Votum separatum

Jubilatka się wykręca

JÓZEFA HENNELOWA



Telewizja publiczna, obchodząca z taką ostentacją swoje pięćdziesięciolecie, teraz akurat zadecydowała, że na antenę TVP 1 nie powróci niedzielny (ostatnio przesuwany) program redakcji katolickiej „Czasy”. Decydenci – zdaje się – nie uzgodnili między sobą, co podać jako przyczynę oficjalną, tak więc z jednej strony mówiło się o wygaśnięciu umowy (ale dlaczego jeszcze raz nie można było jej reaktywować, jak dotąd?), z drugiej o tym, że program zaczął się przedłużać ponad normę, a tego „ramówka znieść nie może” (ten argument słyszałam sama). Dokładnie chodziło o to, iż „Czasy” następowały po „Aniele Pańskim z papieżem”, który faktycznie czasem trwalo kilka minut dłużej, co razem z dwudziestu paru minutami katolickich informacji ze świata okazało się dla TVP ciężarem nie do udźwignięcia.
Smutne. Ale także żałośnie wykrętne, właśnie w tym argumencie troski o ramówkę i o punktualność. Śmiech pusty ogarnia każdego, kto chciałby traktować program telewizji wybiórczo, włączając ją tylko przed wybranym przez siebie punktem. W dziewięćdziesięciu dziewięciu wypadkach na sto punkt ten będzie spóźniony, nawet i o kilkanaście minut. I prawie zawsze z tego samego powodu: z powodu nadmiaru reklam. Następują zawsze zaraz po programie poprzednim, całą beznadziejnie nużącą serią, a potem drugi raz po zapowiedzi programu, i jeszcze po tzw. „zajawce”, i jeszcze po jakimś obowiązkowym komunikacie. Niekończący się korowód ogłupiających tekstów i obrazków. To reklamy stanowią najcenniejszą funkcję naszej telewizji publicznej, udającej, że tak jak stacje komercyjne nie ma ona żadnych innych źródeł dochodu i skazana jest na producentów cudownych olei samochodowych, cudownych „dań w 5 minut” i cudownych „lekarstw”, czyli środków doraźnego tłumienia bólu (nb. na próżno czekam, kiedy wreszcie uczciwi lekarze zaprotestują przeciw wmawianiu nam, że na bolący ząb potrzebny jest po prostu „silniejszy lek od bólu”, a jedna pomarańczowa tabletka „szybko zwalczy wszystkie objawy grypy”)...
Tak więc to zwykła nieprawda, że w wypadku likwidacji „Czasów” chodziło o solidność ramówki punktualnej co do minuty. Ale nieprawda także, że bez reklam w takiej liczbie na dzień (może ktoś policzy, ile?) telewizja publiczna nie mogłaby żyć. Mogłaby, tylko byłaby to inna telewizja. Mniej rozdęta, mniej snobistyczna, mniej ogłupiająca, pewnie i dająca mniej zarobić za programy całkiem zbędne. I nie szermująca wiecznie argumentem oglądalności, wcale nie najważniejszym.
To, co piszę, oczywiście nic nie pomoże. Mądrzejsi ode mnie pisali to już setki razy. Tyle, że teraz, z racji odebrania widzowi „Czasów”, użyty wykręt staje się wyjątkowo mało przyzwoity. A w zestawieniu z demonstrowanym tak hojnie samozadowoleniem jubilatki zwyczajnie żenujący. I tyle.












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 45 (2783), 10 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl