„Wyborcze zagadki”

Wyniki wyborów komentuje socjolog Jan Jerschina:

Niska frekwencja jednych martwi, innych – zwycięzców – cieszy. A wyniki? SLD-UP ma powód raczej do zadowolenia: w atmosferze, która znajduje odbicie w niskich wskaźnikach optymizmu Polaków co do przyszłości indywidualnej i zbiorowej, Sojusz utrzymał wiele pozycji. Do zadowolenia ma powody Liga Polskich Rodzin: zaistniała politycznie po raz drugi, po tamtym sukcesie, jakim było wejście do Sejmu. Wydawać by się mogło, że w kraju, który jak powietrza potrzebuje do życia i rozwoju wejścia do zjednoczonej Europy, partia antyeuropejska i ksenofobiczna, której członkowie głoszą niekiedy wręcz rasistowskie poglądy, ma nikłe szanse powodzenia.
Tymczasem w atmosferze apatii znacznej części społeczeństwa i frustracji najbiedniejszych i najstarszych, w atmosferze lęku i agresji głosy zdobywa ugrupowanie, które wszystko chce rozwiązać metodą „kozła ofiarnego”. Za chwilę, powiada mój znajomy (stary krakowski archiwista), usłyszymy wrzask: „Komuniści, liberałowie i Żydzi na Madagaskar!”. Drugi rozmówca (lekarz, o poglądach liberalnych): „Nie na Madagaskar, tylko do kamieniołomów, przecież to nam już Lepper obiecał, a to sojusznik LPR!”. Zaś partie centrum i prawicy poniosły klęski tam, gdzie nie umiały przezwyciężyć beznadziejnych sporów i niechęci (np. w Krakowie), a zwyciężyły tam, gdzie wchodziły w sojusze. Te wybory powinny być ostatnią lekcją dla prawicy: bez zgody droga prowadzi donikąd. 
Dobre i złe miesza się w tych wyborach w przedziwną mieszankę. Bo jednak w wielu miejscowościach zwyciężyli lub o krok od zwycięstwa są autentyczni przywódcy. Ludzie, którzy coś już zrobili dla swych miast i gmin, i którzy umieli zmobilizować swój elektorat przy pomocy rzetelnych argumentów. Należą oni do różnych partii. To też optymistyczne, bo Polska potrzebuje przywódców, a nie pieczeniarzy w fotelach radnych, posłów, wójtów i prezydentów miast, którzy miejsca na listach, a potem mandaty zdobywają dzięki układom w swych kanapowych partiach.
Ordynacja, według której odbywają się wybory na wójtów i prezydentów, budzi nieco wątpliwości. Czy nie jest tak, że ospała atmosfera tych wyborów wynika z faktu, iż w pierwszej turze kandydaci unikali starć i debat, bo za chwilę mogą siebie potrzebować, aby stworzyć koalicje wyborcze do drugiej tury? Czy gra o fotele nie dominuje nad meritum, nad procesem wyboru najlepszych? Chyba tak. Ale wybory bezpośrednie w jednej turze, w oparciu o zwykłą większość głosów byłyby też niebezpieczne, z innych powodów – wtedy jeszcze większą rolę odgrywałby przypadek. 

Autor jest socjologiem, dyrektorem Instytutu Badań Rynku i Opinii Publicznej w Krakowie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl