Komputery padły, młodzi przepadli, mężowie zaufania nie budzili zaufania...


Znowu wybory w małej gminie

Jan Młynarczyk


Minęły 4 lata od momentu, gdy jako przewodniczący gminnej komisji wyborczej wręczyłem ówczesnym zwycięzcom zaświadczenia o wyborze do rady gminy (co opisałem w „TP”, nr 43/1998). Przez te 4 lata z nadzieją oczekiwałem kolejnego głosowania. Czas minął szybko, nie zostawiając wyraźnych śladów w otaczającym krajobrazie. Wreszcie nadszedł 27 września, dzień rejestracji kandydatów do nowej rady. O kandydatach na stanowisko wójta mówiło się już od dawna...


W małej gminie – takiej, jak nasza – kandydatów nie zgłaszają partie ani żadne inne organizacje. Często kandydaci zgłaszają się sami. Oczywiście, poinstruowani dostarczają stosowne „kwity”, ale niektórzy rozpoczynają karierę „reprezentanta ludu” od pytania: „W którym pokoju można się zapisać na radnego?”. Potem już tylko podpisy pięciu osób jako „komitetu wyborczego”, który ustanawia kandydata pełnomocnikiem, lista z 25 podpisami członków bliższej i dalszej rodziny – i kandydat gotów. Niektórzy z dumą mówili: „Uwinąłem się w godzinę, jak wracałem z roboty”. 
Optymizmem tchnął jednak fakt, że wśród kandydatów było kilku młodych, promowanych przez komitety powstałe w tym celu, a listy z podpisami osób popierających były dłuższe od wymaganego minimum. Cała ta młodzież zresztą przepadła w wyborach. Mam nadzieję, że się nie zniechęcą.
Najwięcej emocji, ze zrozumiałych względów, wzbudziły wybory wójta. Wszak to stanowisko jest w gminie tylko jedno. Kandydatów zaś było dwóch.
Tym razem dla naszej gminnej komisji wyborczej miały nastać „złote czasy”. Przygotowano system informatyczny, który według opinii komisarza wyborczego „będzie działał na 110 proc.”. Niestety, pierwsze problemy pojawiły się już przy próbie wprowadzenia do systemu danych o kandydatach: okazało się, że program zamieniał wprowadzane dane, a w jednym przypadku nie pozwolił na wprowadzenie informacji o kandydacie, odpowiadając, że już je posiada. Nie było to prawdą, ale program, mimo naszych usilnych nagabywań stanowiska nie zmieniał. Dopiero po wprowadzeniu przez gminnego informatyka otrzymanych pocztą poprawek, program się poprawił i nie pamiętając o wcześniejszym uporze, przyjął wszystkie dostarczone przez komisję informacje.
Próby użycia programu do drukowania obwieszczeń oraz wzorów kart do głosowania spełzły na niczym – więc sporządziliśmy własne, używając zwykłego edytora tekstu i psiocząc trochę na tych, którzy narobili nam apetytu na „całkowicie automatyczne sporządzanie dokumentów wyborczych”. Stało się jasne, że dostarczony do kilku tysięcy komisji terytorialnych program jest niedopracowany, a producent zamierza testować go na żywym organizmie. Nie wierzyliśmy już, że dostarczane co kilka dni pocztą kolejne płyty CD-ROM z poprawkami zdążą cokolwiek zmienić przed totalną kompromitacją, która nastąpi w noc wyborczą.
Ale zanim to nastąpiło, gminną komisję wyborczą czekało kilka innych dodatkowych zajęć.
Dwa dni przed terminem głosowania, w drodze z drukarni do Urzędu Gminy, wyparowała część (dokładnie: 280) kart do głosowania na wójta. Odnalazły się po paru godzinach, ale zabezpieczając się przez skutkami ich ewentualnego „sklonowania” postanowiliśmy ostemplować ręcznie każdą z blisko siedmiu tysięcy kart dodatkową pieczęcią. Polecam to ćwiczenie: wyrabia siłę ciosu i koordynację.
Głosowanie rozpoczęło się o szóstej rano. Frekwencja była wyjątkowo wysoka, w sumie ok. 60 proc., ale fakt ten powodował niemałe zamieszanie – szczególnie po każdej z Mszy. W jednej z komisji obwodowych wydano wyborcom niewłaściwe karty, w innej zastałem giełdę wyborczą na szkolnej klatce schodowej, gdzie kilkanaście osób wspólnie wypełniało kilka kart do głosowania. „Idź stąd do tej waszej gminy! My w naszej wsi sami wiemy, jak się wybiera!” – przeganiał mnie jeden z mężów zaufania. Przyznam, że we mnie zaufania nie wzbudził.
Po zakończeniu głosowania, zgodnie z zaleceniami, młody informatyk z Urzędu Gminy rozpoczął dobijanie się do serwera głównego, aby zainicjować działanie systemu, a Gminna Komisja Wyborcza, po dostarczeniu wyników z pierwszego obwodu, spokojnie rozpoczęła ręczne sporządzanie zestawień i protokołów z głosowań w kolejnych okręgach wyborczych. Po północy zaproponowałem, aby młody człowiek zatelefonował do Pana Serwera i zapytał, co się dzieje. Odpowiedź z „centrali” była rozbrajająca: „Zbyt dużo komputerów chce jednocześnie pobrać dane”. Akurat w tym przypadku liczba komputerów, które około północy 27 października 2002 roku będą próbowały pobrać dane z serwera wyborczego była znana z dokładnością do jednej sztuki. Nie pozostało nam nic innego, jak zaproponować młodemu człowiekowi, żeby zagrał na komputerze w inną grę, bo w tej już na wygraną nie miał szans.
Wszystkie te drobne incydenty i problemy z informatyką nie miały, oczywiście, wpływu na wynik. Dystans pomiędzy kandydatami na stanowisko wójta okazał się przepastny. Przegrany kandydat, posługujący się poprawną polszczyzną, otrzymał ok. 15 proc. głosów. Czy nowy wójt będzie czuł, że tak wielkie, 85-procentowe poparcie nakłada na niego równie wielką odpowiedzialność? Czy będą to rozumieć tworzący nową radę „swoi ludzie”, którzy najpewniej wprowadzą moją gminę do Unii Europejskiej?
Rozglądam się po okolicy. „Ni krzywizna to, ni równina, ni wyżyna, ni nizina...”. I niedospany rozmyślając nadal o zakończonych wyborach, stawiam sobie za Mistrzem Jeremim Przyborą pytanie: „Czy to skutek czy przyczyna, taka gmina?”...

Autor, z wykształcenia fizyk, jest dyrektorem jednego z programów Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości. Podczas wyborów był członkiem gminnej komisji wyborczej w gminie Obrowo pod Toruniem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl