Co robić z własną historią?

Nie mogę pozbyć się przeświadczenia, że, nawet pracując dla porozumienia, jesteśmy z jakiegoś powodu przekonani, że dawni historyczni rywale są głusi na ideę przebaczenia i bezwzględnie zacięci. Ale w rzeczywistości jest inaczej. Nie raz rozmawiałem z dawnymi żołnierzami UPA, którzy ze smutkiem wspominają, (szczególnie teraz, u progu Wieczności) twarze tych Polaków, w których wycelowana była ich broń. Jestem pewien, że takie same twarze, tylko ukraińskie, widzą dzisiaj ze skruchą także i dawni polscy żołnierze AK. Nasze zadanie to apelować do tego uczucia, spróbować swym pojednawczym słowem trafić do tych zakamarków duszy, do których przedtem docierał jedynie Bóg.
Oskarżenia o to, że obrali złą drogę, jedynie zamurowują te zakamarki w sercach dawnych rywali. Bo uznanie, że się myliliśmy, oznaczałoby zdradę swych przyjaciół, którzy oddali swoje życie w okopie obok siebie. Stąd wywieranie jakiejkolwiek presji na człowieka, by wydusić z niego słowa skruchy należy uznać za nie konstruktywne, a może nawet szkodliwe (a tym bardziej, gdy jest to nacisk innego państwa). Podobnie za szkodliwe należy uznać wypowiedzi mające na celu ośmieszenie czy zdemaskowanie przeciwnika w wewnętrznych sporach (zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce). Takie wypowiedzi szczelnie zamykają ludzkie dusze, sprawiając, że nasze nawoływania do dialogu odbierane są jako hipokryzja. (…)
Przewartościowanie własnej historii przez pewien naród komplikuje się, gdy jego patriotyzm utożsamia się z nacjonalizmem, a walkę narodowo-wyzwoleńczą określa się jako bandytyzm. Ta komplikacja w jakiejś mierze wyjaśnia pewne zapóźnienie Ukraińców w swej metanoi. Na śmiałą rewizję własnej historii może zdobyć się jedynie naród, który czuje się wyzwolony, który jest równoprawnym partnerem swoich vis-a-vis. Ważne, by Ukraińcy nie mieli wrażenia, że rosyjscy i polscy politycy naciskaj na nich w celu przeformułowania historiografii ukraińskiej na cudzą korzyść. Gdy nacisk taki wywierają oficjalne władze państwowe, skutki są tym bardziej negatywne. (…)
Jestem przekonany, że zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce, jest wielu dobrych ludzi, których serca już dziś są nastawione na dobro. Nasze wspólne zadanie to uczynić ich przyjazne uczucia normą naszych dobrosąsiedzkich stosunków, oparciem w przełamywaniu stereotypów. Był czas, kiedy Ukraińcy modlili się do Boga, by uratował ich przed Polakami, a Polacy modlili się do tego samego Boga, by uratował ich przed Ukraińcami. Dziś nadszedł czas, by wspólnie pomodlić się do Ducha Świętego, by „oczyścił serca i umysły nasze” – i jednych, i drugich.

Fragment wystąpienia prof. Mirosława Marynowicza podczas spotkania polsko-ukraińskiego 1 listopada na Katolickim Uniwersytecie we Lwowie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl