„Żeby o nich nie zapomniano”

z Aleksandrą Rezunow, organizatorką
pomocy dla Czeczenii, rozmawia Jan Strzałka



JAN STRZAŁKA: – Jest Pani od dłuższego czasu w Nazraniu, w sąsiadującej z Czeczenią Inguszetii, skąd niemal codziennie dojeżdża Pani do Groznego, gdzie Polska Akcja Humanitarna pomaga mieszkańcom Czeczenii. Kiedy jakiś czas temu rozmawialiśmy, bolało Panią, że media nie chcą już pisać o dramacie Czeczenów. Dziś Czeczenia wraca na pierwsze strony gazet. Jak z perspektywy Groznego postrzega się tragedię w moskiewskim teatrze?
ALEKSANDRA REZUNOW: – To prawda, media ostatnio nie zajmowały się Czeczenią ani obecnością nas – Polaków na Kaukazie. Nikogo nie interesowało, że PAH od dwóch lat zaopatruje Grozny w wodę, sprząta śmieci w mieście. Dopiero tragedia w Moskwie wywołała serię telefonów do naszego biura w Nazraniu. A przecież, choć do dłuższego czasu nie ma tu regularnych działań wojennych, dramat Czeczenii trwa. Trwa przemoc i bezprawie, organizowane są zamachy i wykonywane wyroki... Toczy się gra, której przeciętni ludzie nie rozumieją. Ale to oni najczęściej są ofiarami tej gry. 
W czasie, gdy trwał atak na teatr, musieliśmy ograniczyć wyjazdy do Groznego. Regulamin agend ONZ-owskich, finasujących nasze programy w Czeczenii, wymaga zachowania maksymalnych środków bezpieczeństwa. Regulamin obowiązuje także nas. Cały czas jednak byliśmy w kontakcie z naszymi pracownikami – Czeczenami i rozmawialiśmy o tej tragedii. Atak był dla wszystkich naszych ludzi ogromnym zaskoczeniem. I chociaż wiedzieli, że nic dobrego z tego dla nich nie wyniknie, miałam wrażenie, że liczą na cud. Pierwsze transmisje tuż po opanowaniu teatru – kiedy jeszcze nie było ofiar, kiedy wypuszczono dzieci, kiedy miały miejsce antywojenne manifestacje w Moskwie – budziły nadzieję, że terroryści wypuszczą zakładników, a sami oddadzą się w ręce władz. Osiągnęli przecież swój cel: zwrócili uwagę świata na to, co dzieje się na Kaukazie. Ale cud się nie zdarzył... Wszystko potoczyło się według starego scenariusza: gdzieś na górze ktoś załatwia swoje interesy, a za wszystko płaci zwykły człowiek.
Jak komentuje się w Czeczenii akcję rosyjskich antyterrorystów w teatrze? 
– A jak to można skomentować? Cena uwolnienia zakładników okazała się przeraźliwie wysoka. Śmierć poniosło co najmniej 118 ludzi, wielu innych walczy o życie, są tacy, co zaginęli bez wieści... Ludzie spekulują: czy szturm był konieczny, czy terroryści naprawdę zabijaliby zakładników? Pada pytanie, dlaczego uśpieni zamachowcy byli dobijani strzałem w głowę, skoro nie przedstawiali już żadnego zagrożenia?
Byłam w Czeczenii przed rokiem, kiedy zabity został Arbi Barajew, krewny dowódcy terrorystów z teatru. Wielu Czeczenów twierdziło, że Arbi był zwyczajnym kryminalistą, handlował ludźmi i porywał także rodaków jeszcze przed wybuchem wojny. A robił to pod płaszczykiem walki o niepodległość. Jego krewniak, Mowsar, chciał podobno kontynuować interesy wuja. 
Czego teraz spodziewają się mieszkańcy Czeczenii?
– Jest obawa o bliskich, którzy mieszkają w Moskwie i niepokój, że nasilą się kontrole tutaj na Kaukazie: w Czeczenii i w obozach w Inguszetii. Pojawiło się więcej wojska, latają helikoptery. Najsmutniejsze jest to, że ludzie stracili nadzieję na prawdziwy pokój i wiarę w tych, którym ufali. Prości ludzie są przekonani, że polityka może ubrudzić każdego. Powtarzają: ,,na górze trwa walka – nie wiadomo o co, pewnie o wielkie pieniądze – a my cierpimy”. 
W obozach dla czeczeńskich uchodźców w Inguszetii pojawiło się wojsko federalne. Krążą pogłoski, że uchodźcy będą zmuszani do powrotu, że obozy mają być zlikwidowane do końca roku. A nie wszyscy chcą wracać. ,,Tam jest niebezpiecznie, nie ma warunków do życia” – mówią. Wielu powracjących do Groznego umieszczono w tzw. punktach czasowego zakwaterowania. To taki ,,obóz w kilkupiętrowym budynku”. W dalszym ciągu jest to życie w jednej izbie, noszenie wody w kanistrach, toaleta na podwórku. I jeszcze strach – bo to Czeczenia. Przedstawiciele inguskiego ministerstwa ds. nadzwyczajnych zapewniają, że nikt siłą nie będzie zmuszał uchodźców do opuszczenia Inguszetii. Ale może trzeba będzie zamykać obozy ze względów sanitarnych – namioty stoją przecież trzeci rok...
Pomówmy o pomocy humanitarnej dla Czeczenii. Jak nieść ją w takich warunkach?
– Trzeba robić swoje. W pierwszym dniu moskiewskiej tragedii zagraniczni przedstawiciele agend ONZ-owskich opuścili Kaukaz – takie mają przepisy. Teraz wracają, tym samym i my możemy swobodnie działać. Nasi pracownicy w Groznym cały czas realizują programy: dostarczają mieszkańcom miasta wodę, wywożą śmieci, budują w szpitalach piece do spalania odpadów. Mogą utrzymać swoje rodziny, ale też mają poczucie, że robią coś ważnego dla swego narodu.
Czego oprócz pokoju potrzeba Czeczenii?
– By o niej nie zapominano. By świat nie ulegał stereotypowi, że są w tej wojnie dwie strony: dobra i zła. Są wśród Czeczenów dobrzy, przyzwoici ludzie i są zdemoralizowani przez wojnę bandyci. Podobnie Rosjanie: jedni pomagają i współczują ofiarom wojny, inni sieją tu spustoszenie. Widziałam w internecie dyskusje młodych Polaków na temat terroru i wojny na Kaukazie: ich oceny są przerażająco uproszczone...

Aleksandra Rezunow jest wieloletnim wolontariuszem Polskiej Akcji Humanitarnej, kieruje Programami Wschodnimi fundacji, a obecnie także Stałą Misją PAH w Inguszetii i Czeczenii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl