Pierwsze pół wieku „Tygodnika Powszechnego”


„Głos wolny, o wolność się upominający”

Ze Stanisławem Stommą
rozmawiają Andrzej Romanowski i Marek Zając



STANISŁAW STOMMA: – Propozycja rozmowy o przeszłości bardzo mnie uradowała. Pozwoli to na klarowne opisanie faktów minionych, nieraz źle rozumianych.
Trzeba by jednak określić ramy naszej rozmowy, ustalić, gdzie się kończy przeszłość, a zaczyna teraźniejszość. Potocznie mówi się o pierwszym „Tygodniku” (1945–1953) i drugim „Tygodniku”, w latach 1956–1989, czyli do zmiany ustroju w Polsce. Proponuję więc wziąć pod uwagę równe pół wieku do roku 1995. Wydaje mi się, że to plus-minus odpowiada też biegowi wydarzeń i rysującym się przemianom społecznym.

Katolik w komunizmie
ANDRZEJ ROMANOWSKI, MAREK ZAJĄC: – Przypomnijmy więc, dlaczego chwila historyczna wymogła na Panu – działaczu katolickim – polityczne zaangażowanie. 
– W latach 1944–1945 wkroczyły do Polski wojska radzieckie; naród znalazł się w kompletnej dezorientacji. Walczyć? Bojkotować? Iść na jakieś kompromisy? Wszyscy byli zagubieni. I wtedy, zimą 1945 r., przeciął te wahania Książę Metropolita krakowski Adam Sapieha: zgodził się pod rządami radzieckimi wydawać legalne pismo. Własnymi środkami, we własnym budynku krakowskiej Kurii metropolitalnej, gdzie sam mieszkał. Tak powstał nasz „Tygodnik Powszechny”. Ale to była decyzja polityczna: Sapieha rozumiał ją jako służbę narodową, bo każdy – biskup Kościoła katolickiego także – jest na służbie narodu.
W książce „Trudne lekcje historii” wspomina Pan rolę, jaką w założeniu „Tygodnika” odegrał komunista Jerzy Borejsza. 
– Rzeczywiście, w tym momencie spotkały się jakoś drogi władzy i prywatnych inicjatyw. Borejsza przyjechał w mundurze pułkownika armii Berlinga. Ponieważ jeszcze sprzed wojny znał braci Bocheńskich, więc w mieszkaniu Aleksandra Bocheńskiego grupa różnych osób, w tym ja, odbyła z nim rozmowę. Borejsza długo tłumaczył, że Stalin chce Polskę potraktować dość liberalnie i że nowa władza nie powinna być przez społeczeństwo zwalczana. Myśmy go wysłuchali i powiedzieli, że wszystko rozważymy, ale nie mamy wpływu na ogół. Jednak wkrótce potem Borejsza dostał się jakoś do Metropolity Sapiehy. Decyzja Metropolity stworzyła ludziom drogowskaz: o ile to możliwe, wchodzić w czynne życie i prezentować katolicką tożsamość.
Czyli myślenie w kategoriach „ratujmy, co się da”...
– Nie wiem, co myślał Książę Metropolita. Ale jeżeli przyjechał do niego Borejsza i mówił, że Stalin chce Polskę potraktować inaczej niż pozostałych wasali, że widzi potrzebę dogadania się ze społeczeństwem, że nowe państwo polskie będzie respektować swobody obywatelskie i będą wolne wybory... Jakże metropolita mógł odmówić? Borejsza był Żydem-liberałem: on już też bał się komunizmu. Sapieha to wyczuwał i wziął na siebie odpowiedzialność. Ludzie mu zaufali. I nabrali zaufania do „Tygodnika”, ponieważ była to firma Sapiehy.
Dzisiejszy antykomunista powiedziałby: był marzec 1945 roku, toczyła się wojna, jeszcze nie odbyła się konferencja poczdamska, jeszcze alianci nie cofnęli uznania rządowi emigracyjnemu – ten ruch ze strony Sapiehy był więc przedwczesny.
– Absolutnie się z tym nie zgadzam! Nie mówi się „nie”, jeżeli jest choćby cień nadziei. Zresztą – czy była inna możliwość? 
Byliśmy obywatelami państwa polskiego, które w Londynie miało swój rząd i prezydenta.
– Przecież ten rząd na nic już nie mógł mieć wpływu, nasza sprawa była przegrana. Czyż można było sobie wyobrazić, że w Polsce zainstaluje się rząd z Londynu – w tej Polsce, którą w całości zajęli Sowieci, okupujący w dodatku połowę Niemiec i bratający się z Amerykanami? Nie, nie było żadnej nadziei: mogliśmy albo umyć ręce, albo jakoś stanąć do konkurencji. Przecież nawet były premier emigracyjny Mikołajczyk przyjechał do kraju, by działać w polityce. 
I po dwóch latach musiał z Polski uciekać. Józef Mackiewicz mówił: to była droga poputczika.
– A jednak w latach 1945–1953 „Tygodnik” istniał i formował mentalność ludzi w Polsce. Owszem, potem była trzyletnia przerwa, ale po niej pismo znów zostało wznowione. Czyli jakieś luzy – wyraźne w zestawieniu z innymi państwami bloku sowieckiego – jednak istniały.
Ale w 1947, 1948 roku nie można już było mieć wątpliwości, jak ten system będzie funkcjonować.
– Tak, ale uznaliśmy, że nie należy dobrowolnie opuszczać posterunku. I „Tygodnik” wychodził, choć w coraz trudniejszych warunkach, póki mógł.
W 1950 roku Pan i Jerzy Turowicz napisaliście w „Tygodniku”: „ideał socjalistyczny nie jest naszym ideałem”. W kraju podległym Stalinowi była to rewelacja. 
– I na tym właśnie polegał fenomen „Tygodnika”. To była jedyna duchowa strawa, którą dostało po wojnie społeczeństwo: jedyne pismo niezależne. Owszem, istniały też katolickie pisma diecezjalne, ale miały zasięg niewielki i były w zasadzie dla ludu. A przy „Tygodniku” skupiła się od razu elita. Bo my, grupa „Tygodnika”, a później „Znaku”, postanowiliśmy nigdy nie dawać fałszywego świadectwa, i ludzie nam zaufali. 
Jednak tekst w sprawie procesu Kurii krakowskiej mógł być tak właśnie odbierany.
– Ten tekst był zbiorowego autorstwa (Turowicza, mojego, Gołubiewa, Jacka Woźniakowskiego): jeden dopisywał, drugi skreślał, a potem jeszcze kreśliła cenzura. Gdy zobaczyliśmy nasz „produkt” na wydrukowanych kolumnach, to uznaliśmy, że nastąpiło „przegięcie”, że przekroczyliśmy granice, że więcej nic podobnego nie może się zdarzyć. Tak, to był błąd. Ale potem już bardzo uważaliśmy, żeby nie popełnić nowej gafy. W końcu komunizm był dla wszystkich doświadczeniem nowym, cały czas się uczyliśmy...

Francja i Wilno
Często przeciwstawia się „Tygodnik Powszechny” „Tygodnikowi Warszawskiemu” księdza Kaczyńskiego.
– Nasz „Tygodnik” miał po prostu lepszych współpracowników – mądrzej oceniających sytuację i rozumiejących, że jeżeli musimy żyć w państwie socjalistycznym, to nie trzeba brać się za problemy, których w obecnej sytuacji rozwiązać się nie da. „Tygodnik Powszechny” wiedział o ograniczeniach, świadomie te ograniczenia przyjmował. Tu właśnie wracamy do zagadnienia: etyka – polityka.
Niedawno czytałem pamiętniki historyka Golo Manna, syna Tomasza Manna. Cytuje on wiersz Goethego. W tłumaczeniu (niestety bez poloru poetyckiego) znaczy to:
„Od pierwszego dnia, który zaczynasz na świecie, gdy słońce oświeca blaskiem swym planety, masz stale, bezustannie działać twórczo, wedle praw, które są ci dane”.
Golo Mann powiada: to bardzo piękne i jakże moralnie słuszne, ale niestety bardzo trudne dla pojedynczego człowieka, bo aspiracje ludzkie zbyt są rozbieżne, problemy niejednolite i od najmłodszych dni stajemy na każdym niemal kroku wobec konieczności wyboru. W każdym życiu indywidualnym krzyżują się rozbieżności. A cóż mówić o problemach społecznych i politycznych. Bieg historii narzuca nam sytuacje, konwencje i ustroje. Przy tym są one zmienne. Nie ma ustrojów idealnych, a wszystkie one zostawiają swój stygmat. Przecież – mówi dalej Golo Mann – Niemcy po Hitlerze, po nacjonalistycznej i awanturniczej rewolucji i klęsce, stały się narodem bardzo różnym niż Niemcy cesarskie albo Republika Weimarska.
Podobne przeobrażenia, tylko o innej treści, działy się w Polsce. Po II wojnie światowej znaleźliśmy się – mówiąc oględnie – pod okupacją nieżyczliwego dla nas mocarstwa, które musiało jakoś sprawę polską załatwić. Czyn Metropolity krakowskiego mógł być uznany za wskazanie orientacji, czego mają się trzymać Polacy.
Jednak obudzony paroksyzm aktywności nie trwał długo. Jedyna wyłoniona w kraju niezależna od reżimu partia, Polskie Stronnictwo Ludowe, weszła w konflikt i została prędko zlikwidowana. Na placu pozostał sam jeden „Tygodnik Powszechny” i trwał osiem lat. Jedyne w Polsce niezależne pismo: monopol wytworzony przez sytuację, wbrew woli naszej ekipy redakcyjnej. Zawiniła polityka reżimowa.
Ale właśnie ta sytuacja nadała „Tygodnikowi Powszechnemu” szczególną wagę. Rzecz w tym, że ośrodek „Tygodnika Powszechnego” tworzyła wyjątkowa grupa katolicka. Byli to ludzie nowej w życiu Kościoła orientacji. Wszyscy opanowani duchem budzącego się na zachodzie Europy, zwłaszcza we Francji, renesansu myśli katolickiej. Prawie wszyscy przebywali dłużej lub krócej we Francji.
Wymienię tu cały ów zespół, szeregując wedle porządku alfabetycznego: ks. Andrzej Bardecki, Józefa Golmont-Hennel, Antoni Gołubiew, Hanna Malewska, Maria Morstin-Górska, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Stanisław Stomma, Stefan Swieżawski, Jerzy Turowicz, Jacek Woźniakowski, Jerzy Zawieyski.
Poza tym trzy osoby niezwykle cenne, które trudno by wpisać w ośrodek ściśle katolicki ze względu na ich profil filozoficzny, gdyż reprezentowały własne pojęcia metafizyczne i nie chciały, by zakwalifikować je jako prawowiernych katolików: Stefan Kisielewski, Jan Józef Szczepański, Tadeusz Chrzanowski.
Wszyscy oni akceptowali naszą orientację polityczną oraz z największą powagą i życzliwością oceniali misję Kościoła katolickiego w Polsce. Współpraca była przeto możliwa, ich wkład zaś w pracę „Tygodnika Powszechnego” ogromny. 
Otóż ten zespół uzyskał, niespodziewanie dla siebie, niemal monopolistyczne możliwości oddziaływania na inteligencję polską. Stwarzało to wielką szansę. Budzący się renesans katolicki na zachodzie otrzymywał nowy dynamiczny ośrodek w Polsce.
Było też jednak „Dziś i Jutro”. PAX-owi trudno odmówić zasług w upowszechnianiu literatury katolickiej. 
– Tych zasług nie odmawiam. Jednakże „Dziś i Jutro” było skażone tym, że mieszało się do polityki, każde posunięcie władzy było tu automatycznie aprobowane. A myśmy tego nie robili. Kiedy cenzura „pocięła” nam numer, wydaliśmy „Tygodnik” o Tatrach. Krzyczano wtedy na nas, że to sabotaż. Ale cenzura musiała trochę złagodnieć, choćby na chwilę.
Młody czytelnik nie ma już pojęcia, na czym polegał „renesans katolicki” we Francji, o którym Pan mówi.
– To było zupełne oderwanie się od tradycyjnego wzorca kulturowego, związanego jeszcze z instytucją monarchii. Młodzi katolicy z Francji dokonali radykalnego odcięcia się od polityki. W Polsce katolicyzm był stale na usługach narodu, w praktyce to był dział polskiej kultury narodowej. Francuzi mówili: religia jest po prostu religią – czymś bardzo istotnym i nadrzędnym, determinującym życie człowieka. Przeżyć wewnętrznych nie wolno łączyć z polityką, bo interes Francji to jednak inna rzecz niż zbawienie duszy. 
Maritain mówił: humanizm integralny. Bo to właśnie katolicyzm jest fundamentem, na którym buduje się humanizm; gdy się stwierdzi, że człowiek jest nieśmiertelny i odkupiony, to dopiero wtedy humanizm staje się prawdziwy, mocno ufundowany. Nastąpił więc zwrot ku czystej religijności. Teocentryzm, jak też humanizm, wypływały z głębokiego wniknięcia w chrześcijaństwo, z przemyślenia go od podstaw i przeżycia.
Znaczną rolę w chwili odrodzenia katolicyzmu we Francji odegrała książka filozofa uchodzącego za człowieka spoza kręgu uczonych katolickich – to Henri Bergson i jego „Les Deux Sources de la Morale et de la Religion” („Dwa źródła moralności i religii”). Według Bergsona dwa są bowiem fenomeny religii: statyczna i dynamiczna. Statyczna poddana jest różnym społecznym interesom. Służy ona celom praktycznym, różnie kształtowanym, np. poddana bywa polityce. Religia dynamiczna jest związkiem bezpośrednim Bóg–człowiek, a więc jest to religia czysta i z niej wynikają nakazy moralne. To rozróżnienie Bergsona ułatwia zrozumienie katolickiego renesansu.
Właśnie tego rodzaju przemiany zachodziły w Polsce. Zachodziła przemiana hierarchii wartości ideowych. Katolicyzm, dotąd narodowa przybudówka kulturowa, przechodził w tworzeniu postaw etycznych na pierwsze miejsce, stawał się fundamentem moralnym.
To była niezmiernie istotna zmiana: wyjście z zasięgu kurateli narodowej, przejście na miejsce naczelne. I ośmielam się twierdzić, że to w głównej mierze było dziełem „Tygodnika Powszechnego”. To główna zasługa ówczesnego zespołu.

Głos wolny o wolność się upominający
Powróćmy do politycznego zaangażowania katolików. Nadchodzi październik 1956. Jesteście już ludźmi w średnim wieku – Pan, Jerzy Turowicz, Antoni Gołubiew i najstarszy z was Jerzy Zawieyski. 11 lat wcześniej zawierzyliście komunistom i zostaliście oszukani: odebrano wam „Tygodnik Powszechny”. Teraz decydujecie się zawierzyć im po raz drugi. Pan zostaje posłem na Sejm PRL. Co z tego zrozumie dzisiejszy 20-latek, który nie ma wątpliwości, że PRL była czymś złym?
– Proszę sobie wyobrazić Październik 1956. Przełom, bo oto PZPR mówi Sowietom „nie”, zapowiada, że wytarguje reformy i liberalizację. Że każe płacić za dostarczany Rosjanom węgiel. Kolektywizacja rolnictwa zostaje zatrzymana. Po Październiku dokonała się w pewnym sensie zmiana ustroju, to już była inna Polska Ludowa. 
Później wprawdzie wszystko to zaczęło się zamazywać: świat szedł naprzód, Europa szła naprzód. A Polska niemal stała w miejscu. Ale tak czy inaczej pozostaliśmy jedynym krajem bloku, który nie wprowadził kolektywizacji. I pewnie wyda się to wam śmieszne, ale byliśmy też jedynym krajem, który miał ten artykuł prawny, że milicja może zatrzymać obywatela bez nakazu prokuratorskiego tylko na 48 godzin. To wszystko – i wiele innych jeszcze rzeczy, o których nie ma tu czasu mówić – było dziedzictwem Października. Odtąd polski totalitaryzm był już bardzo rozrzedzony. 
Gdzie Pana zastał Październik? 
– Cała nasza grupa przeżyła te dni w Krakowie. Ale nagle wzywają nas do Warszawy. Idziemy do Gomułki w pięciu: Turowicz, Zawieyski, Gołubiew, Jacek Woźniakowski i ja. Gomułka nas przyjmuje i w przygnębieniu mówi: „Widzicie, co się dzieje na świecie, do Budapesztu wkroczyli Rosjanie, do nas też mogą wkroczyć w każdej chwili, musimy ratować Polskę. Ja chcę demokratyzować kraj, ale musi być spokój, bo w sytuacji napięcia wystarczy uderzyć jednego żołnierza rosyjskiego i będzie pretekst do interwencji. Oddaję wam »Tygodnik Powszechny« i »Znak«, będą wybory, wejdziecie do Sejmu. Ale musicie mi pomóc”. Gomułka mówił to w stanie widocznego podniecenia, jakiejś rozpaczy. Znowu więc wróciła ta sama kwestia, która stanęła w roku 1945, kiedy Metropolita Sapieha zdecydował się na „współistnienie”. Także wtedy, 11 lat później, żaden z naszej piątki nawet nie bąknął, że można nie przyjąć oferty. 
Ale przecież tak ważnej decyzji nie podjęliście na własną odpowiedzialność?
– Oczywiście, radziliśmy się Prymasa Wyszyńskiego, który – zwolniony przez Gomułkę – właśnie wrócił z internowania w Komańczy. Ale Prymas – jak niegdyś Ksiądz Arcybiskup Sapieha – też nie miał wątpliwości. „Jeżeli otwierają drogę, jeżeli dają trybunę, i to nie byle jaką, bo Sejm, jeżeli nie stawiają warunków, jeżeli obiecują, że nie będą cenzurować przemówień poselskich – to nie wolno odmówić. Musicie wejść i demonstrować, że reprezentujecie inną kulturę, że jesteście z innego świata. Nie miejcie tylko zbyt wielkich złudzeń. Ale musicie mieć odwagę, by zaryzykować. Oraz odwagę, by odejść, gdy taka będzie potrzeba.” Tak nam radził Prymas. I oczywiście poparł Gomułkowskie wybory, choć sam nie głosował. 
Niedemokratyczne wybory... 
– Zgoda, wedle normalnych standardów to nie były wybory demokratyczne. Ale czegoś podobnego w żadnym z krajów bloku sowieckiego nie było. No i w sprawie tych wyborów 1957 roku istniała zgoda całego narodu, także znacznej części emigracji. Gomułkę popierał wtedy nie tylko Prymas Wyszyński, ale także środowiska emigracyjne: „Kultura” Giedroycia i radio „Wolna Europa” Nowaka-Jeziorańskiego. W kraju na spotkaniach wyborczych słyszałem: „Chwała Bogu, jest i nasz kandydat, będziemy mieć swoich ludzi w Sejmie”.
Koło poselskie Znak wchodzi więc do Sejmu. Jaki jest wasz program?
– Najlepiej określił ten program kardynał Wyszyński: „Nie mówcie, że jesteście opozycją, bo po to się robi opozycję, żeby dojść do władzy. A wy nie chcecie dojść do władzy. Więc raczej nazwałbym was: głos wolny wolność ubezpieczający”. Ja wtedy odpowiedziałem: „głos wolny o wolność się upominający”. No i weszliśmy na takiej zasadzie: przez mechanizmy sejmowe staraliśmy się łagodzić system. To było nowum w Europie. 
Ale największą waszą siłą było stałe oparcie w Episkopacie i Prymasie...
– Bez wątpienia. Z kardynałem Wyszyńskim spotykaliśmy się przynajmniej cztery razy w roku, na całodziennych konferencjach w Warszawie na Miodowej albo w Laskach. W roku 1958, po śmierci Piusa XII, Prymas zaproponował, że może wziąć któregoś z nas na konklawe. Zgłosiło się dwóch: Zawieyski i ja. Ale rząd poprosił Zawieyskiego, żeby nie jechał, bo to zanadto wiąże władze (Zawieyski był członkiem Rady Państwa). Więc pojechałem ja – w tym samym wagonie sypialnym, co Prymas. W drodze omówiliśmy moją sytuację. Nie wolno mi było tylko udzielać wywiadów, ale poza tym kontakty z prasą nie były wzbronione. 
Ale w waszych stosunkach z Prymasem były też zgrzyty. Była słynna sprawa Pańskiego „memoriału”. 
– Tak, prawda, sam wielokrotnie o niej pisałem. Zwracałem uwagę w tym memoriale (właściwie nie tylko ja, ale też inni przyjaciele z naszego grona), że byłoby dobrze, gdyby rząd PRL nawiązał stosunki dyplomatyczne z Watykanem. Nasze rozumowanie było takie: co innego, gdy władze mogą co chwilę zmieniać taktykę wobec Kościoła, a co innego, kiedy obowiązuje konkordat – jego zerwanie oznaczałoby skandal dyplomatyczny. Tymczasem konkordat to był czuły punkt kardynała Wyszyńskiego. Obawiał się on, że papież przyśle do Polski nuncjusza nie rozumiejącego tutejszych stosunków i że rząd będzie rozgrywać różnice zdań między nuncjuszem a Prymasem. Dlatego Wyszyński potraktował memoriał jako akt nielojalności. Choć był to dokument prywatny, nie przeznaczony do publikacji.
Niektórzy piszą o otwartym konflikcie między Prymasem a całym środowiskiem „Tygodnika”.
– Na pierwszym po sprawie memoriału spotkaniu Koła Znak z Prymasem wyjaśniłem, że tekst przetłumaczono na włoski i przesłano do Watykanu bez mojej zgody i przeprosiłem za całą sprawę. Kiedy po latach przyjechał do Polski kardynał Poggi, arcybiskup Wojtyła zaprosił na obiad jego, Turowicza i mnie. Potem Poggi rozmawiał z nami w cztery oczy i pytał mnie o kwestię stosunków dyplomatycznych z Watykanem. Odpowiedziałem: „Eminencjo, na ten temat nie będę rozmawiać. Raz już powiedziałem, co o tym sądzę, ale kardynał Wyszyński ma inne zdanie i ja nie chcę mu bruździć”.

Czy komuniści byli zdrajcami?
Byliście w Sejmie „ekspozyturą” Episkopatu i Prymasa. Jak się więc ułożyły wasze kontakty z PZPR? 
– Konieczna była pewna dwuznaczność. Dam przykład: od początku zabiegaliśmy o poprawę stosunków polsko-niemieckich. Rząd to przyjmował życzliwie, ale broń Boże nie chciał tego powiedzieć publicznie, bo obowiązywała linia antyniemiecka – i to we wszystkich państwach socjalistycznych, łącznie z ZSRR. Więc rząd nie brał za nas odpowiedzialności – ale dawał nam paszporty do Niemiec. I po powrocie wypytywano nas, co tam się dzieje, a my zupełnie szczerze opowiadaliśmy, bo przecież nie robiliśmy żadnych tajnych układów – mówiliśmy w Bonn to samo, co i w Warszawie. Te kontakty Znaku z politykami niemieckimi trwały aż do zawarcia układu PRL–RFN 7 grudnia 1970 roku. Notabene, już po tygodniu wybuchły wtedy w Gdańsku rozruchy, które zmiotły Gomułkę ze sceny politycznej. Jest teoria, że było to zainspirowane przez Związek Radziecki, jako rodzaj rewanżu na Gomułce za zbyt samodzielną politykę zagraniczną. Sowieci rzeczywiście mogli uważać, że układ PRL–RFN oznacza osłabienie związków z ZSRR, stanowi próbę jakiegoś przeorientowania na Zachód.
Ale przecież sami zawarli już wcześniej traktat z Niemcami.
– Tak, ale im było wolno, a wasalom nie. Wasal musi bać się Niemców, żeby dywizje radzieckie były mu potrzebne.
Dlaczego władze pozwalały wam na tę nieoficjalną politykę zagraniczną na odcinku niemieckim? Innymi słowy: na ile władze komunistyczne – przecież narzucone przez Sowietów – respektowały polską rację stanu?
– W przypadku stosunków z Niemcami władze PRL rzeczywiście respektowały polską rację stanu do granic swych możliwości. To mówię z całą odpowiedzialnością. Władze prowadziły grę, były pełnomocnikami Związku Radzieckiego, sprawowały dyktaturę z ramienia Związku Radzieckiego, musiały wysługiwać się temu mocarstwu – ale starały się też przeforsowywać niektóre swoje cele.
Mówił Pan wcześniej, że wy, Znakowcy, musieliście uważać, by nie zapracować na etykietkę zdrajcy. O ileż większymi zdrajcami byli ci, którzy po prostu dzierżyli władzę z obcego nadania.
– O nie, nie można tak powiedzieć. Proszę panów: w Polsce w roku 1945 władzę musiało objąć takie ugrupowanie, któremu Stalin ufał. I tylko temu ugrupowaniu mógł on przekazać Ziemie Zachodnie. Gdyby władzę przejął na przykład Mikołajczyk, to byśmy tych Ziem nie dostali. A wtedy do dziś żylibyśmy w nowym Księstwie Warszawskim. Jan Nowak-Jeziorański, wielbiony przez naród, powiedział: „Ciarki mnie przebiegają, gdy pomyślę sobie, że moglibyśmy być zmuszeni żyć w granicach »Księstwa Warszawskiego«”.
Czyli polscy komuniści byli koniecznością? 
– W każdym razie tylko oni mogli przejąć od Stalina Ziemie Zachodnie. Czy więc byli zdrajcami? Moim zdaniem takiego zarzutu nie wolno a priori stawiać całemu obozowi komunistycznemu w Polsce. Niektórzy, owszem, świadomie przeszli na stronę sowiecką i chcieli Polski sowieckiej, ale inni byli temu przeciwni. Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Myślenie w kategoriach czarno-białych to okropna skłonność w polityce. Taki czarno-
-biały obraz widzę też w aktualnych podręcznikach szkolnych... Bardzo mi przykro, ale to jest zakłamywanie historii.
Wróćmy do tych dwuznaczności na styku Znak – władze. Z kim z władz się kontaktowaliście?
– Od spraw kościelnych był Zenon Kliszko, z nim stale się spotykałem. Z ministrem do spraw wyznań miały do czynienia Kluby Inteligencji Katolickiej. Zawieyski był w Radzie Państwa i tam spotykał się z Gomułką. Zresztą prosił, żebym ja też mógł przychodzić do Gomułki, ale ten odmawiał: „Proszę dać spokój, myśmy się tak podzielili, ja rozmawiam z panem, a Kliszko ze Stommą”. Dlatego nikt z UB nie proponował mi kontaktów, bo było wiadome, że jestem rozmówcą Kliszki... Oczywiście, kontaktowałem się też z innymi ludźmi „z góry”. Dobre stosunki miałem z Arturem Starewiczem. A spoza sfer rządowych spotykałem się często z Mieczysławem Rakowskim, który zresztą uważał, by nie pokazywać się za często ze mną w Sejmie i dlatego rozmawialiśmy zwykle w kawiarni. Powtarzał mi plotki zakulisowe, dla mnie bardzo cenne. Po cichu mieliśmy wspólne dążenia do europeizacji i demokratyzacji Polski Ludowej.
Oczywiście, że stosunki z władzą PRL były trudne. Potrzebne były przemilczenia, a sytuacja wymagała także korzystania niekiedy ze słownika zrozumiałego dla obu stron. Zawsze jednak mówiłem jasno, otwarcie, że dążymy do demokratycznej ewolucji panującego u nas systemu. Używaliśmy czarodziejskiego słowa: „finlandyzacja”. Finlandia zachowywała ustrój liberalno-demokratyczny, ale bez zarzutu niepoprawności wobec Związku Radzieckiego. To wykluczało obłudę.
Ale oprócz kontaktów z władzami posłowie Znaku mieli też kontakt z emigracją.
– W roku 1958 przebywałem trzy tygodnie w Paryżu na zaproszenie i koszt Jerzego Giedroycia. Pewnego dnia Giedroyc powiedział, że chce się ze mną spotkać Jan Nowak-Jeziorański. Wiedziałem, że jestem obserwowany, toteż umówiliśmy się nad Sekwaną, przy jednym z mostów, gdzie są ławeczki; ja tam miałem siedzieć i czytać „Tygodnik Powszechny”, Nowak miał stanąć przede mną z jakąś umówioną gazetą amerykańską. I tak się stało. Po przywitaniu poszliśmy do kawiarni, gdzie przegadaliśmy parę godzin. Kiedy wróciłem do kraju, powiedziałem żonie: spotkałem najmądrzejszego Polaka na świecie. Potem przy każdym moim wyjeździe za granicę widywałem się z Nowakiem. On doskonale rozumiał naszą sytuację: udzielał mi pewnych rad, zalecał zwłaszcza cierpliwość wobec kardynała Wyszyńskiego. Był bardzo wierny Prymasowi i absolutnie nie dopuszczał żadnych z nim dysonansów. To był warunek naszych spotkań.
Poseł na Sejm PRL spotyka się z szefem Wolnej Europy. W tamtych realiach to wygląda jak bajka. Ale władze o tym wiedziały, bo wobec nich nie robił Pan z tego tajemnicy. Więc jaka była reakcja władz?
– Kliszko powiedział: „Ja pana uważam za rozsądnego polityka, który zrozumie niezwykłą sytuację. Pan wie, jakie są w Polsce granice retoryki politycznej. Pan robi, co pan chce, a jeżeli się okaże, że pan wykroczył poza ustalone ramy, to się rozstaniemy. To wszystko jest na waszą odpowiedzialność.”
Kontaktował się Pan też z emigracją „londyńską”. 
– I także na tych spotkaniach mówiłem to, co zawsze. Że my w kraju nie możemy frontalnie walczyć z komunistami. Że jeżeli krytykujemy, to tylko ostrożnie. Że pracujemy u podstaw na rzecz demokratyzacji. Że w tym duchu staramy się działać w Sejmie. Mówiłem to między innymi Edwardowi Raczyńskiemu, z którym mnie zapoznał mój przyjaciel z wileńskich czasów, Stanisław Swianiewicz, jedyny świadek Katynia. A jeżeli już mówimy o przyjaciołach z Wilna, to dodam, że podczas mych podróży do Ameryki odwiedzałem też Czesława Miłosza: byliśmy przecież sąsiadami z jednego powiatu na Litwie... i z tego samego gimnazjum w Wilnie.
Miłosz napisał potem, jak bardzo Pana podziwiał... Ale był moment, kiedy ta Znakowa polityka „dwuznaczności” się załamała: myślimy o orędziu biskupów polskich do biskupów niemieckich...
– Tak, to był zgrzyt, dla nas bardzo nieprzyjemny. Mieliśmy trochę pretensji do Episkopatu, bo orędzie było opracowywane w Rzymie, w czasie Soboru, a gdy Turowicz chciał się czegoś dowiedzieć, arcybiskup Kominek mówił: to jest tajemnica. A potem Turowicz tego samego dnia spotkał niemieckiego korespondenta i ten mu wypaplał wszystko, bo Niemcy wcale nie robili z tego tajemnicy. Otóż to orędzie było niesłychanie ważne, ale były w nim niezręczności. Te niezręczności wykorzystały władze i ukuły z nich zarzut, że Episkopat nie broni Ziem Zachodnich.

Przekazanie pałeczki 
Gdzie leżała granica kompromisu?
– To trzeba było stale wyczuwać. Zawsze mówiłem o mądrości etapu. Sytuacja przecież ewoluowała, na różnych etapach politycznych trzeba było zachowywać się różnie. W dwadzieścia lat po Październiku, w roku 1976, uznałem, że władza musi pójść naprzód. A rządzący zupełnie tego wtedy nie rozumieli, przeciwnie: proponowali reakcyjne operacje w rodzaju wprowadzenia do Konstytucji zapisu o kierowniczej roli partii i przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Ja wtedy musiałem być przeciw.
Jaka była reakcja władz? Przestał być Pan „obliczalny”, zepsuł efekt jednomyślności, na który liczono...
– Stanisław Kania przekonywał mnie do głosowania „za”. Mówił: „Pan tyle lat jest posłem pod naszą dyktaturą i nagle jest Pan przeciw”. Odpowiedziałem, że dyktatura była koniecznością ze względu na międzynarodową sytuację Polski, ale żebyśmy mieli dobrowolnie ograniczać suwerenność? Kania na to: „Przymusu nie ma, ale Pan rozumie, że z Pańskim mandatem politycznym koniec”.
Widzimy w tym czasie ciekawe zjawisko: Pan w Sejmie wstrzymuje się od głosu, a z drugiej strony tworzy się opozycja „pozasystemowa”, powstaje Komitet Obrony Robotników. To był znak, że czasy się zmieniają.
– Tak. I dlatego mówiłem wtedy, że dorasta inna opozycja, nie uznająca takich jak my kompromisów. I że oddaję pałeczkę.
Czyli wyczerpał się sens polityki ugody?
– Tak. Uważałem, że nadszedł czas dla prawdziwej zmiany. I że trzeba oddać pałeczkę Kuroniowi, Michnikowi i innym z nowej opozycji. 
Tak więc w roku 1976 pożegnał się Pan z czynnym uprawianiem polityki. Był Pan potem przewodniczącym Prymasowskiej Rady Społecznej, prezesem Klubu Myśli Politycznej „Dziekania”, a od roku 1989 – z nadania Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” – senatorem. Powtarza Pan nieraz, że „Kościół nie jest od polityki”. Musimy więc zapytać: czy w III Rzeczypospolitej Kościół ją nadal uprawia?
– Pamiętam, że tuż po Okrągłym Stole przyjechał do Polski prezes Centralnego Komitetu Katolików Niemieckich. Kiedy odprowadzałem go na dworzec, ostrzegał, że wielu polskim biskupom trudno będzie zrezygnować z polityki i zaakceptować pluralizm i demokrację. Wtedy się z nim nie zgodziłem, ale początek lat 90. potwierdził jego słowa. Polski Episkopat w każdej drobiazgowej sprawie chce mieć własne zdanie, w sprawach społecznych i politycznych, a przecież nie jest nieomylny. Tymczasem polityka to dziedzina niezwykle skomplikowana – trzeba studiować historię, prawo, socjologię... Czy każdy ksiądz po seminarium w tym się orientuje? 
Bo Kościół naprawdę nie jest od polityki. Zwłaszcza dziś, w wolnej Polsce. Przecież polityka z natury rzeczy obraca się wśród problemów spornych. I właśnie wracam do poglądu na początku wyrażonego, że są szczególne chwile przełomowe, gdy ważą się losy narodu, wtedy Kościół nie może się uchylać od zaangażowania. Arcybiskup Sapieha w 1945 roku, Prymas Wyszyński w 1956 słusznie wzięli na siebie odpowiedzialność historyczną. Teraz też może zaistnieć podobny historyczny przełom dziejowy. Rozumiemy się chyba: Polska musi wejść do Unii Europejskiej.
Czym jest zatem polityka?
– Polityka nie jest gałęzią nauki – jest sztuką, ale wymaga dużej wiedzy. Polityk musi rozumieć różne dziedziny życia i nauki, by tę sztukę posiąść. Na pewno nie może być ignorantem. Rozumieć trzeba polityczny sens współczesnego sobie świata, a także kierunek politycznych przemian, bo tylko wtedy można osiągnąć skutki maksymalne przy najmniejszych ofiarach. W Polsce, zwłaszcza po rozbiorach, była dość powszechna skłonność do lekceważenia realizmu. Decyzje polityczne nie były wynikiem rozważań celowościowych, ale po prostu miały charakter nakazów etycznych. Chciano osiągnąć od razu maksymalne cele, nie licząc się z politycznymi możliwościami. Prowadziło to do wiadomych klęsk narodowych. Zmarnowano półwolnościowe struktury Królestwa Polskiego z lat 1815–1830 oraz mądrą inicjatywę margrabiego Wielopolskiego.
Wypowiadam tu moją subiektywną ocenę tych spraw, nie zamierzając rozpętywać obszernej dyskusji historycznej, która zresztą ciągle się toczy. Otóż gdy koło posłów Znak, a jeszcze wcześniej „TP”, musiały przymusowo wejść w obręb działań politycznych, siłą rzeczy rehabilitowały polityczny realizm. Tym razem, na szczęście, nauka nie poszła w las. Ciężkie zmagania wewnętrzne w ramach realizmu miały swoje konsekwencje. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez tego nie doszłoby w Polsce do Okrągłego Stołu i zmiany władzy bez przelewu krwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl