Ojciec Joachim Badeni, 
dominikanin, 
skończył 90 lat


Bóg działa urokiem

Artur Sporniak 
i Jan Strzałka




Słynie z dowcipu i ciętego języka, cieszy się sławą znakomitego duszpasterza, znawcy mistyki chrześcijańskiej i buddyzmu zen. Kiedyś był spadkobiercą magnackiej fortuny, dziś nie posiada nic. Kiedy niedawno przeprowadzał się do nowej celi, westchnął: urodziłem się jako hrabia, żyłem jak chłop i umieram jak hrabia. 


Nowa cela w niczym jednak nie przypomina pałacowych wnętrz w rodowym Busku na Ukrainie ani też w żywieckim pałacu Habsburgów, gdzie Joachim Badeni zamieszkał w dzieciństwie, gdy jego owdowiała matka wyszła za mąż za arcyksięcia Karola Olbrachta Habsburga. Przez kilkanaście ostatnich lat zajmował w krakowskim klasztorze niewielką celę. Bracia zakonni powiadają, że przypominała wagon kolejowy: wąska i ciasna. W „wagonie” mieściło się łóżko, biurko, półka z Biblią, brewiarzem, Mistrzem Eckhartem, dziełami Carla Gustava Junga i „Władcą pierścieni” w oryginale. Kiedy zaczął się zbliżać do dziewięćdziesiątki, przeor zaproponował mu przeprowadzkę do celi „z podwyższonym standardem”. Szumne słowa oznaczają własną łazienkę. Z początku o. Joachim nie był zachwycony pomysłem przeora, ale kiedy ujrzał za oknem drzewa na dziedzińcu pobliskiego byłego gimnazjum św. Jacka, poczuł się jak panisko. 
W nowej celi pachnie naftaliną, w kącie stoją stare walizy, a w nich całe bogactwo ojca Joachima: kubraczek, pulower, ciepły polar podarowany przez przyjaciół. Na podłodze podniszczony dywanik, na biurku ikona Przemienienia Pańskiego, z półki znikło zbiorowe wydanie dzieł Junga, bo oddał je do biblioteki klasztornej, ale pozostała Biblia, brewiarz, Eckhart i Tolkien, którego od kilkudziesięciu lat czyta przed zaśnięciem. We „Władcy pierścieni” widzi głębokie chrześcijaństwo i żywy wykład teologiczny. 
O. Joachim siada przed oknem, wyłącza aparat słuchowy i patrząc na stare kasztanowce, oddaje się kontemplacji. Ten stan nazywa światem ciszy. W tym świecie można odmawiać doskonałą modlitwę prywatną, ta zaś jest esencją życia z Bogiem. „Dziś przy śniadaniu powiada: ksiądz może elegancko odprawiać Mszę, ale jeśli się nie modli prywatnie, straci powołanie” – mówi ojciec Tomasz Franc. A ojciec Tomasz Zamorski, znany duszpasterz młodzieży, dorzuca ze śmiechem: „Bywa, że podczas kazania ojciec Joachim jęknie: smętne kazanie smętnego młodzieńca, odchodzę w świat ciszy – po czym wyłącza aparat słuchowy”. Obaj przyjaźnią się z o. Badenim, choć mogliby być jego prawnukami. 
„Każdy sam musi nauczyć się modlić – mówi o. Joachim. – Jak się modlę? Nie wiem. Obecnością. Modlitwą Krzyża, jego kontemplacją, bo kto z wiarą kontempluje Krzyż, ujrzy w nim potęgę. Tajemnica i moc Krzyża wyraża się w przejściu od śmierci do życia. Krzyż staje się bramą – jak powiada Norwid”. 

Świat przedwczorajszy

Ród Badenich przybył do Rzeczypospolitej z terenów dzisiejszej Rumunii. „Z ich przeszłości obce pozostało jedynie nazwisko” – pisała Karolina Lanckorońska. Zdaniem Lanckorońskiej za panowania Franciszka Józefa rej w Galicji wiedli Potoccy, Sapiehowie, Dzieduszyccy, Leon Piniński i jej ojciec, lecz pierwszymi pośród magnatów, „obdarzonych, co najważniejsze zmysłem społecznym, podstawą wszelkiego moralnego autorytetu”, byli bracia Kazimierz i Stanisław Badeniowie. Ich wpływy polityczne i fortuna sprawiły, że Galicję i Lodomerię nazywano republiką badeńską. Hrabia Kazimierz Feliks sprawował godność namiestnika Galicji od roku 1888. W roku 1895 cesarz mianował go premierem Austro-Węgier. Jego gabinet nazywano polskim, ponieważ Badeni powierzył rodakom wiele tek ministerialnych.
Jako namiestnik, a potem premier, zreformował szkolnictwo, załagodził konflikty polsko-ukraińskie, zrównał w prawach język czeski i niemiecki, co zapewniło mu wdzięczność polityków znad Wełtawy, tradycyjnie przeciwnych polskim wpływom w Wiedniu. Ale to, co wywołało wdzięczność Czechów, wzbudziło wrogość żywiołu niemieckiego i Badeni po dwóch latach musiał zrzec się funkcji premiera. Umarł w 1909 roku, trzy lata później narodził się jego wnuk – także Kazimierz, przyszły ojciec Joachim. 
Polityką zajmował się również brat premiera, Stanisław Marcin, poseł na Sejm Krajowy i członek Izby Panów. Jeszcze gdy Kazimierz był namiestnikiem Galicji, Franciszek Józef sprzeciwił się przeniesieniu trumny Mickiewicza na Wawel. „Jest to tym dziwniejsze – zauważa Lanckorońska – że cesarz się literaturą nie interesował”. Podczas audiencji u cesarza Kazimierz Badeni złożył dymisję. Franciszek Józef jej nie przyjął, ale musiał ustąpić: Mickiewicz spoczął w krypcie wawelskiej. Dziewięć lat później Stanisław Badeni uzyskał zwrot Wawelu od armii austriackiej. 
Lanckorońska dobrze zapamiętała z dzieciństwa młodszego z Badenich, przyjaciela jej ojca. Dobrze znała jego syna, także Stanisława, mecenasa uniwersytetów lwowskiego i krakowskiego. Nie poznała natomiast młodszego potomka, księdza Henryka, który miał opinię „salonowego abbé”, choć po śmierci okazało się, że w dyskrecji hojnie opiekował się lwowskimi nędzarzami. Słabo znała najmłodszego z potomków Stanisława, a szkoda, bo Stefan Badeni – stryj przyszłego dominikanina – także był postacią nietuzinkową. 17 września 1939 uciekł przed bolszewikami na Węgry. Dzięki koneksjom i dobrze wspominanemu w Budapeszcie nazwisku pomagał kurierom z AK i ratował Żydów. Aresztowało go Gestapo i trafił do obozu w Mauthausen, gdzie cudem uniknął komory gazowej. Choć był świadkiem hitlerowskiej pogardy wobec człowieka i wiedział, jak łatwo ofiary stają się katami – widział w obozie kanibalizm – nigdy nie stracił wiary. Do londyńskiego przyjaciela, Tadeusza Nowakowskiego pisał: „Pragnę być zbawionym z Hitlerem i Stalinem. Kto im tego nie życzy, nie jest chrześcijaninem”. 

Świat wczorajszy

Żal, że w starych walizach o. Badeni przechowuje tylko odzież. Nie jest przywiązany do przeszłości, nie gromadzi rodzinnych pamiątek. Nie pisze wspomnień, nie wydaje artykułów i nie ogłasza drukiem kazań. Może niechęć do zajmowania się sobą bierze z fascynacji Eckhartem, średniowiecznym mistykiem niemieckim, za którym powtarza, że istnienie w Bogu jest prawdziwsze niż w sobie? 
Wielu świeckich i dominikanów, szczególnie młodych, widzi w nim mistrza i przyjaciela. „Jego kazania cechują się swobodą i wdziękiem, panuje znakomicie nad słowem. Krąży anegdota, że gotów był zastąpić każdego kaznodzieję za... butelkę Coca-coli – śmieje się o. Zamorski. – Jest autorytetem, a nie każdy starzec staje się nim automatycznie”. 14 października br. skończył dziewięćdziesiąt lat, ale nie można traktować go jako staruszka. Z wiekiem humor go nie opuścił. „Proszę ojca – powiada kiedyś Badeni do świątobliwego zakonnika, któremu lubi czasami dokuczyć – straciłem wiarę! – Mój Boże, jak zatem ojciec wytrzyma w zakonie?! – No, jeść dają – odpowiada – czasami lepiej, czasami gorzej, światło i opał za darmo, buty mi sprezentują, nie zginę więc marnie”. Kiedy ktoś ubolewa, że tak mało po nim zostanie, obiecuje, że wkrótce siądzie do pisania monumentalnych wspomnień: tom pierwszy „Wrzasnął”, drugi – „Pisnął”, a trzeci – „Zgasnął”. 
A „wrzasnął” w Busku w r. 1912. Dawni mieszkańcy miasteczka chlubili się, że Busko jest „Wenecyją Podola” – co znaczy, że panował tam klimat malaryczny – lecz o. Joachim mówi, że urodził się w żydowskim sztetl. Był jedynym dzieckiem Ludwika Badeniego i szwedzkiej arystokratki Alicji Ancarcrona. Badeniemu i jego przyrodniemu rodzeństwu, Karolowi Stefanowi, Marii Krystynie, Olbrachtowi Maksymilianowi i Renacie rodzice nigdy nie pozwalali się wywyższać. Joachim do dziś pozostał człowiekiem skromnym, ale: „Programowo skromnym – wyjaśnia dominikanin Jan Spież, historyk i wychowanek o. Joachima – bo nie brakuje mu poczucia swej wartości”. 
Po drugiej wojnie światowej do dominikanów wstąpiło wielu chłopskich synów, ale o. Joachim nigdy nie obnosił się z nazwiskiem i koneksjami. Czasami dawał się jednak we znaki prostym zakonnikom. Był od nich lepiej wykształcony, skory do ironii oraz do nabijania w butelkę prostodusznych braciszków. Pasjami lubił epatować ich opowieściami o przepychu pałacu żywieckiego. Otóż były tam trzy złote kurki: z pierwszego płynęło piwo wprost z browaru, z drugiego białe wino, a z trzeciego – czerwone. Podobno kilkadziesiąt lat później niejeden dominikanin zwiedzając pałac w Żywcu dopytywał się przewodnika, gdzie są owe sławne kurki...
W Żywcu zamieszkał w roku 1920. Trzy lata wcześniej – ku irytacji Wiednia – arcyksięciu Karolowi Stefanowi proponowano tron polski. Po wojnie arcyksiążę przyjął obywatelstwo polskie, jego syn Karol Olbracht, ojczym Kazimierza, walczył w wojnie z bolszewikami, a w 1939 zgłosił się na ochotnika do armii polskiej, podobnie jak przyrodni bracia Badeniego. Po klęsce wrześniowej Karol Olbracht odmówił podpisania volkslisty, z dumą powiadając: Habsburg nie jest Niemcem. Był więziony przez hitlerowców w Cieszynie, a jego małżonka wraz z córkami przebywała w areszcie domowym w Wiśle. Później wszyscy zostali internowani nieopodal obozu w Buchenwaldzie. 
W żywieckim domu Habsburgów nie mówiono po niemiecku. Dbała o to matka ojca Joachima. Podczas okupacji Alicja Habsburg współpracowała z AK, za co po latach otrzymała Krzyż Walecznych od gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Niedawno do Żywca powróciła Maria Krystyna. Prawie całe życie spędziła na emigracji, lecz zawsze czuła się Polką. Ojciec Joachim z uśmiechem powiada, że jego przyrodnia siostra jest wielką patriotką.
Młody Kazimierz Badeni po maturze w Żywcu rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do studiów przykładał się niezbyt pilnie. Nie miał wielkich ambicji – przyznaje – i nie stronił od zabawy. „Niestety, byłem bogaty, a pieniądz szkodzi moralnie człowiekowi. Na szczęście wszystko straciłem podczas wojny, gdy ta się skończyła, cały mój majątek to były wojskowy płaszcz i buty”. 
Jako młodzieniec nigdy jednak nie zaniedbywał Boga i Kościoła, bo: „Do kościoła nie chodzili tylko Żydzi i komuniści, a wśród młodych panował szpan religijny”. Aż zdarzyło się, że i on, choć ani Żyd, ani komunista, pierwszy raz w życiu opuścił Mszę świętą... 

Jeśli kobiecie coś się obieca...

Powrócił z nocnego lokalu o szóstej nad ranem, obudził się dobrze po południu, gdy dzwony w lwowskim kościele prezentek wzywały na ostatnią Mszę. Pomyślał, że nim wstanie, wykąpie się i ogoli, Msza się skończy, czy warto zatem wstawać z łóżka? Od tamtej chwili minęło ponad sześćdziesiąt lat, ale o. Joachim do dziś nie może wybaczyć sobie lenistwa. Nigdy w życiu nie zdarzyło mu się drugi raz zaniedbać Mszy: ani pod Narwikiem, ani w obozie w Maroku. 
Rok przed wojną wydarzyło się w jego życiu coś prostego, a niepojętego. „Było to we Lwowie. Idę wieczorem do knajpy i niespodziewanie ktoś łagodnie kładzie mi rękę na plecach, rozglądam się: wokół pusto. A czuję, że dotyka mnie Matka, delikatnie wskazując drogę. Idę posłusznie tam, gdzie Ona każe. Dochodzę do kościoła dominikanów, przed nim widzę figurę Matki Boskiej z Lourdes, fundowaną przez moją ciotkę”. Badeni zastał świątynię zamkniętą, ale na drugi dzień powrócił w to samo miejsce. Trafił na moment, w którym zakonnicy odmawiali różaniec. Podczas nabożeństwa przysnął, a kiedy się ocknął, ujrzał Hostię w monstrancji, lecz w istocie zobaczył ciało i krew. Wyznał to podczas spowiedzi. „Ksiądz uspokaja mnie: synu, my w to wierzymy. Ale ja widziałem! I to mi pozostało: otrzymałem łaskę mistycznego widzenia prawd wiary, i nie jako nagrodę za cnotliwe życie, bo żyłem jak najgorzej”. 
Był wstrząśnięty dotknięciem Maryi, ogarnął go głód Eucharystii, nieustannie przystępował do Komunii. Ślubował, że ofiaruje swój cenny zegarek jako votum dla Matki Boskiej Częstochowskiej, lecz trudno było mu się z nim rozstać. Gryzło go sumienie, ale dowiedział się, że dominikanie mają przywilej zamieniania ślubów. Podczas spowiedzi wyznał, co go niepokoi. „Głupcze – pociesza go spowiednik – po cóż Maryi zegarek, w niebie czas nie istnieje, kup dla kościoła ornat”. Tak uczynił, lecz kiedy podczas wojennej zawieruchy uciekał kutrem z Maroka, fala porwała zegarek. Poszedł na dno Atlantyku. „Jeśli kobiecie coś się obieca – kwituje o. Joachim – ona zawsze znajdzie sposób, by odebrać to, co się jej należy”. 
Minęło kilkadziesiąt lat, a on nadal czuje Jej macierzyński, a zarazem dziewiczy dotyk. „Maryja chciała mnie ocalić przed dalszym błądzeniem – wspomina ojciec Joachim. – Nie wiem, co stałoby się ze mną podczas wojny i po jej zakończeniu, gdyby nie Ona. Chyba przepadłbym moralnie”. 

Honor i cień gwiazd 

Latem 1939 r. Kazimierz Badeni bawił u krewnych w Szwecji. Był na przyjęciu u pewnego milionera, gdy gruchnęła wieść, że Hitler szykuje się do napaści na Polskę. Więc popędził do poselstwa polskiego, ale tam poradzono mu, by się nie przejmował plotkami. Postanowił wrócić do Polski, inaczej okryłby się hańbą. „Jakie to polskie” – mówi dziś. Po klęsce wrześniowej uciekł przez Rumunię do Francji. Trafił do polskiego obozu ćwiczebnego w bretońskim Coetquidan. Potem wstąpił do Brygady Strzelców Podhalańskich i jako szeregowiec walczył pod Narwikiem, był tłumaczem w sztabie Strzelców gen. Szyszko-Bohusza. „Nic ciekawego – zbywa nas – nie byłem bohaterem”. Może przemawia przez niego zakonna powściągliwość, a może odzywa się rodzinna krew, nieskora do głośnego mówienia o swych zasługach? 
Spod Narwiku Kazimierz Badeni wraca z podhalańczykami do Francji i bierze udział w kampanii francusko-niemieckiej w Bretanii. Po klęsce Francji ucieka do Marsylii, a stamtąd do Casablanki i Oranu, bo to wówczas najkrótsza droga do Anglii. W Afryce schwytali go kolaboranci z Vichy i internowali w obozie w Górach Atlasu. „Nic ciekawego – powtarza – chcecie bohatera, idźcie do ojca Studnickiego. On jako kapelan pod Monte Cassino wyciągał ludzi z płonących czołgów”. 
Kazimierz Badeni nie miał w sobie ciągot do heroizmu, ale walczył o Polskę, bo tak nakazywał mu honor. Wojna skończyła się dla niego w 1944 – za furtą klasztoru. Żartuje, że zanim ją przekroczył, sprzedał tytuł hrabiowski za 200 dolarów. 
„Byłem młodym klerykiem, gdy podczas wykładu usłyszałem fragment »Summy teologicznej« św. Tomasza: kiedy działa przyczyna pierwsza, do niczego nie zmusza, lecz działa urokiem”. Ten urok objawił mu się wraz z dotknięciem Maryi i to za jej sprawą wstąpił do klasztoru. Pod tym urokiem pozostaje do dziś. W kaplicy przy kościele krakowskich dominikanów znajduje się obraz uśmiechniętej Matki Boskiej Różańcowej. Ojciec Joachim czci tę ikonę, bo – jak powiada – uśmiechnięta Madonna nawróciła już wielu niedowiarków. 
W Anglii wstąpił do dominikańskiego nowicjatu i rozpoczął studia filozoficzne. Studiował jednak bez zapału. „Chwalono mnie, że posiadam zdolność uchwycenia pierwszych zasad bytu i myślenia, ale nie byłem tomistą realnym, gubiłem się w sylogizmach” – wspomina. W nowicjacie miał się opiekować zniedołężniałym mnichem, lecz nie mogąc znieść jego przykrego zapachu, posługiwał mu w... masce gazowej. Zauważył to jego magister i ukarał młodego kleryka, nie pozwalając mu dłużej służyć choremu. Dziś ojciec Joachim chętnie opowiada tę historię młodym braciom ku przestrodze.
Po obłóczynach i zaliczeniu filozofii wrócił do Polski. Dokończył studia teologiczne i przyjął święcenia kapłańskie. Po kilku latach został magistrem nowicjatu, czyli opiekunem kandydatów do zakonu. Tę funkcje pełnił najpierw w Jarosławiu, potem w Krakowie. Był wymagającym wychowawcą. Wśród dominikanów krążą anegdoty, że wyrzucał z nowicjatu tych, którzy nie chcieli grać w futbol, ergo – nie mają prawdziwego powołania. Rzecz jasna, sam nigdy nie grywał w piłkę. Po latach obserwując niektórych braci, dawnych wychowanków, miał z melancholią wyznać: wyrzucałem, ale nie tych co trzeba.
Był również duszpasterzem akademickim w Poznaniu. Tam spotkał go młody student historii sztuki – Jan Andrzej Kłoczowski, dziś znany krakowski kaznodzieja, filozof i znawca mistyki. O. Kłoczowski przyznaje, że to właśnie Badeniemu zawdzięcza powołanie zakonne. Kilkakrotnie nosił się z zamiarem wstąpienia do dominikanów, ale o. Badeni, zaglądając mu głęboko w oczy, mówił: „Jeszcze musisz dorosnąć”. Aż 28 sierpnia 1963 roku, objadając się jagodami na stoku Połoniny Caryńskiej, wspólnie uchwalili, że już czas. „Zapamiętałem to jako moment niesłychanej wolności – wspomina o. Kłoczowski. – W dyskusjach o wolności dysponuję mocnym argumentem empirycznym: wiem, że człowiek jest wolny, bo przynajmniej raz w życiu taki byłem”. 
Niewiele jednak brakowało, by poszukujący swojej drogi życiowej młodzi ludzie na zawsze stracili kontakt z o. Badenim, gdyż ten po kilku latach pracy duszpasterskiej postanowił wstąpić do kamedułów. Zamierzał całkowicie oddać się kontemplacji. 
Już godzinę po północy dzwon na krakowskich Bielanach wzywa kamedułów na pierwszą modlitwę. Kiedyś, spiesząc na jutrznię, ojciec Joachim ujrzał, że trawa przed kościołem rzuca cień. Nie był to cień księżyca, bo noc była bezksiężycowa, lecz cień gwiazd. „Tego dominikanin nigdy nie zobaczy, bo śpi, kiedy kameduli już się modlą” – wspomina. Ale nie było mu pisane długo zachwycać się ogromem wszechświata. Po ośmiu miesiącach wrócił do dominikanów. 
Był to czas gomułkowskiej małej stabilizacji, a jednocześnie wojny podjazdowej z Kościołem. Jan Spież studiował wówczas na Uniwersytecie w Poznaniu i uczestniczył w konferencjach organizowanych przez dominikańskie duszpasterstwo akademickie, które było solą w oku komunistów. Pewnego razu na konferencję wtargnął kapitan milicji z prokuratorem. – Tu się odbywa nielegalne zgromadzenie! – grozili, po czym przystąpili do rewizji, by odnaleźć dokumenty kompromitujące dominikanów. „Gotowi byli rozpędzić zakonników na cztery wiatry, ale zrobił się szum i afera międzynarodowa – wspomina o. Spież. – Stefan Kisielewski składał w tej sprawie interpelację sejmową, władza musiała przystopować, ale dominikanie pozostawali pod lupą do końca komunizmu”. 
O. Joachim dowiedział się o ekscesach poznańskich od o. Marcina Babraja, późniejszego założyciela miesięcznika i wydawnictwa „W drodze”. Na znak solidarności z dominikanami Badeni wrócił do Poznania. 

Dusza i krem nivea

W Poznaniu o. Joachim prowadził studenckie kółko tomistyczne, które cieszyło się dużym powodzeniem. „Choć niektórzy się na mnie poznali” – śmieje się dziś Badeni i za przykład daje pewnego studenta, mocno zachęcanego przez dziewczyny z duszpasterstwa do uczestnictwa w kółku. „Odburknął, że chce tomizmu, a nie... joachimizmu”.
„Po święceniach byłem tomistą naiwnym – przyznaje o. Joachim. – Summa mnie zachwycała, ale z wiekiem fascynacja minęła. Akwinata porządkuje myślenie. Summa okazuje się przydatna dla kwestii »unde malum« (skąd zło), pomaga odeprzeć krytykę niewierzących i wątpiących w Boga, który przyzwala na istnienie zła. Zło jest niebytem, uczy św. Tomasz. Niejednemu daje to nadzieję – oko mu błyszczy zza grubych okularów – szczególnie kiedy myśli o teściowej, a nuż i ona nie istnieje?”. 
O. Joachim jest przekonany, że dyskurs tomistyczny odsłania rzeczywistość i przygotowuje do prawdziwego widzenia rzeczy. Nie można jednak na nim poprzestać – po nim musi przyjść „niewyobrażalne tao chwili”, czyli mistyka. O. Kłoczowski wyjaśnia: „Badeni nie jest tomistą, jest platonikiem. Dla niego bardziej rzeczywiste od empirycznego świata są idee”.
Mistyka jest dla o. Joachima obecnością Niewidzialnego w tym, co widzialne. Albo inaczej – jest spotkaniem tajemnicy człowieka z tajemnicą Boga. „Tajemnicy każdego człowieka – podkreśla o. Badeni. – Mistyka nie jest zarezerwowana dla wybrańców. Głównym grzechem duszpasterzy jest to, że wolą moralizować niż wtajemniczać. Tymczasem Boga nie da się racjonalnie udowodnić, nie wystarczy także zalecenie życia godziwego”.
Niedościgłym wzorem we wtajemniczaniu w misterium Bożej obecności jest dla niego Mistrz Eckhart. „Pierwsze przeczytane zdania Eckharta od razu rzucają nas w tajemnicę Boga” – tłumaczy, wskazując jako przykład jego sławne Kazanie 52. o ubóstwie. „Ubogi to taki, który nic nie chce, nic nie wie i nic nie ma” – pisze Eckhart. Warunkiem zjednoczenia z Bogiem jest właśnie radykalne wyrzeczenie. Wtedy w duszy powstaje puste miejsce, w którym działa Bóg.
Lektura Eckharta wzbudziła w o. Badenim zainteresowanie zenem, który także kładzie nacisk na ubóstwo i wyrzeczenie. Rzecz nie w tym jednak, by nic nie posiadać, lecz by wyrzec się przywiązania i panowania nad rzeczami i ludźmi. O. Badeni ilustruje to historyjką o mnichach buddyjskich, którzy spotkali kobietę bojącą się przejść przez strumień. Jeden z nich bez zastanowienia przeniósł ją na drugi brzeg. Wtedy drugi oburzył się: jak mnich może nieść kobietę na rękach! „Ja ją zostawiłem na drugim brzegu, ty ją niesiesz nadal” – usłyszał w odpowiedzi.
Jeszcze u kamedułów o. Joachim spotkał zmarłego przed kilku laty o. Piotra Rostworowskiego, benedyktyna, później kamedułę, który, jak przyznaje o. Joachim – w znacznym stopniu zaważył na jego rozwoju duchowym. O. Rostworowski zadał Badeniemu pytanie: czym jest doskonałość chrześcijańska? – Nie wiem – odpowiedział. Na co benedyktyn zacytował List do Efezjan: „Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu” (5,8). „Czy ta prawda nie odróżnia nas od wyznawców buddyzmu? – pyta dziś o. Joachim. – Oni dążą do doskonałości w bezimiennej światłości, my zaś – do światłości w Panu”. 
Polakom zafascynowanym zenem o. Badeni zaleca ostrożność. Jung twierdzi, że ludzi Wschodu charakteryzuje znakomicie rozwinięta podświadomość zbiorowa. Podczas medytacji w sposób niejako naturalny przechodzą oni do podświadomości. Natomiast Europejczycy mają z tym spore kłopoty. Według Junga podczas medytacji ujawniają się archetypy, co może prowadzić do schizofrenii – rozszczepienia świadomości i podświadomości. „Medytujący widzi na przykład smoka, w terminologii buddyjskiej to tzw. makyo – złudzenia. Dobry mistrz potrafi wyprowadzić adeptów zen z takich złudzeń. Warunkiem jest jednak ślepe posłuszeństwo ucznia wobec mistrza, czyli poddanie umysłu kontroli drugiej osoby. Jeśli ktoś niedoświadczony zacznie grzebać w podświadomości Marysi Kowalskiej, skutki mogą być tragiczne” – przestrzega krakowski dominikanin.
Skąd zatem bierze się w Polsce zainteresowanie religiami Wschodu? O. Joachim jeszcze raz powraca do zaniedbywanej w Kościele praktyki wtajemniczania. Jego własna fascynacja zenem nigdy nie miała charakteru konwersji. Co dał mu buddyzm? „Nic” – odpowiada z pokorą godną oświeconego. Zen pociągał go głównie jako szkoła medytacji, introdukcja do doświadczenia mistycznego, które dominikanin porównuje do eckhartowskiego przeżycia pustki. Nie chce jednak odpowiedzieć na pytanie, czym jest buddyzm. „Buddyzm to jest to” – powiada uderzając kluczem w poręcz fotela. Przed chwilą za pomocą tego samego klucza wyjaśniał filozofię Akwinaty: jeśli nie istniałaby pierwsza przyczyna, nie istniałby ten klucz. 
Według o. Badeniego wtajemniczanie nie jest czymś wymyślnym i ezoterycznym. Ważne są symboliczne znaki. „Dawniej chrzczono o wschodzie słońca. Ta symbolika przemawiała. Dzisiaj – byle szybko i byle jak” – mówi z żalem. Aby wtajemniczyć, czasem wystarczy proste skojarzenie – pomocnym może się tu okazać nawet... krem Nivea. Kiedyś pewna studentka przyprowadziła do niego młodszą siostrę, przygotowującą się do bierzmowania. Egzamin do sakramentu – sto dwadzieścia pytań i odpowiedzi – zdała na piątkę, ale czuła, że czegoś jej brak. Wiedziała, że biskup namaści ją Krzyżmem, nie rozumiała jednak sensu tego rytuału. O. Badeni zapytał chytrze, po co mama smaruje ją Niveą? „Odpowiedziała mi słowami hymnu do Ducha Świętego: »Kiedy skóra jest brudna (Obmyj, co nie święte); gdy jest sztywna (Zegnij, co jest harde) lub sucha (Oschłym wlej zachętę). A kiedy kremu jest dużo, wtedy skóra się błyszczy (Przyjdź, Światłości sumień)«. Niesamowite! – dziwi się o. Joachim i mówi o mocy sakramentu. – Biskup, żeby nie wiem jak święty, do duszy nie sięgnie”. Sięga sakrament – widzialny znak Niewidzialnego.

Dar języków

Przez długie lata odmawiano mu paszportu, nie mógł więc spotkać się z rodziną, którą komunistyczne władze zmusiły do opuszczenia Polski. Kiedyś został wezwany do urzędu do spraw wyznań. Założył habit, wziął brewiarz pod pachę i poszedł. „To przewielebny chce do Szwecji, do matki? – zagaił urzędnik ds. wyznań. – A co przewielebny sądzi o Prymasie Wyszyńskim? – Łajdak był po kursie religijnym albo nawet niedoszłym księdzem – podejrzewa o. Joachim. – Odpowiadam: »Jeśli chcecie mojej opinii o Prymasie, to mam was w d...!«. Zabrzęczałem szabelką, ot jak prawdziwy Polak”. 
Wkrótce ponownie wezwano go do urzędu i otrzymał paszport, a przy okazji poskarżył się na „łajdaka”. Został przeproszony. „»Wiemy, że ojciec jest nieprzekupny i że ma kryształowy charakter«. To mi się spodobało, człowiekowi trzeba kadzić” – przyznaje. 
Prymasa Wyszyńskiego wspomina z czcią, widział w nim prawdziwego Króla-Ducha, mistycznego przywódcę narodu. Poznał go podczas poświęcenia warszawskiego kościoła dominikanów na ul. Freta. Prymas zaprosił go do siebie na rozmowę, jednak dominikanin nigdy nie skorzystał z zaproszenia. „Nie chciałem zabierać czasu człowiekowi, który miał na głowie cały Kościół polski”. 
W latach 70. Badeni współpracował z o. Tomaszem Pawłowskim, twórcą słynnego krakowskiego duszpasterstwa akademickiego „Beczka”. Początkowo przełożeni obawiali się śmiałego eksperymentu duszpasterskiego, ale o. Pawłowski postawił na swoim. „Mieliśmy różne charaktery: on znakomity organizator, ja wolałem działać »słowem«, przez pewien czas przezywali mnie nawet »guru«. Być może dlatego doskonale się uzupełnialiśmy” – wspomina o. Joachim. W „Beczce” odkryto, że o. Joachim ma szczęśliwą rękę do kojarzenia par. Ukuto nawet slogan: „Tylko Badeni dobrze cię ożeni”. Do dzisiaj przyjaźni się z kilkoma małżeństwami, które pobłogosławił. Był także wziętym spowiednikiem. Miał opinię kapłana „od trudnych przypadków”. „Kiedyś wezwano mnie do umierającego, który tak jak ja pochodził z arystokracji kresowej. Żona powiada mu, że przyszedł ksiądz. Skrzywił się. Usłyszawszy moje nazwisko, był bardziej przychylny. Myślę, jak tu go podejść: od Badeniego do rozgrzeszenia kawał drogi! Zobaczyłem nad łóżkiem obraz przedstawiający jego rodowy dwór na wschodzie. Pytam: – Byłeś tam? Odpowiada: – Nie. Bolszewicy go spalili. Ja na to: – Chcesz umrzeć jak bolszewik, bez spowiedzi? To poskutkowało. Polska religijność!”.
W połowie lat 70. przełożeni wyznaczyli mu funkcję duszpasterza we Wrocławiu. Tam przeżył kolejną przygodę swojego życia. Włada kilkoma językami, został więc poproszony, by na spotkaniu modlitewnym tłumaczyć konferencję znanego francuskiego lidera Odnowy w Duchu Świętym, dziś biskupa Alberta de Monleon. Zgodził się bez entuzjazmu. „Nudziło mi się. Zastanawiałem się, po co tutaj siedzę – opowiada. – Nagle... spada na mnie z sufitu totalny spokój. Doskonale to pamiętam, choć minęło już 27 lat. Ten spokój pozostał mi do dziś. Choć nie mam go dla siebie, bo normalnie jestem nerwowy. Zobaczyłem też strumień bijący stąd – wskazuje na piersi. – Powiedziałem o tym przeorowi. Wysłał do psychiatry. Psychiatra: »Proszę brać trzy razy po jednej i za miesiąc do mnie«. Po pewnym czasie przypomniały mi się słowa Jezusa: »Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza« (J 7,37-38). Dokładnie to!”. Zdaniem o. Badeniego był to tzw. chrzest w Duchu Świętym. Doświadczenie to przekonało go do Odnowy. Stał się cenionym przez ten ruch rekolekcjonistą.
„Dzisiaj patrzę na to inaczej – mówi. – Myślę, że w Odnowie zbyt wiele było emocji”. Podkreśla, że jego doświadczenie było całkowicie nie emocjonalne. Ale z przejęciem opowiada o charyzmacie często spotykanym w tym ruchu – glosolalii, czyli modlitwie językami. „Odprawiam Mszę św. dla grup charyzmatycznych w Bielsku-Białej. Po podniesieniu stawiam kielich na ołtarzu i czekam. Pełny kościół. Całkowita cisza. Za chwilę w jednym końcu świątyni pojawia się melodia, przepływa przez kościół i gaśnie w drugim jego końcu. Czekam. Zaczyna się w innym miejscu i gaśnie gdzie indziej. Taki niezwykle piękny śpiew bez słów, bez dyrygenta, bez organów czy gitary. Niesamowite. Im lepiej zgrana wspólnota, tym harmonia pełniejsza. Choć dominikanie się z tego śmieją, glosolalia jest ważna – to jeden z warunków głębszego otwarcia się na Ducha Świętego. Dar, który otwiera na inne dary”. „Myślę, że w języku mistyki można to tak zinterpretować: glosolalia wprowadza w kontemplację »bierną wlaną«, czyli w autentyczne, bezpośrednie, niezasłużone doświadczenie obecności Boga”.

Pewność wiary

W XX wieku pojawiła się nowa, najbardziej radykalna postawa negowania wiary w Boga. Religii odmówiono nie tylko prawdziwości, ale nawet sensu. Argumentowano, że język wiary jest od początku do końca niezrozumiały, dlatego nawet nie można twierdzić, że jest fałszywy. Mówiąc: Bóg „istnieje”, „stworzył świat”, „opiekuje się ludźmi”, nie wiemy, o czym mówimy. 
„Język wiary musi być oparty na przeżyciu – argumentuje o. Badeni. – Jeśli nie wypływa spontanicznie z przeżycia, staje się językiem sztucznym”. Pochyla się i ciszej dodaje: „Jak na przykład język listów duszpasterskich”. „Weźmy tradycyjną definicję wiary jako przylgnięcia do prawdy pierwszej – mówi już nie konspiracyjnym szeptem. – To teoria, a teoria wiary zawsze będzie sztuczna. Inaczej jest np. z wyznaniem św. Piotra: »Tyś jest Synem Boga żywego!«. Dla Apostoła to, co wypowiedział, było absolutnie pewne, gdyż stało za tym przeżycie”.
„O wierze trzeba mówić tak, jak o miłości – kontynuuje. – Zakochany nie szuka specjalnego języka, nie zastanawia się nad jego poznawczym sensem. Gdyby go zapytać, co niezwykłego widzi w konkretnej Marysi, będzie o niej opowiadał długo i w zachwyceniu. Dla nas pozostanie ona jedną z tysięcy młodych dziewczyn. W przeciwieństwie do ludzkiej osoby, Bóg jest nieskończenie bardziej komunikatywny...”.
A jeśli ktoś Boga nigdy nie spotkał, jak ma Go szukać i rozpoznać? Czy wystarczy nauka Kościoła, że człowiek, urodzony „w czasach króla Heroda Wielkiego i cezara Augusta I, z zawodu cieśla, który umarł ukrzyżowany w Jerozolimie za czasów namiestnika Poncjusza Piłata, w czasie rządów cezara Tyberiusza, jest odwiecznym Synem Bożym”? (Katechizm, nr 423). Tajemnica wiary, według o. Badeniego, jest mocno spleciona z tajemnicą życia. „W rozmowie z niewierzącym zwykle pytam: »Wyobraź sobie, że jakaś bliska tobie osoba nagle ginie w wypadku. Czy to znaczy, że od tej pory już jej nie ma?«. Nasze życie bez wiary w zmartwychwstanie nie posiada sensu. Skończy się byle kiedy i byle jak”. „Przekonany ateista odpowie, że należy się z tym pogodzić – uprzedza ewentualne wątpliwości. – Dla niego jedynym pewnikiem jest śmierć. Natomiast dla nas, wierzących – życie. Spróbujmy się jednak nie pogodzić z bezsensem śmierci. To nam da silną motywację do poszukiwań”. A to już pierwszy krok do wiary.

*

Nie boi się śmierci, wiara pozwala mu myśleć o niej ze spokojem. „Ale kiedy ona nadejdzie, nie mogę być pewny, że lęk się nie pojawi. Być może natura będzie się broniła przed rozkładem albo Bóg będzie chciał mnie oczyścić, zsyłając wątpliwości?” – zastanawia się. „W »Quo vadis« Neron, obserwując twarze palonych chrześcijan, pyta, co oni widzą? Tygellin odpowiada mu: »Nieśmiertelność«. Męczennicy pierwszych wieków w chwili śmierci często doświadczali widzenia przyszłego życia. Dzisiaj taki charyzmat jest niezmiernie rzadki” – jakby z żalem dodaje i opowiada o swym niedawnym pobycie w szpitalu, gdzie trafił po zawale. „Budzę się w nocy na »R-ce« i chcę iść do miasta. Dyżurująca młodziutka pielęgniarka woła: »Co też ksiądz wyprawia? Tu jest szpital, druga w nocy, proszę się z powrotem położyć!«. Posłusznie się kładę, ona wraca do Harlequina. Co potem? Mam... widzenie. Dominikanie nie lubią wizji, bo to subiektywne doświadczenie i podatne na różne iluzje. Ale ja po prostu widziałem Paruzję, powtórne przyjście Pana – symbolicznie. Pochód. Tłum ludzi. Szum jakby morza ogromnego. Przodem idzie Jezus. Ma twarz beduina. Wkracza na pogrążoną w mroku arenę (być może arenę świata? – zastanawia się). I zło – w postaci karaluchów pierzchających pod stopami tłumu we wszystkie strony. Wizja wizją. Można ją krytycznie analizować, sceptycznie odrzucić. Ale pozostała mi absolutna pewność Paruzji – charyzmat z pierwszego wieku! Życzę każdemu takiego zawału. Kiedy nastąpi Paruzja? Nie wiem”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl