji telewizyjnych i radiowych: przekazywanie takich wydarzeń „na żywo”? Tak, żeby odbiorca miał złudzenie, że tkwi w środku nich, że uczestniczy, dotyka, czuje zapach krwi? Zgoda, to jest na pewno potrzebne szefom służb specjalnych, politykom od spraw międzynarodowych, czy innym ludziom, którzy taką wiedzę spożytkują we właściwy sposób. Ale po co miliony ludzi na całym świecie siedzą wygodnie przed telewizorami – ten pije herbatę, ten pali papierosa – i patrzą? Na nic nie mają wpływu, nic od nich nie zależy – ale patrzą. Zaciera się różnica między realnym dramatem i widowiskiem, odbywa się straszne oswajanie z takim właśnie obrazem świata, może stopniowe uznawanie go za coś normalnego...
Nie wiem, może się mylę. Myślę jednak, że jest to jeszcze jedna ślepa uliczka, jaką coraz częściej, bezmyślnie, wybieramy zamiast drogi.




Słowa

Awszystko to ma w tle wojnę rosyjsko-czeczeńską, która podobno (bo w nic 
dziś nie można wierzyć do końca) jest wojną wyjątkowo okrutną i brutalną, graniczącą z eksterminacją. Wojnę, która tak jak u nas trwała już w dziewiętnastym wieku, która miała swoje niepodległościowe zrywy i – tak jak u nas – tragiczne, przegrane powstania.
W przeddzień szturmu służb specjalnych pokazano na placu przed Teatrem nie- dużą grupkę manifestantów. Byli to krewni i przyjaciele zakładników, wezwani przez nich telefonami komórkowymi, aby przyszli i zaprotestowali przeciwko wojnie, która i tutaj ma zebrać swoje żniwo. Zapamiętałam twarz starej kobiety, o zmęczonych, inteligenckich rysach. Mówiła: Połowa Moskwy powinna była tu przyjść i manifestować przeciwko tej wojnie! Ale my już jesteśmy obojętni. Nas już nic nie obchodzi. Udało się w końcu zamienić nas w zwykłą tłuszczę.
Odebrałam te słowa, jako skierowane nie tylko do Moskwian, ale do całego, obojętniejącego świata. Do nas, do mnie...




Bez tytułu

Dostałam od przyjaciół wrześniowy numer drukowanego na komputerze pisma 
„Bez tytułu”. Wydaje je grupa młodych ludzi w Gliwicach. Krótkie komentarze, małe eseye, wiersze. Jest też duży zapis ważnej, redakcyjnej dyskusji pod tytułem „Obowiązek mówienia”.
Piszą to ludzie, których celem – tak mi się przynajmniej wydaje – nie jest zaistnienie w dziennikarskim środowisku czy wepchnięcie nowego tytułu na rynek. To są ludzie, którzy czują potrzebę i obowiązek mówienia. Mówienia o sprawach trudnych, niepokojących, takich, na które się nie godzą. Ludzie, których o dziwo coś naprawdę obchodzi, nie są obojętni!
Po ranku grozy, wypełnionym relacjami z Moskwy, poczytam sobie to pisemko. Może to będzie haust świeżego powietrza?

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl