Mimo zabiegów Kremla kwestia Czeczenii wraca na arenę międzynarodową


Między Kopenhagą a Nowym Jorkiem

Andrzej Łukowski



Po tragicznych wydarzeniach w teatrze na Dubrowce w zachowaniach rosyjskich władz uwidacznia się polityczna schizofrenia: z jednej strony Kreml stara się wykazać, że napad bandy czeczeńskich szahidów to integralna część międzynarodowego spisku terrorystów, z drugiej zaś – zabiega o to, by uregulowanie konfliktu w Czeczenii pozostało wyłącznie wewnętrzną sprawą Rosji, bez zagranicznych mediatorów albo międzynarodowych sił pokojowych.


O Czeczenii albo nic, albo źle: w orędziu do narodu, wygłoszonym po operacji uwolnienia zakładników z opanowanego przez czeczeńskich terrorystów teatru, prezydent Władimir Putin... ani razu nie użył słowa „Czeczenia”, jak gdyby sytuacja w tej republice nie miała nic wspólnego z zamachem, a terroryści rzeczywiście – jak chce prezydent – nie mieli narodowości; Putin mówił jedynie o niebezpieczeństwach, związanych z międzynarodową siecią islamskich bandytów, oraz o konieczności wspólnej walki z tym ogólnoświatowym złem. 
Dla Moskwy, która zabiega o wzmocnienie swego prestiżu na arenie międzynarodowej, to znakomita linia obrony przed krytyką ze strony zagranicznych partnerów. Zgodnie z tym rozumowaniem, członkowie koalicji antyterrorystycznej nie powinni otwarcie potępiać działań Rosji, która przedstawia się jako ofiara globalnego sprzysiężenia terrorystycznego. Łamanie praw człowieka w Czeczenii zostaje w ten sposób zakwalifikowane jako metoda, mająca zapewnić bezpieczeństwo ogółowi obywateli Federacji Rosyjskiej, w związku z powyższym nie może podlegać krytyce. 
Zgodnie z obowiązującą dziś w Rosji logiką czasu wojny, upominanie się o prawa Czeczenów jest równoznaczne z popieraniem terrorystów. Dotyczy to zarówno stosunków wewnętrznych, jak i międzynarodowych. „Kontakty Rosji z zagranicą będą odtąd w znacznej mierze zależeć od tego, w jakim stopniu nasi partnerzy zechcą zareagować na prośby Moskwy o zaniechanie pomocy dla osób i organizacji, podejrzewanych o działalność terrorystyczną” – czytamy na prokremlowskiej stronie internetowej www.strana.ru. 
Na taki dany z góry sygnał, do „obróbki” mózgów przystąpiły już środki masowego przekazu: w telewizji i w prasie pojawiły się przykładowo informacje, że przedstawicielstwa „Republiki Iczkeria”, działające m.in. w Polsce (Warszawa i Kraków), Turcji, krajach bałtyckich, Francji, Gruzji i na Ukrainie – pod rzekomo fałszywym szyldem „ośrodków kultury” – w istocie pozyskują fundusze na rzecz czeczeńskich separatystów. Według tygodnika „Argumienty i Fakty”, tak naprawdę zajmują się one praniem brudnych pieniędzy czeczeńskich grup przestępczych, sprzedających afgańską heroinę w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Równie niebezpieczne mają być struktury, które zbierają środki w krajach muzułmańskich. „Rokrocznie za milczącą zgodą władz Europy i USA zebrane miliony dolarów trafiają do rąk terrorystów, a ci na czarnym rynku kupują broń, co tu dużo mówić, również w Rosji” – pisze tygodnik. 
Kreml zapowiedział także, że będzie ścigać międzynarodowym listem gończym „ukrywających się zagranicą przywódców czeczeńskich band”. Do kategorii tej zaliczono byłego prezydenta Czeczenii Zelimchana Jandarbijewa, ideologa wolnej Iczkerii Mowładi Udugowa i przedstawiciela prezydenta Asłana Maschadowa – Achmeda Zakajewa, który po przybyciu na światowy kongres Czeczenów do Kopenhagi „na prośbę władz rosyjskich” został zatrzymany przez duńską policję. Wyeliminowanie przez Moskwę wymienionych przywódców z „politycznego pola” świadczy o tym, że Kreml nie myśli o podjęciu negocjacji w sprawie czeczeńskiej. Czy można to uznać za dobry prognostyk dla pokojowego uregulowania konfliktu? 
Tymczasem dramat na Dubrowce postawił na nowo pytania o pozycję Rosji na arenie międzynarodowej. Postawa władz rosyjskich w dniach kryzysu – dezinformacja, wypaczanie obrazu wydarzeń, postawienie na rozwiązanie siłowe bez wyczerpania wszystkich możliwości negocjacyjnych – na pewno zrodziła w zachodnich politykach wątpliwości, czy Rosję można uważać za wiarygodnego partnera. Pękł budowany w latach prezydentury Putina mit, że Rosja coraz bardziej wpisuje się w zachodnie standardy oraz przejmuje europejski sposób myślenia. 
Pogorszenie stosunków z Danią z powodu zorganizowania w Kopenhadze kongresu czeczeńskiego, niejasne komunikaty dotyczące planowanego szczytu Rosja – Unia Europejska (Putin zapewne chciałby uniknąć na tym forum rozmowy o kwestii czeczeńskiej, a skoro obecnie trudno będzie takiej rozmowy uniknąć, to może lepiej wcale się nie spotykać) świadczą o wzajemnym niezrozumieniu. Może nawet o obopólnym rozczarowaniu. Widać to zwłaszcza w reakcjach mediów: te rosyjskie oskarżają Europę o sprzyjanie separatystom i stosowanie podwójnych standardów w polityce, te zachodnie gromią Rosję za krwawą rozprawę w Czeczenii i nieudolnie przeprowadzoną operację uwolnienia zakładników – także za to, że na pierwszym miejscu postawiono prestiż państwa, a nie życie ludzi. 
Natomiast dobrą prasę ma ostatnio w Rosji Waszyngton, który poparł Putina i zaakceptował jego decyzję bez żadnych „ale”. Nie wolno przy tym zapominać, że toczy się batalia o Irak – i w tej rozgrywce postawa Rosji jest bardzo ważna. Jednak głosom uznania pod adresem amerykańskiego sojusznika we wspólnej wojnie z międzynarodowym terroryzmem towarzyszą w Rosji obawy o rozszerzanie się strefy wpływów USA na Kaukazie. Według dziennika „Niezawisimaja Gazieta” nie można wykluczyć, że Amerykanie, którzy po 11 września „opanowali” postradziecką Azję Środkową – przygotowując się do operacji w Afganistanie i zakładając tam swoje bazy, istniejące nadal – zechcą wykorzystać sprawę czeczeńską do wzmocnienia swojej obecności militarnej w Gruzji, Azerbejdżanie, a nawet w prorosyjskiej Armenii (gdzie zapowiedziano utworzenie finansowanego przez USA centrum armeńsko-amerykańskiego szkolącego ratowników, i gdzie istnieje już podobny ośrodek szkolenia saperów). 
Ale to jeszcze nie wszystko: zdaniem autorów publikacji, kolejnym krokiem może być wprowadzenie międzynarodowych sił na terytorium Czeczenii w celu uregulowania konfliktu. I nie jest to pogląd odosobniony: wątek odwołania się do międzynarodowego arbitrażu w sprawie Czeczenii, z którą Rosja sama nie jest w stanie sobie poradzić, pojawiał się w głosach wielu dyskutantów. Jedni (większość) wyrażali obawę, że może nastąpić niedopuszczalna ingerencja w wewnętrzne sprawy Federacji Rosyjskiej, inni wskazywali, że wprowadzenie międzynarodowych sił pokojowych (na wzór KFOR w Kosowie) może być jedynym skutecznym sposobem unormowania sytuacji w republice.
Nie wydaje się jednak, aby władze Rosji mogły przyjąć taki punkt widzenia. Wiele wskazuje natomiast na to, że Kreml postawił w kwestii czeczeńskiej na wariant siłowy. I nie życzy sobie tutaj żadnego międzynarodowego udziału, a nawet międzynarodowej dyskusji. Podobnie jak nie życzy sobie na swoim terenie żadnych organizacji humanitarnych, które w obozach zaglądają uchodźcom do pustych garnków, a potem opowiadają o wszystkim zachodnim dziennikarzom. Kwestie humanitarne od początku wojny czeczeńskiej spychane były na margines. Teraz w ogóle mogą zostać zapomniane.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl