Komentarze

 


Michał Zieliński Chichot Hilarego Minca

Wojciech Pięciak Turcja, wieczny kandydat

Ks. Remigiusz Sobański
Prawo dla Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego







 

 




  
Chichot Hilarego Minca

Wedle badań Pracowni Badań Społecznych (dla „Rzeczpospolitej”) 37 proc. 
społeczeństwa uważa, że w ogóle nie powinno się prywatyzować przedsiębiorstw państwowych, a kolejne 50 proc. chce, aby państwo zachowało w tych przedsiębiorstwach większościowe udziały. W sumie zatem wychodzi, że dziewięciu z dziesięciu obywateli RP wyobraża sobie gospodarkę zgodnie ze starym wypróbowanym modelem Hilarego Minca. 
Żyjemy w państwie demokratycznym, w którym wola ludu zamienia się w prawo. Wyniki sondaży sugerują tedy, że Polska zaprzestanie prywatyzacji i, razem z Białorusią, utworzy w środkowej Europie wolną strefę gospodarki komunistycznej zwanej ZBiP-em (mam nadzieję, że Samoobrona i LPR zachowają się kulturalnie i zaproponują Łukaszence – przynajmniej – funkcję wiceprezydenta). 
Jest jeden z możliwych wariantów przyszłości. Na szczęście nie jedyny. Wyniki badań można bowiem osłabić. Jest wszak tak, że prywatyzacją w latach 1990-2002 objęto 6940 przedsiębiorstw państwowych, zatrudniających kilka milionów osób. Spora ich część jest zadowolona i uważa, że na prywatyzacji wyszła dobrze. 
Mamy tu zatem do czynienia z – często stwierdzaną w badaniach – schizofrenią postaw społecznych. Ludzie nienajgorzej oceniają swoją sytuację, za to bardzo źle – pod wpływem krzykliwej propagandy – sytuację ogólnospołeczną. Kto ową propagandę antyprywatyzacyjną prowadzi? Niestety nie tylko ugrupowania i politycy, którzy od lat na straszeniu Unią Europejską i obcym kapitałem zbijają niezły polityczny interes. Także SLD. Ta partia szła do wyborów z ostrym potępieniem polityki prywatyzacyjnej poprzedników i po wyborach przez rok skutecznie realizowała swój program, rozumiany jako wstrzymanie prywatyzacji i zabór stanowisk w państwowych firmach, agencjach i funduszach. I nagle, po roku, zdecydowała się na prywatyzację – i to nader kontrowersyjną. 
Jeżeli ministrowie: Lewandowski czy Wąsacz prowadzili w ciągu roku kilkanaście dużych projektów i pozyskiwali z prywatyzacji od kilku do kilkunastu miliardów złotych, to siłą rzeczy można im było wytknąć przypadek oceniany jako mniej udany. Natomiast, gdy minister Kaczmarek w ciągu 10 miesięcy uzyskuje z prywatyzacji miliard złotych, realizując jeden duży – a sporny – projekt, nie można się dziwić, że jest to świetna pożywka dla populistów. Nie można także się dziwić, że z dawnej siedziby Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego (za stalinizmu organu odpowiedzialnego za sterowanie polską gospodarką) niesie się dziś piekielny chichot jej przewodniczącego Hilarego Minca. 

Michał Zieliński






Turcja, wieczny kandydat

Wybory parlamentarne w Turcji wygrała w minioną niedzielę – być może uzy-
skując absolutną większość – partia religijno-konserwatywna. I choć przyczyną sukcesu nie są jej islamskie korzenie, ale kryzys gospodarczy i zniechęcenie do polityków (partia obecnego premiera w ogóle nie weszła do parlamentu), to znamienne, że gdy Partia Sprawiedliwości i Rozwoju zdobywała parlament, rozpoczęło się postępowanie sądowe, które może skończyć się... jej delegalizacją. Turcja jest bowiem państwem świeckim. A gwarantem tego jest armia, odgrywająca ogromną rolę w polityce. Tu właśnie pojawia się jeden z wielu paradoksów, na których Ankara buduje swą pozycję, a zwłaszcza swe aspiracje do członkostwa w Unii Europejskiej: bo to, że właśnie wojskowi stabilizują sytuację w Turcji, może dziś europejskich polityków... uspokajać.
W tym roku mija 39 lat, od kiedy Turcja została krajem stowarzyszonym z ówczesną Europejską Wspólnotą Gospodarczą, a 15 lat, od kiedy złożyła formalny wniosek o przyjęcie do niej. Rozpatrzony odmownie: oficjalnie Unia Europejska nie mówi Turcji „nie”, ale odmawia podjęcia negocjacji członkowskich. I nic dziwnego: negocjacje, raz rozpoczęte, kiedyś muszą się skończyć... Tymczasem pytanie o członkostwo Turcji ma charakter inny niż w przypadku Litwy czy Bułgarii: tu nie chodzi o dostosowanie prawa i gospodarki do unijnych standardów (w czym Turcja czyni postępy powolne, ale konsekwentne), ani nawet nie o demokrację i prawa człowieka. „Kwestia turecka” – przyjęcie bądź nie kraju z pogranicza kontynentów i kultur, czy wręcz cywilizacji – to dla Unii pytanie, czym chce być: czy chce tak daleko rozszerzyć swe granice i charakter, że pewnego dnia jej obywatelami zostanie kilkadziesiąt milionów muzułmanów (choćby w sporej części zlaicyzowanych), a jej granice na Wschodzie oprą się o Syrię, Iran i Irak? 
Po zamachach z 11 września pytanie to nabrało wymiaru niesłychanie konkretnego. Z jednej strony mamy kwestie praktyczne: przecież może to oznaczać otwarcie drzwi dla islamskich fundamentalistów – tych w Turcji nie brakuje, a występowali by oni już w roli obywateli Unii, ze wszystkimi tego skutkami, jak swoboda podróżowania i osiedlania. Już dziś te kraje Europy Zachodniej, w których mieszkają paromilionowe wspólnoty muzułmańskie, są polem „delegowanych konfliktów” wewnątrz tych społeczności (konflikt turecko-kurdyjski, spory religijno-polityczne itd.). Z drugiej strony jest dylemat: na ile perspektywa członkostwa w Unii sprzyja reformowaniu Turcji w kierunku, najogólniej mówiąc, europejskim, a na ile utrzymywanie statusu „wiecznego” kandydata proces ten utrudnia?
Skoro o 11 września mowa: Turcja, od 50 lat wierny członek NATO, staje się dziś dla USA najważniejszym, obok Izraela, przyczółkiem wobec świata arabskiego. Ale zachętę i nagrodę dla Ankary formułować mają, zdaniem Amerykanów, nie tylko oni: Waszyngton naciska na Unię, by powiedziała wreszcie Turcji „tak”. Skutek: w ostatnich tygodniach negatywne dotąd stanowisko wobec Turcji w Unii rewidują Niemcy; być może nie od rzeczy jest teza, że to część ceny, jaką Berlin płaci teraz za przedwyborczy antyamerykanizm swego kanclerza. Skutek: kwestia turecka staje się kolejną kością niezgody w relacjach Europa-USA; w oczach Europejczyków 11 września bez wątpienia oddalił bowiem szansę Ankary na członkostwo (także z racji, o których mowa wyżej). Pogląd taki ostatnie polityczne trzęsienie ziemi w Turcji jedynie utwierdzi.
     

Wojciech Pięciak 






Prawo dla Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego

Synod Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego wydał oświadczenie wyrażające 
zaniepokojenie brakiem podpisania przewidzianej konstytucją (art. 25 u. 5) umowy z Rządem RP regulującej wzajemne stosunki państwa i Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Trzeba je uznać za zasadne, skoro – jak twierdzi prezes Synodu ksiądz Jan Gross – odnośne wystąpienia Kościoła nie przyniosły dotychczas rezultatu (gdy jeden z partnerów występuje z inicjatywą, drugi winien ją podjąć). Umowy takie są podobne do konkordatu zawieranego między państwem i Kościołem Katolickim, aczkolwiek nie cieszą się taką samą rangą – nie mają charakteru umów międzynarodowych. Wynika to nie z braku woli państwa, lecz z założeń eklezjalnych wyznań niekatolickich, którym brak podmiotu analogicznego do Stolicy Apostolskiej, umocowanego w prawie międzynarodowym. 
Różnica w formalnym charakterze umów nie może jednak uszczuplać wolności poszczególnych Kościołów, ani naruszać konstytucyjnej zasady ich równouprawnienia. Zagwarantowaniu tej pozycji mają przeto – wobec niemożliwości zawarcia umowy o randze prawa międzynarodowego – służyć umowy podpisywane przez rządy oraz przedstawicieli odnośnych Kościołów. Mają one charakter „wewnętrzny”: oznaczają wolę państwa respektowania wolności religijnej oraz specyficznego charakteru wyznań religijnych. Z kolei Kościoły dają wyraz woli respektowania porządku prawnego. Państwo, niekompetentne w sprawach religijnych i wyznaniowych, zobowiązuje się przestrzegać wspólnych ustaleń, gdy jego regulacje prawne dotykają w jakiś sposób Kościołów i realizowanej przez nie misji. 
Umowy zawarte z Kościołami – łącznie zresztą z konkordatem – tworzą specyficzny obszar „prawa skoordynowanego” obejmującego relacje państwo – Kościół. Niektórzy konstytucjonaliści twierdzą, że mimo iż wchodzące w jego skład ustawy nie są ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi w rozumieniu art. 91 Konstytucji, to wyprzedzają – wskutek zobowiązania się państwa respektującego wolność religijną – „zwyczajne” ustawodawstwo państwowe. Na uwagę zasługuje stwierdzenie ks. Grossa, że sprawy między RP i Kościołem katolickim zostały w konkordacie „dobrze załatwione”. Konkordat może przeto służyć jako merytoryczny wzorzec.

Ks. Remigiusz Sobański










 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl