O Święcie Zmarłych i innych „fiestach” w Meksyku


„Niech mnie zabiją od razu”

Marcin Żurek z Miasta Meksyk



Wydaje się zwykle, że radość i smutek to emocje uniwersalne, i że – bez względu na odmienności kultury – w pewnych okolicznościach radować się nie sposób. Meksykańskie Święto Zmarłych sugeruje jednak, że smutek i radość mogą być relatywne. 


Marcel Proust powiada, że „tyle jest światów, ile postrzegających umysłów”. Uwagę tę można odnieść do Meksyku: mnogość „Meksyków” jest bowiem tak wielka, że trudno go obiektywnie opisać. Nie znaczy to jednak, że brak Meksykanom rysów wspólnych. Są narodem melodramatycznym, wierzącym, że całe uniwersum uczuć i norm moralnych wyrazić można w telenoweli. Są otwarci i serdeczni. Tak silnie wierzą w oczyszczającą moc kurtuazyjnych formuł, że wypowiadają je nawet bandyci, sięgając po pistolet. Meksyk jest również tak głęboko religijny, że „wierzący są tu nawet ateiści”, jak czytamy w „Ańos con Laura Díaz” Carlosa Fuentesa. Nade wszystko jednak są Meksykanie narodem, który jednoczy się w upodobaniu do świętowania. „Nasz kalendarz roi się od świąt – pisze Octavio Paz w „Labiryncie samotności”. – W dni świąteczne w zapadłych dziurach i w miastach ludzie modlą się, krzyczą, objadają i upijają, a nawet zabijają w imię Matki Boskiej z Guadalupe czy generała Zaragozy”. 
Tutejsze święta nie żywią się impulsem instytucjonalnym, który sprawia, że obecność nie zawsze oznacza uczestnictwo. Obcy jest Meksykanom ten element oficjalnego patosu, który wielu świętom polskim nadaje wymiar solennej abstrakcyjności. Któż bowiem z serca raduje się z uchwalenia Konstytucji 3 Maja, komu przynoszą emocjonalne spełnienie pierwszomajowe pochody i kogo wprawiają w euforię obchody 11 Listopada? 

Fiesta mexicana

Święta w nastroju swym „oficjalne” w Meksyku nie istnieją – zawsze są intensywnym uspołecznieniem zamkniętej na świat zewnętrzny prywatności i rytualnym odnowieniem pierwotnej wspólnoty. Nierzadko przeradzają się w zbiorowe delirium: jednostka zamknięta na co dzień w kręgu rodzinnym i towarzyskim roztapia się w zbiorowym uniesieniu, które jej prywatność unicestwia i zarazem przywraca, bo Meksykanin bardziej niż Europejczyk identyfikuje się przez związki ze wspólnotą.
Najbardziej wyrazistym przykładem jest la Fiesta del Grito (Święto Okrzyku): noc poprzedzająca rocznicę wybuchu wojny o niepodległość, kiedy to place w całym kraju wypełniają milionowe tłumy. I cały naród wznosi niekończący się okrzyk, po to być może – jak dopowiada Paz – by tym głębsze było później jego milczące osamotnienie. Entuzjazm tłumu rodzi się jednak nie z celebracji politycznego samostanowienia, ile z symbolicznego ustanowienia konkretu wspólnoty. „Meksykanin chce przeskoczyć mur samotności, który otacza go przez pozostałą część roku” – mówi Paz. Święto jest rytualnym odnowieniem dystynkcji, w której świat dzieli się na kategorie „my” i „oni”: los Mexicanos i ci, których sumuje się w pogardliwej kategorii hijos de la chingada.
Waga, jaką Meksykanie przywiązują do potwierdzania swej jedności w bezustannym ciągu świąt – zwłaszcza religijnych – jest tak wielka, że nieraz cały budżet tradycyjnie usposobionych gmin przeznacza się na uroczystości. Każde miasteczko ma swego patrona, który chroni je i nadaje mu tożsamość, ustanawianą na nowo w corocznych obchodach, oczekiwanie na które skraca się szeregiem fiest pomniejszych.
Wszystkim bez wyjątku meksykańskim świętom charakter nadaje atmosfera beztroski – czasem naturalna i zrozumiała, kiedy indziej budząca osłupienie tych, co normy własnej kultury uznają pochopnie za obowiązujące powszechnie. Już sam język ilustruje odmienność wrażliwości: słowo fiesta jest jednoznacznie zabarwione nutą radości i obietnicą zabawy, podczas gdy polskie święto przywodzi raczej na myśl ściskający szyję krawat.

Święto Zmarłych 

Poprzedza je kilkanaście dni, w czasie których Meksyk opanowuje z wolna jego nastrój. Jest on jednak odmienny od tego, który kojarzy się w Polsce ze śmiercią i cmentarzem. Inny jest bowiem stosunek Meksykanina do śmierci i zewnętrzny jego wyraz, inna jest też rola cmentarza, który jest tu „przestrzenią metafizyczną”: nie tylko miejscem spoczynku, ale też spotkania umarłych z żywymi. Te kilkanaście październikowych dni niesie poczucie oczekiwania na spotkanie z bliskimi, bo zmarli nie odchodzą w Meksyku na zawsze; nie jest tu niczym osobliwym przeświadczenie, że kontakt z nimi jest realny. 






Rysunek 
José Guadalupe Posady:
„Śmierć wprawdzie, 
ale śmierć radosna”.



Przykuwa uwagę nieco perwersyjna i ironiczna dezynwoltura w stosunku Meksykanów do śmierci. Sklepowe wystawy i wnętrza już w połowie października wypełniają się kościotrupami. W piekarniach piętrzy się pan de muerto (imitujący kości „chleb nieboszczyka”), a Pastelería Ideal, największa ze stołecznych cukierni, oferuje torty w kształcie zwłok. Ulice zapełniają stragany z artykułami nawiązującymi do tematu thanatos: zabawki w postaci trumny, z której nieboszczyk wychyla się za pociągnięciem sznurka, figurki z papier maché przedstawiające szkielety i zwłoki czy otwarte trumienki z „aktem zgonu” głoszącym murió de vicio albo murió de amor (zmarł z rozpusty bądź z miłości). Handlarze pozorami śmierci oferują nawet gumowe maski, pozwalające na chwilę przeistoczyć się w zwłoki noszące znamiona biologicznego rozkładu.
Najbardziej jednak popularne są cukrowe trupie czaszki, mające nie tylko wymiar symboliczny, ale czasami także wielki walor estetyczny. W Meksyku dokonała się bowiem daleko posunięta estetyzacja śmierci: igranie z jej wizerunkiem jest jednym z wielu wyrazów tak charakterystycznej dla Meksykanów drwiny z nieuchronności losu. Bodaj pierwszym, który nadał symbolice śmierci sens estetyczny, był rysownik z przełomu XIX i XX w. José Guadalupe Posada, znany jako twórca postaci La Catrina – szkieletu wytwornie odzianej damy, symbolu dominującego w dzisiejszej estetyce tutejszego Święta Zmarłych. 
Słynny jest artystyczny komentarz Posady do projektów modernizacji kraju ówczesnego prezydenta Porfirio Díaza: wizja śmierci na rowerze, w której stare i nowe zmierzać mają ku jednakiemu przeznaczeniu – ku śmierci wprawdzie, ale śmierci zawsze u Posady radosnej, przedstawianej z cygarem w zębach. Dziś jednak ikonografia Posady redukuje się do estetyki, jeśli nie do gastronomii, bo cukrowe główki nie odstraszają miłośników słodyczy. 
Ale mimo wszechobecnej symboliki śmierci czuje się w Meksyku nastrój spokojnej, fatalizmem zabarwionej radości. Może zresztą nie rodzi się on mimo naoczności tej symboliki, ale dzięki niej, bo nie tylko deklaruje ona nieuchronność odchodzenia, ale zwiastuje „powrót” zmarłych.

Powrót zmarłych

Meksykański kult zmarłych bierze się z obyczajów prekolumbijskich. Miał fundamentalne znaczenie dla społeczności indiańskich, a dziś silniej kształtuje obyczajowość tego święta niż wrażliwość chrześcijańska. 
Los Mexicas (Aztekowie) zwykli wyposażać zmarłych we wszystko, czego potrzebować mieli w podróży do królestwa śmierci. Wierzono jednak, że wracali oni każdego roku. Stąd do dziś zasadniczym elementem tradycji jest ofrenda – składana zmarłym ofiara obejmująca najczęściej owoce, kukurydzę, tamales (zawinięta w duży liść masa kukurydziana z nadzieniem), atole (napój z mąki kukurydzianej), kurczaka w mole (pikantny sos czekoladowy), tortillas, tequilę, mezcal i pulque (alkohol ze sfermentowanych owoców) i calaveras (cukrowe czaszki). 
Często traktuje się ofrendę nie tylko symbolicznie – jako wyraz pamięci i szacunku wobec tych, co odeszli – ale ma ona sens dosłowny. Doświadczenie tego dnia nie jest zaledwie aktem pamięci czy bólu; to raczej convivencia – „współżycie”, bycie razem, doświadczenie bliskości i kontaktu. Świadectwem obecności zmarłych ma być fakt, że składane im w ofrendzie dania tracą ponoć smak. To nie martwy symbol pozbawiony tradycyjnej treści: niektórzy nadal wierzą, że zmarli rzeczywiście z niej korzystają. 
Jak wszelkie motywowane tradycją zgromadzenia Meksykanów, tak i współbiesiadowanie ze zmarłymi to raczej żywa fiesta niż zaduma. Odrodzona wspólnota ze zmarłymi odradza też wspólnotę żywych: tłum odwiedzający zmarłych łączy się w jeden z najbardziej osobliwych widoków, jakie można w Meksyku oglądać. Prowincjonalne cmentarze w niczym nie przypominają tu nastroju, jaki panuje tego dnia w Polsce. Atmosfera naszych cmentarzy zdominowana jest bowiem nastrojami żywych, podczas gdy w Meksyku dyktują je umarli, którzy wracają, by cieszyć się tym, co sprawiało im radość za życia. Na cmentarzu spędza się więc wiele godzin, wśród radosnej muzyki wędrujących między grobami tradycyjnych zespołów, jedząc nierzadko prosto z nagrobków i ostatnią rzeczą, której można się tam spodziewać, jest grobowa cisza i powaga. Wielopokoleniowe rodziny rozsiadają się wokół grobów i pośród żartów i ożywionych rozmów spędzając czas tak, jakby śmierć bliskich stawała się tego dnia mniej realna.

Żałość i wesele

Utrwalany inercją obyczajowości stosunek Meksykanów do śmierci płynie z przeświadczeń właściwych kulturze prekolumbijskiej, opozycja życia i śmierci nie była tam absolutna, lecz wyrażała dwa aspekty tej samej rzeczywistości: śmierć była przedłużeniem życia. Ale żywy jest również akcent fatalizmu i przekonanie, że nie pozostaje nam nic innego, jak drwiną i śmiechem zaakceptować wyroki losu. 
Octavio Paz, który lepiej niż ktokolwiek pojął duszę Meksykanina, pisał że „wychodzi on śmierci naprzeciw, pieści ją i z niej szydzi, śpi z nią i ją świętuje; jest ona jedną z jego ulubionych zabawek i największą z jego miłości”. Beztroska w obliczu śmierci nie jest obojętnością, ale oswajaniem losu przez szyderstwo. W obyczajowości Meksyku najgłębszą hańbą jest rajarse – przyznać się do strachu. Meksykanin staje więc wobec śmierci twarzą w twarz, „z niecierpliwością, pogardą lub ironią: jeśli mają mnie zabić jutro, niech mnie zabiją od razu”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl